Prawie-wojenny Tusk

Na Ukrainie prędko spokoju nie będzie. Putin będzie o nią walczył pełen desperacji, a przy tym absolutnie niezręcznie. Obrażając Ukraińców. Będzie się działo. Więc, jeśli wierzyć specjalistom od czytania sondaży, premier Tusk powinien już zamawiać skrzynki szampana. Bo wydarzenia na Ukrainie mu służą. Im tam jest groźniej, tym Platforma poprawia swą pozycję, wraz ze swoim przewodniczącym na czele.

Jeszcze miesiąc temu PO była w sondażach daleko za PiS-em i wszyscy mówili, że to trwała tendencja. No a teraz, na naszych oczach, ta trwałość się łamie, PiS i PO idą w sondażach blisko siebie. Łatwo to wytłumaczyć - w przypadku zagrożenia ludzie instynktownie orientują się na władzę. Ale dodajmy do tego jeszcze jedno - owa władza potrafi się odpowiednio na tę okazję przebrać.

Reklama

Mieliśmy więc premiera wizytującego jednostki wojskowe, mieliśmy informacje, że oto przyleci do Polski  dwanaście (czy szesnaście - to i tak nie ma znaczenia) amerykańskich F-16 i nas obroni. Premier odwiedził też obiekty gazowe i mówił, że gazowo jesteśmy bezpieczni. Swoje robili też ministrowie Siemoniak i Sikorski. Jeden wizytował, drugi twittował - w pełnej pogoni za efektem. "Nie wchodźcie na wschodnią Ukrainę pod jakimkolwiek pozorem" - grzmiał Sikorski do Rosjan, co dziennikarze opisywali z przejęciem, choć trudno sądzić, by tymi słowami przejął się ktokolwiek na Kremlu (jeśli nawet o nich gdzieś przeczytał).

Polska była na pierwszej linii frontu, grzmiąc na Rosję. Tusk przebił PiS i Kaczyńskiego w swej prawie-wojennej aktywności. Był najważniejszą postacią w telewizorach. Ważniejszą od prezydenta Obamy, który dzwonił do Putina,  i oczywiście od sekretarza stanu USA Johna Kerry’ego, który sześć godzin  rozmawiał ze swym rosyjskim odpowiednikiem Ławrowem, a także od Angeli Merkel, która też dzwoniła do Putina, a jej zastępca z SPD był na Kremlu.

Tusk nie dzwonił.

Tak oto mogliśmy przekonać się, na czym polega różnica między politykiem ważnym a mniej ważnym. Że ten pierwszy może zadzwonić na Kreml, a ten drugi musi krzyczeć. Mogliśmy też przekonać się o naturze Europy.

Z mediów mogliśmy dowiedzieć się, że oto europejscy ministrowie szykują pakiet sankcji, które chcą nałożyć na Rosję. Na czym ten pakiet miałby polegać? Ano na tym, że liderzy krymskich separatystów nie dostaną wiz do Unii, że zablokuje im się konta (jeśli je mają...). No i że Rosja ukarana zostanie zerwaniem jakichś negocjacji czy też ich odłożeniem na później...

Uuch... Kreml drży w posadach. Raczej ze śmiechu niż ze strachu.

W tym czasie niemiecki koncern RWE sprzedał Rosjanom swój pakiet dotyczący koncesji na poszukiwania gazu w Polsce, parę dni wcześniej włoska firma podpisała umowę z Gazpromem na ułożenie pod dnem Morza Czarnego nitki gazociągu South Stream (o wartości 2 mld euro), a szef koncernu E-on wołał, że wszelkie sankcje nałożone na Rosję niczemu dobremu nie służą. Przeciwnie, trzeba więcej współpracy gospodarczej, bo to buduje dobrą Rosję i strefę stabilności na Starym Kontynencie. On to mówił, a basowała mu połowa niemieckich przedsiębiorców. I francuskich - we Francji na 40 największych firm, 37 prowadzi interesy z Rosją. No i jeszcze zabrał głos ulubieniec polskiej prawicy, węgierski premier Viktor Orban, który ogłosił, że sprawy Krymu go nie obchodzą.

Mamy więc Europę dwojaką - tę na pokaz, i tę prawdziwą. Ta na pokaz woła o sankcjach, i że trzeba być twardym. Ta prawdziwa łapie każdy biznes. Jak to mówił Lenin? Kapitaliści sprzedadzą nam nawet sznur, na których ich powiesimy.

Patrzę na to wszystko ze sporą fascynacją, gdyż rzadko zdarza się taki polityczny teatr. Począwszy do Putina, który wita Krym, głównie po to, by nikt go nie pytał, dlaczego tak łatwo przegrał Ukrainę... A skończywszy na premierze Ukrainy, Jaceniuku, który twardo się odgraża, że wyłapie i ukarze "separatystów z Krymu". Choć i sił, i możliwości ku temu nie ma.

Polski premier też się pręży. Prezentuje się jako obrońca Polaków przed Moskalami i gra tę rolę, bo przecież widzi, że dzięki temu w sondażach mu rośnie. A sprzyjający mu dziennikarze pieją, jaki to jest skuteczny, w przeciwieństwie do Lecha Kaczyńskiego i innych.

Sorry, ale ja skuteczności Tuska i Sikorskiego nie widzę. Nie oni w tej grze rozdają karty.

No dobrze, a jest coś prawdziwego w tym teatrze przesady? A i owszem. Mamy przecież polską ofiarę konfliktu na Ukrainie - to minister rolnictwa Stanisław Kalemba, który złożył dymisję. Minister nie potrafił rozwiązać sprawy skupu wieprzowiny we wschodnich powiatach. Hodowcy  ze wschodniej Polski padli ofiarą podejrzeń o afrykański pomór świń (wykryto to u dwóch padłych dzików), no i w związku z tym mamy embargo na eksport wieprzowiny do Rosji. Teoretycznie wszystko jest zgodne z prawem, w praktyce wygląda to tak, że embargo dotyczy Litwy i Polski, a pozostałych krajów Unii już nie.

Ja rozumiem, że gdy walczy się o wolność, to głupio umierać za wieprzowinę. Ale nie muszą tego rozumieć hodowcy, których właśnie puszcza się z torbami. I inni producenci, którzy zaczęli się orientować, że uniesienia (władzy i mediów) mogą kosztować.

Więc wypada mi zapytać: Tusku, w sprawie Ukrainy i Rosji grałeś jak szachista, skalkulowałeś parę ruchów do przodu, masz plan B? Czy tak po prostu, biegłeś z tłumem?

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje