W PiS-ie najważniejsza jest wierność prezesowi

​Beata Szydło, gdy wróciła z Brukseli do Warszawy, na lotnisku Okęcie przywitana została koszem kwiatów i okrzykami: "zwycięstwo, zwycięstwo!". O ile mi wiadomo, ona do Brukseli pojechała po to, żeby zatrzymać wybór Donalda Tuska na szefa Rady Europejskiej, i w to miejsce zainstalować Jacka Saryusza-Wolskiego. To, jak wiemy, nie powiodło się. Za Tuskiem było 27 państw Unii, Polska była sama. Szydło nikogo nie przekonała. Zero efektu.


Reklama

Przepraszam, to jak byłaby witana w Warszawie, gdyby Tusk nie został wybrany? Defiladą, salwami artyleryjskimi, pokazem fajerwerków?

Podobną emfazę widzę w pisowskich mediach - gdzie opowiada się, że Beata Szydło obnażyła brak demokracji w Unii, że Tusk to Niemiec, kandydat Angeli Merkel itd. Są tego typu opowieści, a nie ma refleksji, dlaczego PiS w sprawie Tuska tak boleśnie przegrał, w którym kierunku zmierza Unia, co dalej będzie z nią się działo...

Ta refleksja dla polityków i publicystów PiS jest nieważna, ważne są okrzyki.

Ja rozumiem, dlaczego tak się dzieje. W PiS-ie najważniejszym kryterium jest wierność prezesowi i trzymanie tzw. pionu. Jeżeli więc po wyniku 1:27 ktoś by się zapytał, co musiałaby uczynić Beata Szydło w Brukseli, by kwiatów od Kaczyńskiego nie dostać, odpowiedź jest prosta - nie dostałaby, gdyby zaczęła przepraszać, mówić, że ma inne zdanie itd. Ale nic takiego nie miało miejsca - więc egzamin w oczach prezesa zdała.

Okazała swą nieugiętość. Wobec Unii, wobec opozycji w Polsce. Okazuje się, że to są cechy ważniejsze, niż umiejętność politykowania.

Ha! Podobne uwagi należą się również opozycji. Wsłuchiwanie się co ma do powiedzenia, to dziś zajęcie jałowe. Opozycja w Sejmie skanduje, a na ulicy krzyczy. Nie wygląda na to, by miała ochotę rozmawiać, nawet we własnym gronie, jej liderzy budują swoją pozycję nie na mądrych refleksjach, ale na bojowych okrzykach wobec PiS-u. W ogóle, obserwowanie dziś życia publicznego to jak podpatrywanie dzieci w przedszkolu, wzajemnie się przekrzykujących.

Głupia sprawa, ale w gruncie rzeczy te zachowania trzeba uznać za... racjonalne. Gdy rządzą emocje, gdy widownia nie chce wysłuchiwać argumentów, tylko chce bójki, chce zmiażdżenia tej drugiej strony, to jak tu rozmawiać? To nie uniwersytet, to ring... Tak w naszych czasach sformatowana została debata publiczna. Przez media, przez widzów i słuchaczy, i przez samych polityków. Łatwiej być bezczelnym niż kompetentnym...

Posłuchajmy co mówi największa partia. Otóż PiS woła, że tylko on sprawiedliwy, a reszta to zdrajcy i agenci, partia zewnętrzna. Proszę zwrócić uwagę - takie określenie przeciwnika politycznego wyklucza jakikolwiek dialog, wyklucza demokrację. Przecież ze zdrajcami i agentami się nie rozmawia, tylko wsadza ich do więzienia.   

Więc nie trzeba tłumaczyć się z czegokolwiek, nie trzeba martwić się popełnianymi błędami. Bo jeżeli z jednej strony są patrioci, a z drugiej zdrajcy, to jakie ma znaczenie jakaś wpadka "patrioty"? On z definicji ma rację, jest lepszy moralnie, jemu wszystko się należy.

Ten rodzaj debaty był też obecny przy sprawie Tuska. Gdy wołano, że Beata Szydło broni polskich interesów, a Tusk jest kandydatem Niemiec. W ten sposób sprowadzono politykę do najbardziej prymitywnego poziomu. Bo owszem, w czwartkowym głosowaniu chodziło o jego stanowisko, ale przecież gra była znacznie szersza. Na szali było coś innego - miejsce Polski w Unii, czy chce w niej uczestniczyć, czy nie, i czy sama Unia wybiera drogę wielu prędkości, czy też jeszcze nad tym się zastanawia? Proszę zwrócić uwagę na zachowanie państw wyszehradzkich - Czech, Słowacji i Węgier. One są zjednoczone niechęcią do uchodźców, i to ich różni od "starej" Unii, którą w ostatnim czasie mocno krytykowały. I co??? W Brukseli czyniły wszystko, by zatrzymać podział Unii, by podkreślać jedność. A jeżeli ten podział miałby nastąpić, by być w  grupie "lepszych", z Niemcami i Francją. Nawet Viktor Orban tak działał, i taką potrzebą  tłumaczył swoją "nielojalność" w sprawie Tuska.

Tymczasem polska polityka, Kaczyńskiego i jego wykonawców, Beaty Szydło i Witolda Waszczykowskiego, kompletnie tę sytuację ignoruje. Jeżeli po czwartku słyszałem, że Polska w Brukseli, w czasie głosowania nad kandydaturą Tuska szła po bandzie, to jak określić zapowiedzi jej dalszych działań? Że polska dyplomacja będzie blokować inicjatywy Unii, że będziemy przeciw? To przecież brzmi jak zapowiedź rozwalania Europy, oraz zaproszenie do wyjścia, do Polexitu.

Tak zresztą w ostatnich dniach grzmiały pisowskie media - wołając o niemieckiej Unii, o tym, że rządzi tam Angela Merkel, a inni nic nie mają do powiedzenia, że Unia wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy, że trzeba nam wolności.

Można powiedzieć, że ten ton propagandy rządowej to efekt szoku, próba zatuszowania dyplomatycznej porażki, odwrócenia kota ogonem. OK. To przekonujące tłumaczenie. Ale jeżeli kryje się za tym inny zamysł - jeżeli to jest kampania zohydzenia Polakom Unii, i przygotowywania ich do powolnego oddalania się od Zachodu? Powrotu w stare geopolityczne koleiny?

Zalecałbym w tej sprawie, nie tylko opozycji, dmuchanie na zimne.  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje