​Są rzeczy, na które reagujemy z odrazą

Czytam właśnie, że Turcja w najbliższym czasie ma przyjąć ustawę, która w określonych sytuacjach dopuszcza odstąpienie od kary za gwałt na osobie nieletniej, jeżeli gwałciciel zdecyduje się poślubić ofiarę gwałtu. Takie prawo jest rozpatrywane jak najbardziej poważnie, jego zwolennicy tłumaczą to mętnie, jakimiś tradycyjnymi zwyczajami albo troską o to, by poczęte w drodze gwałtu dzieci nie pozostawały bez środków do życia, gdy ojciec będzie w więzieniu. I dodają, że to tylko jednorazowy gest, coś w rodzaju amnestii. Tak zresztą mówi sam premier Binali Yildrim, przekonując, że motywem ustawy jest "pewne poczucie sprawiedliwości".

Jakkolwiek by tłumaczył, sprawa jest oczywista. Oto pięćdziesięcio-, sześćdziesięcioletni satyr otrzyma prawo do zgwałcenia dwunastoletniej dziewczynki, by potem móc ją gwałcić regularnie, bo ją poślubi. Ja rozumiem, że takie zwyczaje mogły istnieć w średniowieczu czy też gdzieś w zabitych dechami wioskach Anatolii, ale to nie znaczy, że współczesne państwo ma im ulegać. W Turcji ulega.

Reklama

Jeszcze w lipcu turecki Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie pozwalające, tak jak chciał rząd, skreślić z kodeksu karnego artykuł kwalifikujący jako "nadużycie seksualne" każdy stosunek płciowy z dzieckiem poniżej 15. roku życia. Obawiam się więc, że demonstracje tysięcy tureckich kobiet - w Stambule, w Ankarze i innych miastach - na niewiele się zdadzą, że Turcja Erdogana przekształca się w państwo religijne i autorytarne.

On sam zaś zachowuje się tak, jakby był na środkach pobudzających. Od 15 lipca, czyli od dnia nieudanego przewrotu, w Turcji aresztowano 37 tys. ludzi, a 100 tys. wydalono z pracy bądź zawieszono w obowiązkach pod zarzutem uprawiania bądź wspomagania działalności terrorystycznej. W tej grupie są posłowie (138 uchylonych immunitetów!), urzędnicy, nauczyciele, sędziowie, prokuratorzy. Jakim cudem mogli uczestniczyć w spisku? Tego nie wiadomo. Z armii usunięto w tym czasie ponad 20 tys. osób. Zamknięto 23 uczelnie, ponad 160 redakcji gazet i stacje telewizyjne.

Taka Turcja oczywiście ma się tak do Europy, jak pięść do nosa. Więc właśnie na naszych oczach następuje zakończenie 53-letnich zmagań Ankary o to, by Unia Europejska przyjęła ją w swoje szeregi.  

Raport Komisji Europejskiej na temat państw kandydujących, który kilka dni temu ujrzał światło dzienne, nie pozostawia złudzeń. "Turcja cofnęła się na drodze do spełnienia warunków członkostwa w UE. Chodzi o niezawisłość sądów, wolność słowa, mediów, rządy prawa" - czytamy w nim między innymi.

A co na to sama Turcja? Ano odpowiada w sposób dość nam znajomy. Bo turecki minister ds. europejskich Omer Celik mówi tak: "Niektóre rozdziały tego raportu są dalekie od obiektywizmu. Zredagowano go w sposób, który nie służy interesom stosunków między Turcją a Unią Europejską. A wiele z jego wniosków odzwierciedla 'brak zrozumienia' dla sytuacji w Turcji". Proszę bardzo, znów ci unijni urzędnicy nie rozumieją o czym piszą...

Prezydent Tayyip Recep Erdogan nie ma nawet ochoty na dyplomatyczne gry. Jego wystąpienia są coraz bardziej antyunijne i agresywne. "Ile możemy czekać? - wołał w stronę Brukseli. - Chcecie nas przyjąć czy nie?". 

A gdy odpowiedziano mu, że Unia "jest zaniepokojona" falą aresztowań i czystek, ripostował, że terroryści "swobodnie poruszają" się w Niemczech, Francji lub Belgii, a tym się Unia nie przejmuje. I zagroził, że jeżeli Unia nie wywiąże się z porozumienia z 18 marca i nie wpłaci Turcji 3 mld euro oraz nie zniesie wiz, to umowa w sprawie uchodźców przestanie istnieć.

Innymi słowy: znów otworzy tureckie wybrzeże dla łodzi i pontonów, na których ruszą do Europy uchodźcy. A jeśli chodzi o politykę, to przyłączy Ankarę do Organizacji Szanghajskiej, grupującej Chiny, Rosję i republiki Azji Centralnej - Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. I żeby zakończyć ten wątek dodam również, że w listopadzie przebywał w Moskwie turecki szef Sztabu Generalnego rozmawiając na temat turecko-rosyjskiej współpracy wojskowej.

Koniec, kropka. W zasadzie sprawa powinna być oczywista - Turcja odpływa od świata zachodniego, a Erdogan przekracza kolejne granice, których przekroczyć nie powinien.

Wydawałoby się, że w takiej sytuacji Europa powinna zachować jedność i twardo mówić "nie". Ale tej jedności nie ma. Nie zauważyłem, by Polska wycofała się ze słów ministra Waszczykowskiego z kwietnia, który wizytując Ankarę deklarował, że nasz kraj popiera starania Turcji o wejście do Unii Europejskiej, a także zniesienie unijnych wiz dla obywateli tureckich.

Za to zauważyłem wizytę marszałka Kuchcińskiego w Ankarze, trzydniową, podczas której spotkał się z prezydentem Erdoganem i przewodniczącym parlamentu Ismailem Kahramanem. O czym rozmawiał? M.in. o "potrzebie odnowy Unii Europejskiej". Oraz o "intensyfikacji współpracy i wymianie doświadczeń związanych z funkcjonowaniem obu parlamentów". Dodajmy do tego świeżutką inicjatywę Antoniego Macierewicza o wzmocnieniu wojskowej współpracy z Ankarą...

Mamy więc oto taką sytuację, że polskie władze przymilają się do dzisiejszej Turcji. Zamykają oczy na czystki w parlamencie, praktyczny paraliż demokracji, aresztowania, na zapisy prawne degradujące kobiety. To im nie przeszkadza. Co więcej, Polska PiS-u wprawdzie woła, że jest przeciwna uchodźcom, przeciwna tym muzułmanom, którzy przybywają do Europy pontonami przez morze, straszy nas nimi, ale z drugiej strony, chce otworzyć im jak najszerzej drogę oficjalną, popierając otwarcie ruchu bezwizowego z Turcją.

Logiki tu nie widzę, poza fascynacją Erdoganem, sprawnością, z jaką złapał swój naród za twarz. I jak sprzęgł religię z władzą. To głupio, że według tego klucza dzisiejsza Polska szuka sobie wzorców i sojuszników.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje