Propagandowy szturm na Kopacz

Ewa Kopacz ma być nowym premierem i nową szefową Platformy Obywatelskiej. Więc w związku z tym nasza prawica przypuściła na nią szturm propagandowy.

Politycy PiS-u i prawicowi publicyści wciąż mówią o niej, a w zasadzie o tym, że nie zna się na polityce, że będzie grabarzem Platformy, że ma fatalny charakter, że karierę polityczną zawdzięcza psiej wierności wobec Tuska i tak dalej.

Reklama

Gdzie człowiek nie włączy radio czy telewizor, tam takie rzeczy słyszy. W gruncie rzeczy, gdyby te wszystkie zarzuty literalnie potraktować, to człowiek zacząłby się zastanawiać, jak Ewa Kopacz, osoba o tylu ułomnościach,  mogła skończyć szkołę podstawową, nie mówiąc już o dalszej edukacji. Tak jest przez to grono przedstawiana. 

Tak oto polska prawica, poprzez swoje nieumiarkowanie, brak powściągliwości, znów przewraca się o własne nogi. Bo przecież tak gadając, przekracza barierę śmieszności i wiarygodności.

Ale nie o polskiej prawicy, formacji coraz mniej ciekawej, chciałbym mówić, a o czymś szerszym. O zarzutach, które wobec Ewy Kopacz padają, a raczej o ich kulturowym kontekście. Ładnie to wyłapała w niedzielę podczas dyskusji radiowej Katarzyna Piekarska, która odwinęła się Jarosławowi Gawinowi, gdy ten mówił, że Ewa Kopacz reaguje "histerycznie". A powiedziała mu tak: " Jak się chce zdyskredytować kobietę publicznie, to się mówi, że ona jest histeryczką. Więc jak kobieta walnie pięścią w stół, to jest histeryczką, a jak mężczyzna tak zrobi, to jest maczo".

Tak właśnie jest. Polskie życie, nie tylko to polityczne, także to codzienne, wyznacza kobietom role głupich blondynek, a jak wychodzą z tej roli, to tym gorzej dla nich.

Z opowieściami o Ewie Kopacz jest podobnie. Wciąż na przykład powtarzana jest opinia, że  jako marszałek Sejmu Ewa Kopacz była (jest) całkowicie uległa Donaldowi Tuskowi, realizuje jego polecenia.

Ten zwrot był parokrotnie powtarzany. Wiadomo, kobieta musi mieć faceta, któremu "jest uległa", nawet w polityce, choć  mężczyzna w takiej sytuacji nazywany jest "żołnierzem".

Tak przecież było parę lat temu, w roku 2007, kiedy marszałkiem Sejmu był Ludwik Dorn, i on wtedy zachowywał się tak, jakby wykonywał, absolutnie z niczym się nie licząc, polecenia Jarosława Kaczyńskiego, zwłaszcza było to widać w czasie afery gruntowej, tej z Andrzejem Lepperem, kiedy jechał po bandzie, wykorzystując swoje marszałkowskie uprawnienia.  I jak o nim wtedy mówiono? Że to żołnierz PiS-u, a nie "mężczyzna uległy".

Tego rodzaju kalki są mocno zakorzenione w naszym życiu.

Gdy kobieta na stanowisku kierowniczym jest wymagająca, to do razu mówi się, że to jędza. Mężczyzna w podobnej roli nazwany by został facetem, który wie, czego chce.

Gdy kobieta w czymś jest konsekwentna i drąży sprawę, ile się da, to mówi się o niej, że jest "upierdliwa" (przepraszam za to nieładne słowo), mężczyzna w takiej sytuacji opisany byłby z zachwytem, jako ten, którego wyrzuca się drzwiami, a wraca oknem.

Gdy ona jest z czegoś niezadowolona, i wciąż żąda poprawek (raczej niepotrzebnie), mówi się o niej, że jest niedo... (każdy wie o co chodzi, nie muszę tego słowa kończyć). O nim mówi się za to pobłażliwie, że ma zły dzień. Gdy jej wypomina się "babską skrupulatność" i że się ciągle czepia, jego nazywa się pedantem.

Gdy kobieta uśmiecha się na lewo i prawo, zwłaszcza do płci przeciwnej, to jest flirciara. Mężczyzna w podobnej roli jest z szacunkiem nazywany "psem na baby".

Wiadomo też, że jak kobieta idzie do przodu jak burza, to przez łóżko. O mężczyznach tak się nie mówi, oni nie robią karier przez łóżko, oni są "przebojowi". 

Używa się też takich określeń jak - on(a) ma jaja; męska rozmowa; to nie facet, to baba,  i tak dalej.       

Ja rozumiem, że takie pojmowanie rzeczywistości to efekt kulturowego i historycznego kontekstu, sytuacji, w której kobiety były przy mężu, i zajmowały się domem i dziećmi.

Ale to się zmieniło, jest inny świat, w którym ważna jest nie siła mięśni lecz szarych komórek, i - jak widać - nie potrafimy go dobrze opisać, dać sobie z nim radę. Słowa nie nadążają za rzeczywistością.

Poza tym, to także efekt męskiej samoobrony, poszerzającej się rzeszy panów, przegrywających z paniami walkę na niwie zawodowej... Którzy w taki sposób kompensują sobie swoje porażki. Zupełnie niepotrzebnie - siła szarych komórek, siła charakteru, zmysł organizacyjny - te cechy nie różnicują się ze względu na płeć.

Ha! Piszę to, choć nie mam wątpliwości, że na Ewę Kopacz będzie się patrzyło przez pryzmat różnych uprzedzeń. I nie będzie tak, że będzie oszczędzana, bo jest kobietą. Sądzę, że będzie odwrotnie.

I żeby była jasność - nie odmawiam nikomu krytyki ważnych osób. Broń Boże. Sam zresztą pisałem wielokrotnie, że jeśli chodzi o polityczne umiejętności, Ewie Kopacz dużo brakuje do Donalda Tuska. Dzisiaj. Nie chodzi więc o samą krytykę, tylko o to, jak ona wygląda. Bo bardzo często tak jest, że więcej ona mówi o krytykującym, niż o krytykowanym.

 

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje