Walenciak: Czasy wielkich bojów PiS

Ledwie rok minął od wygranych przez PiS wyborów, a człowiek czuje się, jakby była to epoka.

Czasy Platformy, gdy życie płynęło leniwie, niczym ciepła woda w kranie, to jakaś prehistoryczna przeszłość. Teraz mamy czasy wielkich bojów. Tusk Polaków usypiał, Kaczyński z Macierewiczem co chwila budzą, dźgają kijem, naganiają do kolejnych wojen. Tak właśnie jest.

Reklama

Bo policzmy. Mamy wojnę z Trybunałem Konstytucyjnym, co w Europie stawia nas w roli tego głupiego, a w Polsce wykopało wielki rów między PiS-em a środowiskami prawniczymi i akademickimi. A nawet Gomułka z nimi nie chciał się konfliktować - wołał, że bez profesorów żadnego państwa się nie zbuduje. No i ta wojna wyprowadziła na ulice tysiące ludzi, zbudowała KOD.

Mamy wojnę z nauczycielami o gimnazja. PiS jeszcze jej tak naprawdę nie poczuł, ale niech uchwali te swoje ustawy, niech zacznie gimnazja likwidować, wtedy dopiero zorientuje się, co ruszył.

Mamy wojnę o Smoleńsk. Tu minister Macierewicz ciągle ujawnia jakieś rewelacje, by po paru dniach z nich się wycofywać, a Jarosław Kaczyński co miesiąc ogłasza, że już za chwilę prawda wyjdzie na jaw. I tak dalej. To wygląda coraz bardziej rozpaczliwie. Poczekajmy jeszcze parę miesięcy. Wcale nie będę zdziwiony, gdy Kaczyński z Macierewiczem będą za Smoleńsk zabijani śmiechem. Bo ile można mamić?

Mamy wojnę z powszechnym poczuciem przyzwoitości i sprawiedliwości, bo tak oceniam aferę związaną z "Misiewiczami", czyli setkami niekompetentnych pisowskich działaczy, którzy pozajmowali miejsca w państwowych spółkach. Uważam zresztą, że ta sprawa jest dla PiS-u najbardziej dewastująca, niszczy to, co legitymizowało tę partię w oczach szerokiej publiczności - że może nie są za bardzo lotni i obyci, ale za to uczciwi i propaństwowi. No to widzimy, jak ta uczciwość wygląda...

Mamy wojnę o film i teatr, co też jest dla władzy bez sensu, bo ludzie kultury skuteczniej wpływają na społeczne postawy niż dziesiątki partyjnych propagandzistów.     

A teraz pojawia się kolejna wojna, wyciszana - z policjantami. Bo, po pierwsze, PiS chce wyrzucać wszystkich tych, którzy zaczynali w PRL-u (znaczy się, gdyby minister Błaszczak był ministrem sportu, to zażądałby wywalenia Bońka i Nawałki, bo oni też z PRL-u...). A po drugie, policjanci już nie trawią popierania przez rząd różnych kibolskich grup. I stawiają rządzącym proste pytanie: z kim jesteście, z nami czy z kibolami?

No i mamy wojnę ze środowiskami kobiecymi, która wyprowadziła "parasolki" na ulice. I one już uciszyć się nie dadzą.  

"Parasolki", KOD - w ten sposób PiS stworzył sobie opozycję, i to taką prawdziwą, zajadłą, nie tchórzliwą, inną niż ta w Sejmie.

Gdyby postępował zręcznie, 90 proc. obecnych konfliktów by uniknął. Nie gadalibyśmy o KOD-zie, Trybunale, o parasolkach, o nauczycielach, tylko o 500+ i sposobach zatrzymania dzikiej reprywatyzacji. Tego zresztą Polacy rok temu oczekiwali - wymiany rządzących (bo Platforma była zepsuta sprawowaniem władzy), nacisku na sprawy socjalne, na wzmocnienie państwa.

Owszem, po części ludzie to otrzymali. Platforma odeszła i żalu wielkiego za nią nie ma,  co pokazują sondaże, w których jest siłą kilkunastoprocentową. Przyszło za to 500+, co jest sukcesem, co zapewnia tysiącom rodzin stabilność finansową i finansową przewidywalność. Poczucie, że państwo nie da zginąć.

Ale ten sukces jest, być może, pyrrusowy, bo dziś nie ma siły, która ogłosiłaby, że z 500+ się wycofa. Nikt już tego nie ruszy. A jeżeli tak, to i PiS-owi ciężko będzie tym się politycznie "żywić", bo jeżeli wszyscy popierają...

Być może PiS zapunktuje biorąc się za dziką reprywatyzację, zwłaszcza tę w Warszawie. To trzeba szybko zatrzymać, bo w ręce różnych kupców roszczeń przechodzi majątek wart setki milionów zł. Ale czy ktoś wierzy, że obecna władza sobie z tym poradzi? Efektywnie, a nie różnymi okrzykami. To jest problem...

Piszę o tych wszystkich pootwieranych przez PiS frontach, bo łatwiej wtedy oszacować jego miejsce w politycznym życiu.

Tak bowiem jest, że rok po wyborach to apogeum wpływów zwycięskiej partii i  - przede wszystkim - upadku opozycji. Rok po wyborach, jesienią 2002 roku, wieszczono Leszkowi Millerowi, że będzie Polską rządził 8 albo 12 lat. Jesienią roku 2008 Platforma miała niemal identyczne poparcie jak rok wcześniej, podczas wyborów, a PiS miał poparcie o jedną trzecią mniejsze (spadł z 32 proc, na 20 proc.). Jesienią 2012 roku PO miała odrobinę słabsze poparcie niż w poprzednich wyborach (34 proc. do 39 proc.), a PiS z kolei sięgał dna kryzysu (18 proc. do 30 proc. uzyskanych dwanaście miesięcy wcześniej, podaję te dane za CBOS).

Dziś, rok po wyborach, partia Jarosława Kaczyńskiego, trzyma jeszcze swój stan posiadania, ale zdążyła zrazić sobie sporo grup społecznych, i to trwale. Zdążyła też wyhodować sobie opozycję, o którą będzie się potykać.

Innymi słowy, PiS zużywa się szybciej niż poprzednicy. Te wojny, które prowadzi, owszem, mobilizują elektorat, ale także ten niechętny.  

Naturalną koleją rzeczy będzie więc spór wewnątrz PiS o to, czy lepiej jest uspokoić politykę i próbować pozyskiwać różne wpływowe grupy, czy też postawić na tych najtwardszych, nieugiętych, bo jak wojna, to wojna.

Charakter PiS-u każe stawiać na to drugie, samobójcze rozwiązanie. Że będzie ostrzej i twardziej. Co z kolei wzmocni najbardziej nieprzejednanych po stronie opozycji.  I w ogóle, wzmocni opozycję, choć nie tę z PO.

Parę miesięcy temu, na fali PiS-owskiego blitzkriegu, nawet poważni ludzie pisali, że PiS będzie rządził przez najbliższych kilkanaście lat. Oni to mówili na serio, z przestrachem. Jakby abstrahując od tego, że partia, która działa  tak neurotycznie, może nie dotrwać nawet do najbliższych wyborów.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje