Walenciak: Zwycięstwa spodziewa się Kaczyński, nie wie tylko, jak wielkiego

​Jest piątek wieczór, za parę godzin cisza wyborcza, wszystko co miało być powiedziane, zostało powiedziane. Już nic się nie zmieni. Co najwyżej, już bez udziału polityków, dziennikarzy i innych agitatorów, strumyczki sympatii i zaufania będą przeciekać od jednych do drugich. Ale na to wpływu nie ma nikt, no, może poza księżmi z niektórych parafii. Choć też z ich wpływem na postawy wiernych bym nie przesadzał.

Zwycięstwa spodziewa się Jarosław Kaczyński, nie wie tylko, jak wielkiego, na co będzie mógł sobie po wyborach pozwolić.   

Reklama

Prezesa perspektywa wygranej już tak bardzo nie rusza. W III RP mieliśmy siedem elekcji do parlamentu, i sześć razy wygrała je opozycja. Rządzący - tylko raz, w roku 2011. Statystyka, wyniki sondaży... Mądry potrafi wyciągać z tego wnioski.

Prezes tonuje nastroje w swej partii. Te nastroje możliwego triumfu i żądzy rewanżu.

Akurat go rozumiem. Musi tonować, bo inaczej - w wypadku wygranej - stanie się zakładnikiem "wściekłych" w swoich szeregach. A wie, że jeżeli teraz im ulegnie, to - po pierwsze - ulegać będzie musiał i później, odwrotu mieć nie będzie. A po drugie, że jeżeli pójdzie na prostą bokserkę, to zacznie pisać swój koniec. W życiu publicznym każda wyrządzona krzywda wraca w dwójnasób. Więc, owszem, Kaczyński może grać rolę mściwego szeryfa, ale im dłużej będzie ją grał, tym bardziej będzie zrażał sobie ludzi. I to będzie jego koniec.

Tę specyfikę doskonale wyczuwał Donald Tusk, przekonując, że Polsce nie trzeba żadnych reform, że wszystko trzeba na miękko, że ciepła woda w kranie to jest to. Dzięki czemu wygrywał z PiS-em. Ile razy? Pięć? Sześć?

To Kaczyński doskonale wie.

Wie, że Smoleńsk pomógł PiS-owi scementować elektorat, scementować partię, przejść przez najgorszy czas, ale - z drugiej strony - to Platformie pomógł wygrać w roku 2011 wybory. Bo przestraszył tę większość, która ceni spokój i obliczalność.

Więc dylemat czy być polskim Orbanem, czy długo rządzić, Kaczyński chyba już przemyślał. I wie, że owszem, może być Orbanem, ale Polska to nie Węgry, tu opozycja anty-PiS jest silniejsza, te partie wrogie Kaczyńskiemu są wystarczająco prężne i mają poparcie, silniejsze są media i inny jest nastrój sprzeciwu wobec nachalnej władzy. U nas Orban by długo nie porządził.

Więc Kaczyński skazany jest, by być też od ciepłej wody? Jeżeli tak, to za chwilę głównych wrogów będzie miał w szeregach własnej partii!

Nie piszę tego wszystkiego, by prorokować, w którą stronę pójdzie polityka PiS. A raczej po to, by pokazać jej dylematy - czy się mścić, czy nie? I jak mocno...

I pewien fatalizm - bo trzeba ludowi smoleńskiemu będzie dać jakieś ofiary! Bo i samego Kaczyńskiego świerzbi, by postraszyć, by się odegrać. Na Michniku, na Tusku, na Tomaszu Arabskim, na Lisie... Listę wrogów ma długą. Ale przecież wie, że takie sprawy musi załatwić politycznie...

Dlatego dziś mniej ciekawy jest PiS, bo za chwilę zacznie kręcić się wokół własnego ogona, wysyłając najróżniejsze komunikaty, że tak, że śmak, tam przecież są ludzie od Sasa do Lasa. Ciekawsza jest opozycja. Co zostanie z Platformy? Do jakiego poziomu spadnie? Jaka będzie lewica? Ile z PO odłamie Petru?  

Jeżeli mówimy o czymś nowym w tej kampanii, to są to właśnie te pytania. 

Od Redakcji: Rafał Ziemkiewicz, Robert Walenciak i Konrad Piasecki dzielili się codziennie na łamach Interii pisanymi na gorąco komentarzami dotyczącymi wyborów parlamentarnych w Polsce.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje