Walenciak: Polska nam wymiera

Jak meteor przeleciała przez polskie media informacja, że jesteśmy jednym z ostatnich krajów świata jeśli chodzi o tempo przyrostu naturalnego (zajmujemy 212. miejsce na 224 państwa), że dzietność w Polsce wynosi 1,2. I w zasadzie jesteśmy krajem... zwijającym się.

Demografowie to wszystko wyliczyli. W roku 2050 będzie nas 32 miliony, w roku 2060 - 30,5 mln, a potem jeszcze mniej. W ten sposób zniknie 8 milionów Polaków. Do tego będziemy wielkim domem starców. Już dziś na 1000 pracujących przypada 270 emerytów, w roku 2060 będzie ich 670.

Reklama

To są dane alarmujące, one powinny organizować społeczną debatę, bo po prostu kraj nam wymiera. I w dającej się wyliczyć przyszłości Polaków nie będzie już wcale.

A tu - meteor. Była wiadomość i jej nie ma. Wszyscy nabrali wody w usta. Skąd ta szlachetna cisza? Domyślam się, skąd.

Te dane to przecież akt oskarżenia wobec dzisiejszej Polski, naszej odmiany kapitalizmu. Wobec Polski kościelno-solidarnościowej i liberalnej na modłę Balcerowicza i pani Bochniarz zarazem. Tej Polski, o której wszędzie czytam, że jest najwspanialsza w tysiącletniej historii narodu. Więc OK, niech będzie najwspanialsza, tylko dlaczego młodzi ludzie nie chcą w tym raju się rozmnażać i chętniej z niego uciekają niż w nim zostają?

Nie chcę być złośliwy, ale w czasach Polski Ludowej, o której czytam, że na sklepowych półkach był tylko ocet, współczynnik dzietności był jednym z najwyższych. W ciągu 30 lat tamta  Polska wydźwignęła się z 24 milionów obywateli do 37 mln.

No i potem przyszła III RP.  I siadło. A przecież powinno być wspaniale i kolorowo!

Mamy własne państwo, jest wolność, każdy może założyć własną firmę, mamy lekcje religii w szkołach, obowiązuje zakaz przerywania ciąży, a biskup jest na każdej ważnej uroczystości państwowej. Nic, tylko żyć i się rozmnażać! No i okazuje się, że figa z makiem, że Polska jest wprawdzie katolicka, ale raczej bezdzietna. Że III RP bardziej odpycha niż przyciąga.

Niski przyrost naturalny w naszym kraju to nie efekt przypadku. Polska jest po prostu źle i niesprawiedliwie urządzonym krajem, w którym, zamiast poważnej polityki promującej posiadanie dzieci, mamy łapankę. Od Sasa do Lasa.

A to becikowe, jakby tysiąc złotych decydowało, czy ktoś zdecyduje się na potomstwo. A to odpis podatkowy na dzieci, tylko że 32 proc. rodzin zarabia tak mało, że nie płaci podatków, więc te ulgi ich nie dotyczą. Są też zapowiedzi werbalne, premier Tusk (nie wiem, czy ktoś to pamięta) ogłosił rok 2013 - Rokiem Rodziny.

Na razie skończyło się to tym, że tanie przedszkola, które miały być od września, będą, ale do września 2014 (jeśli nic się nie zmieni). Z kolei PiS woła, że wprowadzi kartę rodziny, co już na wstępie dyskryminuje te kobiety, które samotnie wychowują dzieci.

Tym dość rozpaczliwym pomysłom towarzyszą rozmaite wytłumaczenia, dlaczego Polki nie chcą rodzić.

Liberałowie, ci ze sfer rządzących, argumentują, że to los krajów transformujących się, bo w całym regionie przyrost naturalny spadł. Więc - jak z tego wynika - nic się nie da zrobić. Taka karma. I już. Żeby nas pocieszyć, dodają, że to norma europejska, jedno dziecko albo i nic. Jednym słowem, europeizujemy się, więc o co chodzi?

W kanonie liberalnych argumentów jest jeszcze jeden, który wzbudza uśmiech. Otóż oni powtarzają, że kobiety mniej rodzą, gdyż przesuwają macierzyństwo na później, bo wybierają karierę. No proszę, w jakiej pięknej Polsce żyjemy - w której panie wybrały karierę! Znaczy się, wszystkie są bizneswoman, modelkami, dziennikarkami, tak jak to pokazują seriale w TVN...

Ale prawicowcy nie tłumaczą mądrzej. Dla nich spadek urodzin to efekt upadku wartości katolickich (może więc dodatkowe dwie godziny religii w szkołach?). To także efekt propagandy "lewicowo-liberalnej", która zmusza kobiety do pracowania i zniechęca do roli małżonki. Więc gdyby panie były uległe, to byłoby łatwiej. No i oczywiście to również efekt antykoncepcji, pigułek, prezerwatyw i tak dalej.

I co z tym wszystkim począć? Dlaczego mało komu przechodzi przez gardło najprostsze wytłumaczenie? Że kobiety nie chcą decydować się na dzieci z najnormalniejszego strachu?

Że boją się, iż stracą pracę (jeśli ją mają), bo po urodzeniu dziecka nie będą miały gdzie wrócić. Że ktoś zajmie ich miejsce, albo że kapitalista już ich nie zatrudni, bo wiadomo - małe dzieci chorują i taka pracownica będzie wciąż na zwolnieniach. Boją się, że dziecko gwałtownie pogorszy ich sytuację materialną, że jak urodzą, to już nie da się związać końca z końcem. Że nie da się pogodzić wychowania z pracą zawodową. Że trzeba będzie płacić za wizyty u lekarza, za przedszkole, za podręczniki, ubrania i tak dalej...  

Tak już jest, w XXI wieku dzieci traktujemy poważnie, nie na zasadzie Bóg dał i niech biegają między oborą a stodołą.

Zachód Europy te sprawy już dawno ogarnął, tam polityka sprzyjająca dzietności działa, niezależnie czy rządzi lewica czy prawica. Nic więc dziwnego, że Polki rodzą chętniej w Londynie niż nad Wisłą. Że w takiej Francji funkcjonuje system zasiłków na dziecko, płatne urlopy wychowawcze, państwo daje darmowe przedszkola, i dopłaca do niań. Funkcjonują też programy pozwalające łączyć pracę z opieką nad dziećmi. A polska specjalność, czyli "śmieciówki" to margines.

Cały ten wyszydzany przez naszą prawicę socjal i cywilizowane warunki pracy, chroniące kobiety przed wyzyskiem, czyli socjaldemokratyczne rozwiązania, powodują, że przyrost naturalny w zachodniej Europie utrzymuje się na w miarę przyzwoitym poziomie. I - nie mam złudzeń - jeśli Polska nie chce być krajem starości, będzie musiała większość tych rozwiązań przenieść na nasz grunt. Regulując przy tym sprawę "śmieciówek" i pracy na czarno.

To jest oczywiście rewolucja, zanegowanie liberalnej III RP. Ale wyjścia nie ma. W dłuższej perspektywie Polska albo będzie socjaldemokratyczna, albo wymrze z godnością i dumą.

Dowiedz się więcej na temat: przyrost naturalny | Polska | demografia

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje