Unia Europejska nie może żyć bez Francji

To będą najważniejsze wybory w ostatnich latach, nie tylko dla Francji, ale i dla całej Europy. Ważniejsze nawet niż referendum brexitowe w Wielkiej Brytanii. Bowiem Marine Le Pen zapowiada, że będzie chciała wyprowadzić Francję z Unii Europejskiej. A co to oznacza? Odpowiedź jest prosta: Unia Europejska może żyć bez Wielkiej Brytanii. Bez Francji – już nie.

Wygrana Marine Le Pen oznaczałaby więc głębokie przebudowanie konstrukcji europejskiej, nawet jeśli nie udałoby jej się zrealizować swego zamiaru. Można bowiem wyobrazić sobie sytuację, że Le Pen chce przeprowadzić Frexit, ale nie ma na to politycznej siły. W takiej sytuacji Francja pogrążyłaby się w szamotaninie, zajmowałaby się sobą, odpuszczając sprawy europejskie. Więc tak czy inaczej, wygrana Marine Le Pen oznaczałaby koniec (a przynajmniej bardzo głęboki kryzys) dotychczasowej Unii, i budowę na jej gruzach czegoś nowego.

Reklama

Czego?

Odpowiedź nasuwa się sama - nowa konstrukcja będzie Europą Niemiecką. Gdy z Europy wycofa się Wielka Brytania, a za nią Francja, zostaną same Niemcy, których nikt nie będzie w stanie zrównoważyć. Nie tylko żadne państwo, ale i jakakolwiek koalicja. Niemcy dominować więc będą nie tylko gospodarczo, ale i politycznie.

W tej nowej sytuacji geopolitycznej swą pozycje wzmocni też Rosja. Moskwa od zawsze była przeciwnikiem silnej Unii, wolała dogadywać się z każdym z państw z osobna, niż z Brukselą. Więc będzie miała ku temu szerokie możliwości. Będzie  mogła rozgrywać Francuzów, Niemców, Włochów...

A wygrana Emmanuela Macrona? Czy oznaczać będzie, że nic w Europie się nie zmieni?

Tak bym nie powiedział.

Macrona pchają dziś do góry dwie fale. Pierwsza fala to przeświadczenie szerokich rzesz, że to człowiek spoza dotychczasowych elit politycznych, spoza układu gaulliści-socjaliści, pełen energii i entuzjazmu. Macron jest przedstawicielem nowego pokolenia, ma niewiele wspólnego z klasą polityczną, zasiedziałą we francuskiej polityce od lat dwudziestu, trzydziestu albo i dłużej, prezentuje optymizm i nadzieję na lepsze jutro. Jest elokwentny (ENA zobowiązuje!), ładny i fajny.   

Druga fala, która go pcha do góry, to strach milionów Francuzów przed Frontem Narodowym. Przed jego retoryką, zapowiedziami.

Czy to wystarczy by wygrać?

Przewaga Macrona nad Le Pen wydaje się być bezpieczna. Dziś! Ale kampania trwa. Poza tym, w drugiej turze wyborcy kierują się innymi motywami niż tylko wskazówki liderów partii politycznych.  Gra, tak jak w play-offach zaczyna się od nowa.  Decyduje osobowość kandydatów.

W roku 2002 miał ją Jacques Chirac, więc w II turze wyborów prezydenckich  mógł zmiażdżyć ojca Marine - Jean-Marie Le Pena. A teraz? Marine Le Pen ma szansę powalczyć, jeśli ustawi sobie Macrona na osi - ona jako przedstawicielka zwykłych Francuzów i on, jako bankier od Rotschilda. Ona - jako młot na establishment i on - jako tego establishmentu ucieleśnienie. Ale czy to jej się uda? Ha! A czy Macron uniknie tej pułapki, czy narzuci własne pole gry? Najbliższe godziny to będzie dla niego wielki test, tak naprawdę, jego pierwszy polityczny egzamin. Czy jest prawdziwym politykiem, a nie z plastiku.

Jeżeli go wygra, to stanie przed egzaminem jeszcze trudniejszym. Będzie bowiem musiał zbudować sobie polityczne zaplecze, bo go przecież nie ma, nie stoi za nim żadna licząca się partia polityczna. No i przede wszystkim, jako prezydent, będzie musiał pokazać Francuzom własny polityczny projekt, zakończyć kadencję z sukcesem. Jest ostatnią nadzieją V Republiki. Jeśli mu się nie uda, władza spadnie w ręce Frontu Narodowego.

Taka jest we Francji stawka niedzielnych wyborów.

Choć już dziś wiadomo, że zmienią wiele, niezależnie kto zwycięży. Choćby dlatego, że rozbijają rządzący Francją od zarania V Republiki duopol gaulliści-socjaliści. Oczywiście, on nie zniknie, działacze, struktury, nie wyparują. Będą się liczyć. Bo trudno przypuszczać, by Le Pen przejęła wyborców gaullistów, a Macron - wyborców lewicy. Ale otwiera się miejsce na nowe siły, i - przede wszystkim - na nowe linie podziału. Ich zarysy już widać. Macron przekonuje, że siłę Francji można budować wzmacniając jej pozycję w Unii, i wzmacniając samą Unię. Le Pen - chce z Unii rezygnować. Macron patrzy na świat oczami człowieka sukcesu, woła - damy radę! Le Pen - oczami tych, którzy czują się zagrożeni, którym się nie powiodło. I marzy o Francji, która była kiedyś.

A Polska?  

Co z naszymi interesami?

Twarde słowa Macrona wobec Polski, oskarżenia o dumping inwestycyjny, o to że ściągamy inwestycje z Zachodu, i że nie przestrzegamy wartości europejskich, można oczywiście interpretować jako element wyborczej retoryki. Kandydat był akurat w fabryce, której produkcji ma być przeniesiona do naszego kraju, więc coś musiał powiedzieć... Ale nie ma dymu bez ognia, Macron wiedział, że krytykując Polskę nic nie straci, a wręcz zyska. To miara naszej pozycji nad Sekwaną. Oraz echo przekonań francuskiego establishmentu.

W tym sensie wybory we Francji zmienią politykę europejską. Le Pen ją zdemoluje, podzieli Europę na strefy wpływów, wpychając Wschód, czyli m.in. Polskę do strefy niemieckiej. Macron twardo postawi na Europę dwóch prędkości, i nie będzie się bał postawić takie państwa jak Polska czy Węgry pod ścianą. W stylu znienawidzonego przez PiS Guy Verhofstadta. Nie sądzę, by mówił o sankcjach, by groził - rozmowa będzie inna. Na zasadzie - to są nasze wartości, przestrzegacie ich, czy nie? Jeżeli nie, to do widzenia...

I to się spodoba, bo Europa ma dość porażek, chce sukcesu, chce pokazać, że jest silna. Ten element - odnoszę wrażenie - jest dziś kluczem do dusz Europejczyków. Szukają tych, którzy wyrwą ich z marazmu, pokażą siłę i zdecydowanie. Jednym słowem - Przywództwo.    

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje