​To opowieść naszych czasów. Śmieszna, z tajemnicą, i z morałem

Zacznijmy od komedii. Oto Ewa Bugała, dziennikarka TVP Info, została dyrektorem biura komunikacji korporacyjnej i rzecznikiem prasowym PKN Orlen. A po dwóch dniach, jak sama napisała - pod wpływem "brutalnej fali hejtu i niesprawiedliwych ataków" - zrezygnowała z tej posady.

Mój Boże, cóż za delikatne dziewczę... Każdy kto choć od czasu do czasu ogląda telewizję, wie, że Bugała to autorka propagandowych materiałów w TVP Info, wychwalających PiS i kopiących w opozycję. Mówiąc szczerze, o to specjalnie nie mam do niej pretensji, nie ona pierwsza i nie ostatnia za brudną robotę się bierze. Pretensję mam, że te jej dzieła były prymitywne, młotkowe. Bez rozumu i bez wdzięku.      

Reklama

W końcu Ewa Bugała przyjęła propozycję dyrektorowania w PKN Orlen. Za - tu różne padają kwoty - od 21 tys. zł do 32 tys. zł miesięcznie. Innymi słowy, wybrała ścieżkę spieniężenia swoich zasług dla partii rządzącej, powiedziała koleżankom i kolegom z Info - idę zarabiać kasę, a wy trzaskajcie się sami.

Wtedy podniósł się rejwach, ale czy on zadecydował, że jej kariera w Orlenie skończyła się, zanim się zaczęła? A może coś innego? Otóż, nie zauważyłem pospolitego ruszenia, które by ją broniło. Poza jednym Bartkiem Misiewiczem (ha, ha...) prawicowa brać za Ewą nie stanęła. Ewa była sama.

Więc tym donośniej brzmiały pytania, jakie 29-letnia panienka może mieć doświadczenie, jeśli chodzi o branżę naftową, Orlen, ekonomię, no i pracę w korporacji, jakby nie patrzeć - międzynarodowej? Te pytania, to była ocena jej kariery.

I nie tylko. Bo dotykają one sprawy zdecydowanie ważniejszej. Wszyscy bowiem rzucili się na tę nieszczęsną Bugałę, a nie zauważyłem by kogoś zainteresowała druga strona kontraktu. Ktoś przecież musiał jej to stanowisko zaproponować. Jakieś plecy ją podpierały. Ktoś, dodajmy, bez pojęcia jeśli chodzi o sprawy ładu korporacyjnego i interesów takiej firmy jak Orlen, za to bystry jeśli chodzi o wewnątrzpisowskie układy. I teraz pytanie - kto to był? Nowy prezes PKN Orlen pan Obajtek, były wójt Pcimia?

On już po paru dniach kierowania koncernem zdążył ogłosić, że natrafił na wieloletnie układy, które trzeba rozbić, i że kieruje nim patriotyzm gospodarczy. No, można w ciemno zakładać, że jest to zapowiedź wymiany kadrowej, i obietnica sypnięcia pieniędzmi tym komu trzeba. Zwłaszcza, że z entuzjazmem jego nominację powitały prawicowe media.

Kadrowa rewolucja w największej firmie w Europie Środkowej to nie jedyne zmiany w spółkach skarbu państwa, i wykopywanie jednych pisowców przez drugich. Trwa właśnie wielkie czyszczenie w Polskiej Grupie Zbrojeniowej. Tu nowy szef MON Mariusz Błaszczak krok po kroku wycina ludzi Macierewicza. Do spodu, jak zarazę. W PGZ wymieniono już radę nadzorczą i zarząd. W ten sposób PGZ będzie miała chyba już czwartego prezesa, od czasu przejęcia przez PiS władzy. A ten czwarty prezes za chwilę zabierze się za kadrowe zmiany w spółkach-córkach i spółkach-wnuczkach.

Podobnie jest we wspomnianej wcześniej Telewizji Publicznej. Jacek Kurski kieruje nią od stycznia 2016 roku, a w tym czasie zdążył wymienić czterech szefów TAI. Objąć stanowisko w TVP to jak stanąć w przeciągu.

Zresztą, nie tylko w TVP, inne spółki skarbu państwa wymieniały zarządy już parokrotnie. Z jakich powodów?

Filozofię kadrowych zmian wyjaśnił Jarosław Kaczyński kilka miesięcy temu, w wywiadzie dla "Gościa Niedzielnego". Mówił wówczas, że w latach 2005-2007 PiS wprowadziło do spółek całą rzeszę ludzi, którzy mieli co najmniej doktorat z ekonomii albo prawa związanego z gospodarką. I oni "natychmiast byli pochłaniani przez patologiczny system funkcjonujący w tych spółkach".

Prezes wyciągnął z tej sytuacji wnioski. "Teraz odwołaliśmy się do innego mechanizmu, bo tamten zawiódł - mówił. - Mianujemy ludzi z bliskich nam środowisk, którzy realizują nasz program". Tym sposobem powiedział, że woli oddanego pisowca, choćby głupiego, niż osobę fachową, ale politycznie obcą. Nawet PZPR tak nie mówiła, i tak nie postępowała...

Dlatego też te zmiany kadrowe, które co chwila w zarządzanych przez państwo firmach następują, odbywają się nie pod hasłem, że wymieniamy nieudolną ekipę. Ale pod hasłem, że poprzednicy byli za bardzo łagodni wobec "starego układu", byli za mało rewolucyjni, i za słabo służyli swej partii (i jej ludziom). Te argumenty robią na prezesie Kaczyńskim największe wrażenie. Więc Ewa Bugała, ze swoją prostotą myśli idealnie do obecnych czasów pasuje.  

Rok temu "Puls Biznesu" opublikował "listę tysiąca", zwaną też "listą wstydu", zawierającą nazwiska tych, którzy posady zdobyli z partyjnego nadania. Zajęła ona 14 stron. Czy jest aktualna? Myślę, że nie, że do tego czasu wiele nazwisk z niej wypadło, wiele zostało dopisanych. Wojna pod dywanem przecież trwa. PiS-owskie koterie walczą ze sobą w sposób bezlitosny. O posady, o kasę. I to jest cała tajemnica naszych czasów, a te opowieści o Smoleńsku, itd., to bajki dla naiwnych. Niech wierzą...

Ech...

Więc na zakończenie obiecany morał - drodzy pisowcy, ci od posad. Ja rozumiem wasze przekonanie, że wam się należy, że teraz wy itp. Rozumiem nawet wasze nadzieje, że teraz będziecie urzędować długo i szczęśliwie. Rozumiem to, aczkolwiek nie za bardzo w ten wasz happy-end wierzę. Wszystko bowiem wskazuje na to, że po paru (góra - parunastu) miesiącach zostaniecie ze swoich stanowisk wykopani (i to raczej wcześniej niż później). Nie, nie przez Platformę, czy Nowoczesną, oni wam nie zagrażają, tylko przez swoich. Partyjni kumple was wykopią. I szczęście będziecie mieć, jak dostaniecie coś na pocieszenie, jak nie wywalą was na bruk.

Więc tylko delikatnie podpowiem - że fajnie jest patrzeć na świat z góry, ale to krótkotrwałe przeżycie, bo za chwilę trzeba będzie wracać w lud. Nieuchronnie. I dobrze, żebyście o tym powrocie pamiętali.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje