Polska szwenda się gdzieś po peryferiach

Polska, zamiast boksować się w wyższej wadze, szwenda się gdzieś po peryferiach. To celna uwaga, autorem jest jej Marek Belka, osoba znająca się, jak mało kto w Polsce, na światowej grze.

W tej opinii mniej bolą mnie te peryferia, bo czasami tak przecież jest, że gdzieś na boku trzeba budować swą siłę, bardziej - owo szwendanie, czyli wałęsanie się bez celu. Tak właśnie bowiem jest, polska polityka zagraniczna, którą prowadzi Jarosław Kaczyński (bo przecież nie Witold Waszczykowski, ten tylko chce odgadnąć, co spodoba się prezesowi...) to zwykły chaos, bez ładu i składu. I tak jest w zasadzie od samego początku.    

Reklama

Ogłosiliśmy Wielką Brytanię swoim głównym partnerem w Unii - Wielka Brytania z Unii wychodzi.

Ogłosiliśmy, że naszym celem jest osłabienie pozycji Niemiec w Unii - i oto proszę, najpierw Jarosław Kaczyński stwierdził, że życzy wyborczego zwycięstwa Angeli Merkel, a za kilkanaście dni będzie ona fetowana przez rząd w Warszawie.

Rząd poszedł też na wojnę z Komisją Europejską, no to ją ma, i wisi na dobrym lub złym humorze europejskiego outsidera Viktora Orbana, który w początkach lutego będzie fetował w Budapeszcie Władimira Putina.

Przy okazji, ekipa PiS rozwaliła Trójkąt Weimarski. No i chwaliła się takimi konstrukcjami jak Wyszehrad i Międzymorze. Och! Jakby to było nie wiadomo co! A nie ma sensu nad tymi bytami się rozwodzić, bo one występują raczej w wyobraźni PiS-owskich propagandystów, niż w rzeczywistości.

Do tego pasma pomyłek dołączają kolejne.

W listopadzie 2015 roku kilkudniową wizytę złożył w Chinach prezydent Andrzej Duda. Gospodarze bardzo szybko podnieśli jej szczebel na najwyższy, prezydent spotkał się z premierem Li Keqiangiem, i prezydentem Xi Jinpingiem. Potem chiński prezydent był w Warszawie. Te wszystkie działania były tłumaczone jako wielkie otwarcie Polski na Chiny, bądź co bądź - drugie mocarstwo świata, jako na wielką grę, która wzmacnia naszą pozycję w świecie zachodnim, i pozwoli nam zarobić miliardy. Dziennikarze pisali, że Polska ma być miejscem chińskich inwestycji, a także kluczowym elementem nowego Jedwabnego Szlaku. Że w Łodzi ma powstać wielki kolejowy hub, gdzie by były przeładowywane chińskie towary zmierzające na nasz kontynent.

To wszystko było już ustalone, a tymczasem szef MON Antoni Macierewicz zadecydował, że właściciel terenów pod ten hub, czyli Agencja Mienia Wojskowego, nie sprzeda Chińczykom działki. Dlaczego? Bo uważa, że Nowy Jedwabny Szlak stanowi dla Polski zagrożenie. "Ta koncepcja, Jedwabnego Szlaku, ekspansji Chin, jest częścią porozumienia Europy Zachodniej z Rosją i z Chinami i wyeliminowania z obszaru euroazjatyckiego wpływów Stanów Zjednoczonych oraz zlikwidowania jako niepodległego podmiotu Polski" - ogłosił.

Nie mam ochoty zastanawiać się nad logiką ministra Macierewicza. Nad jego przekonaniem, że chińskie towary oderwą Europę Zachodnią od Sojuszu Atlantyckiego, i zniszczą niepodległość Polski. To jest inna rzeczywistość, inny matrix.

Zastanawia mnie raczej brak logiki w tym całym działaniu. W dyplomatyczne zabiegi zaangażowany był prezydent Duda. Rzucił on na szalę cały swój autorytet. A potem przyszedł minister obrony, i powiedział, że się nie zgadza, i ten nieszczęsny prezydent, potraktowany z buta, musiał pokornie to zaakceptować.

Po cóż więc Polska najpierw angażuje autorytet prezydenta i niemałe środki, żeby przeprowadzić dane przedsięwzięcie, a potem ogłasza, że nic z tego, bo minister obrony uznał, że to zagraża jej niepodległości? Czy to jest poważne?

Granicę braku powagi przekracza też stale minister Waszczykowski. Nie, nie mam zamiaru natrząsać się z tego jego San Escobar, bo są rzeczy poważniejsze.

Otóż, polska prawica w amerykańskich wyborach trzymała kciuki za Donaldem Trumpem, w PiS-ie jego zwycięstwo przyjęto z radością. Jakby pomijając, że w polityce zagranicznej ekipa Trumpa będzie chciała dogadać się z Rosją,  i to na zasadzie kissingerowskiej, to znaczy zgadzając się na uznanie, że Rosja ma swoje strefy wpływów.

Henry Kissinger, dziś pan 93-letni (!), i ważny sufler w sprawach polityki zagranicznej nowej administracji, mówił to rok temu w Moskwie - że Rosja nie powinna być wrogiem Ameryki, lecz jednym z istotnych elementów światowego systemu równowagi.

Ta rola, którą Trump zamierza powierzyć Moskwie odpowiada obu stronom. I Ameryce, zmęczonej samotnym przywództwem, i Putinowi - który chce być członkiem światowego koncertu mocarstw, i chce uznania, że obszar proradziecki to rosyjska strefa wpływów. Czyli chce Ukrainy. Amerykanie, jak słyszymy, są gotowi na taki deal, więc jeśli trzy lata temu amerykańska ambasada w Kijowie patronowała wybijaniu się Ukraińców na niepodległość, to teraz pewnie będzie ich zachęcała do godzenia się z Rosją...

A Waszczykowski? Otóż oświadczył on, że Polska nie będzie protestować przeciwko zbliżeniu Ameryki i Rosji, no, chyba że naruszone zostaną polskie interesy.

Mój Boże, a jak zostaną naruszone, to co?

Zaprotestujemy, a oni się przestraszą? Czy ten Waszczykowski jest poważny, czy megalomania przepaliła mu bezpieczniki?

Polska PiS-u ma ewidentny kłopot w polityce zagranicznej. Nie potrafi zważyć swej pozycji w międzynarodowej społeczności, nie wie, w którą stronę będzie zmierzał świat, nie potrafi określić swoich interesów, wyznaczyć celów działania. Tych realnych, nie tych propagandowych. No i nie mówi jednym głosem, minister obrony przepędza prezydenta, to jest żenujące.

I to jest to szwendanie się, które ośmiesza Kaczyńskiego, a Polsce szkodzi.  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje