Szydło i nagrody, kolejne weto prezydenta... czyli wojna w PiS nabiera tempa

Wojna w PiS-ie nabiera tempa, i trzeba mieć refleks ping-pongisty, żeby te wszystkie strzały, zza węgła i z otwartą przyłbicą, wyłapać. Dzieje się dużo… Nawet kiedy sądzimy, że chodzi o coś innego.

Pół Polski śmiało się z Beaty Szydło, która wyszła na sejmową mównicę i krzyczała do opozycji, że nagrody jej ministrom (i jej samej) "po prostu się należały". Rozlała się fala szyderstw, że Szydło pokazała złą twarz, że te 65 tys. zł, które sobie przyznała zaburzyły jej percepcję, że PiS strzela sobie w kolano itd. Nie podpiszę się pod tymi komentarzami, bo przecież inny miała cel, i go osiągnęła.

Reklama

Jaki? To pokazuje reakcja Jarosława Kaczyńskiego. Najpierw do mediów przeciekła informacja, że prezes bardzo się jej wystąpieniem zdenerwował, i że była premier popadła w jego niełaskę. A potem, po paru dniach ukazał się wywiad, w którym  Kaczyński się nią zachwyca. "Jestem w jak najlepszych stosunkach z panią premier Szydło. (...) Bardzo się cieszę, że wystąpiła w Sejmie i gratuluję jej tego. (...) Przed tym wystąpieniem powiedziałem jej: "pokaż, proszę, pazurki"... To są najczęściej przytaczane z tej rozmowy cytaty. O co chodzi? Skąd ta wolta od złości do miłości?

Zacznijmy od tego, że Beata Szydło, występując w Sejmie, nie mówiła do dziennikarzy, czy do zwykłych wyborców. Ona mówiła do kogoś innego. Do aparatu PiS-u, do tego tysiąca najważniejszych działaczy partii rządzącej, najczęściej zasiadających na różnych zdobycznych posadach. W spółkach skarbu państwa, w państwowych urzędach itd. I to był jasny przekaz - że ona jest z nimi, że ich broni, i troszczy się o ich zarobki. A że PiS na skutek takich wypowiedzi może utracić parę procent poparcia, to jest rzecz trzeciorzędna, poza tym i tak idzie na rachunek Morawieckiego.

Prezes początkowo tego nie wyczuł, ale potem usłyszał od kolejnych działaczy - o, dobrze powiedziała! Więc wykorzystał usłużne media, by sprawę naprawić. I przedstawił się jako patron Beaty Szydło, pochwalił ją protekcjonalnie (pazurki!), i jeszcze dorzucił, że te nagrody dla PiS-owskich ministrów to nic wobec tego co brała Platforma, kiedy mogła brać...

I w tym momencie przesadził. Słowa, że oni brali, więc my też możemy, są paskudne. One wpisują się, w mentalność aparatczyka, który państwo i państwową kasę traktuje jak bufet w hotelu All Inclusive. I tej mentalności, ludziom tak myślącym, Kaczyński schlebił.

To pokazuje, jak zawęża się jego pole manewru. Bo do gry wszedł aparat PiS, a on - dwa i pół roku po wyborach - ma inną perspektywę. Wtedy szedł po władzę, z mocnym postanowieniem - tyle zmienimy, że będzie furkotało! Teraz jest inny. Nie chce awantur, nie chce być zaskakiwany kolejnymi roszadami, chce za to spokojnie konsumować owoce władzy. Te zasady dotyczą zresztą każdego aparatu rządzącego, tu różnic nie ma.

Ważnym sygnałem dla tych ludzi jest też weto prezydenta Dudy do ustawy degradacyjnej. Wyją, po tej decyzji, pisowscy twardogłowi. Wykrzykują Dudzie, że już nigdy na niego nie zagłosują, Marek Suski, genetyczny patriota, przyrównał go nawet do Lecha Wałęsy, co w PiS-ie jest chyba największą obelgą. Koszulę rozdziera Antoni Macierewicz. Ale on też walczy o polityczne życie, więc musi.

Prawda jest natomiast taka, że ustawa degradacyjna, była postrzegana przez Polaków jak najgorzej, jako przejaw zdziczenia. To pokazują publikowane sondaże. Jak ktoś nie miał za życia generałów odwagi lwa, żeby z nimi walczyć, to dziś prezentuje odwagę hieny - słowa Karola Modzelewskiego były miażdżące. PiS pakował się  w kolejną awanturę, na której by tylko stracił. Więc Andrzej Duda rzucił partii rządzącej koło ratunkowe.

I dał sygnał dwóm grupom. Po pierwsze - oficerom Wojska Polskiego. Dla nich weto prezydenta, zwierzchnika sił zbrojnych, jest ważne, oni byli przeciw tej ustawie. Po drugie, dał też sygnał działaczom - że jest obliczalny, unika awantur... A, mówiąc o tym, że rozpocznie prace nad nową ustawą, która dotyczyć będzie generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka, puścił oko, że potrafi załatwić sprawę po cichu. Tak jak ustawy sądowe...

No i po raz kolejny pokazał, że nie chodzi na pasku Kaczyńskiego. Taką więc wybrał drogę na budowanie swojej pozycji wewnątrz obozu PiS.

Ale są i inni gracze. Macierewicz, którego ludzi minister Błaszczak wyrzuca co do jednego, i któremu za chwile zwali się na głowę kłamstwo smoleńskie. On musi zawalczyć o swoje. Jest ten nieszczęsny Morawiecki, wobec którego aparat PiS już chyba się nie przełamie. Jest Ziobro, który walczy o życie, i wymyśla coraz to nowe grepsy, żeby być szeryfem. A to wypuszcza Komendę, a to zamyka Kapicę...

Czy to jest efekt sondaży, które są dla PiS gorsze, więc szuka się winnego? Czy też efekt spadającej aktywności Jarosława Kaczyńskiego, który nie ma siły pilnować swej trzódki? Czyli jakaś walka o schedę? A może, najzwyczajniej w świecie, efekt zmęczenia władzą i kolegami? W każdym razie, od paru miesięcy narasta w PiS-ie wzajemna niechęć i wojna jest już na ostro. Oczywiście, można ją zamrozić, uciekając w smoleńskie obchody, potem w kampanię wyborczą, ona za parę miesięcy i tak się zacznie. Ale zaraz po niej wszystko rozgorzeje na nowo... W PiS-ie musi polać się polityczna krew, jakaś głowa paść musi. To nieuniknione.

Tych ruchów tektonicznych nie sposób ukryć, widać je także w Brukseli. Myślę zresztą, że Donald Tusk nieprzypadkowo teraz właśnie zapowiedział, że w roku 2019 wróci do polskiej polityki, że nie będzie siedział przed telewizorem.

No! Po tej deklaracji internet aż rozgrzał się od wściekłych komentarzy.

Choć ten najbardziej zainteresowany, dla którego ta deklaracja zabrzmiała jak wypowiedzenie wojny - przyjadę z Brukseli i powieszę cię na haku - zachował milczenie. Myślę o Grzegorzu Schetynie...

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje