Wielki bluzg

Jeśli ktoś nie śledził w ostatnich dniach tzw. polskiego życia politycznego, to uprzejmie pomogę...

W ubiegłą niedzielę grała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, szmat czasu już od tego dnia minął, ale jazgot trwa. To znaczy: polscy patrioci, jeden przez drugiego, wykrzykują, że Owsiak się bogaci, że oni do puszek nie dają i tak dalej. Tydzień minął, im ta złość nie przechodzi, Owsiak im przeszkadza.

Reklama

O co w tym chodzi? Że nie jest ich? To jest powód, żeby opluć? Żeby zniszczyć? To źle, że do szpitali trafia sprzęt? Więc proponuję: zróbcie zbiórkę sami! Pani Pawłowicz z puszeczką! Pan Kurski z drugą! Redaktor Warzecha z trzecią! I kibole!

Póki co, do głowy im to nie przychodzi, wolą zniszczyć, co nie ich, co poza ich kontrolą. Plwociny fruwają. "Jurek Owsiak do żadnej SB nie potrzebował wstępować, bo jako resortowe dziecko i tak pozostaje w rodzinie i pod jej protekcją" - cieszy się z pięknego dowcipu Stanisław Michalkiewicz, najnowszy męczennik prawicy.

Męczennik, bo na portalu Fronda.pl ukazał się jego felieton, w którym można wyczytać, że "jazgot Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy sprzyja przykryciu kłopotliwej prestiżowo dla naszych Umiłowanych Przywódców sesji, jaką izraelski Kneset wyznaczył sobie w chwilowo nieczynnym obozie zagłady w Oświęcimiu".

Za ten zwrot - "chwilowo nieczynny" - redaktor naczelny portalu Tomasz Terlikowski tekst zdjął i czytelników przeprosił. Teraz więc gniew prawicowej publiczności dosięga Terlikowskiego. Nazywają go cenzorem, żydowską k...  i tak dalej... Redaktorze, głowa do góry, lepiej być żydowską k... niż świnią.

Nawiasem mówiąc, Fronda ma swój smutny wkład w polskie życie publiczne, bo wydała  "Resortowe dzieci", najlepiej sprzedającą się obecnie książkę.

Prawicowcy ubrali znienawidzonych przez siebie dziennikarzy w czerwone krawaty i dali na pierwszą stronę. Pomysł marketingowy znakomity - przecież gdyby na okładkę trafiły zdjęcia autorów, pani Kani i pana Targalskiego, pies z kulawą nogą by się książką nie zainteresował, a na sekrety Moniki Olejnik, Adama Michnika i innych znanych dziennikarzy ludzie się skuszą.

Fani książki tłumaczą, że ujawnia ona układ (prawica zawsze ujawnia układ). Że na przykład taka Monika Olejnik nie zrobiłaby kariery, nie miałaby swoich programów, gdyby nie tata major SB (od pilnowania ambasad). Że w ten sposób dziennikarskie elity PRL-u przeszły do III RP. I teraz zostało to zdemaskowane.

Pozwalam sobie mieć inne zdanie. Najkrócej rzecz biorąc, uważam, że na swą pozycję Monika Olejnik zapracowała sama i jakby była nieśmiała, leniwa, delikatna jak puch, to mogłaby mieć tatę generała i mamę generała, a i tak rady by nie dała.

Sceptykom proponuję zresztą eksperyment: dajcie Kani podobny program, zobaczycie, co z nim zrobi!

Pewnych spraw rodzinne koneksje nie załatwią. Dlatego Olejnik zawsze będzie przesłuchiwać, a Kania zawsze będzie kobiecinką spisującą z SB-eckich teczek - tu nic się nie zmieni. I nic by się nie zmieniło, gdyby to ona była córką majora, a Olejnik córką pana Kani... O którym nic nie wiem, ale zbytnio mnie to nie martwi.

Więc do "Resortowych dzieci" wielkiej filozofii bym nie przykładał. Logikę to dzieło ma prostą - kto nasz wróg, trzeba go w szambie unurzać, pokazać, że obcy, rozprawić się z nim. Tyle. To jest ten ton.

Katolickie podejście do bliźniego, zaprezentowali też rodzice Przemysława Gosiewskiego, apelując do władz PiS, by partia ta wycofała kandydaturę Małgorzaty Gosiewskiej (pierwszej żony Przemysława) do Parlamentu Europejskiego.

"Nie wyrażamy zgody na kandydowanie tej pani z regionu świętokrzyskiego ani z żadnego innego do Parlamentu Europejskiego!" - apelują. "Pani Małgorzata nie ma żadnego wykształcenia, nie ma studiów i nie zna języka, więc po co pójdzie?" I dodają: "Chcemy, by ta pani zrezygnowała z naszego nazwiska. To szanowane wszędzie nazwisko i nie godzimy się, by korzystała z nazwiska, które zniszczyła. Ona porwała dziecko i wywiozła. Przechodziliśmy przez nią gehennę".

Pani Małgorzata, z domu Kierat, nie zastosowała się do apelu, chce kandydować, do panieńskiego nazwiska też nie wraca. Nic więc się nie zmieniło, tylko zapachniało nam jarmarkiem gminnym.

Za to zmieniło się w sprawie Ryszard Krauze kontra Anita Gargas (też z zaciągu prawicy), gdyż sąd nakazał pani redaktor przeprosić biznesmena. W roku 2007 (sic!) pani Gargas wyemitowała program "Misja specjalna", poświęcony Krauzemu, w którym padła sugestia, że właściciel Prokomu może być powiązany z Nikodemem Skotarczakiem, czyli gangsterem "Nikosiem".

No to teraz trzeba przepraszać.

Uff...

To jest zbiór wydarzeń towarzysko-politycznych z ostatnich kilkunastu dni, które spina prosta klamra pod nazwą wielki bluzg. Przypadek? Oczywiście, że nie. Oni wszyscy tak z siebie. Czy teraz, czy rok temu, czy lat temu siedem. To jest ten gen politycznej samozagłady.

Stawiam tezę, że potrzeba kąsania na lewo i prawo, opluwania innych, jest kulturowo zakodowana w zachowaniach polskiej prawicy. Oni tacy byli zawsze. W roku 1905 wołali, że PPS służy Niemcom, w roku 1918 Piłsudskiego nazywali Joszkiem Piłsuderem.

W roku 1922, gdy - także na skutek politycznej głupoty endecji  - wybrano prezydentem Gabriela Narutowicza, Stanisław Stroński, poseł i dziennikarz, pisał: "(...) wybór ten zdumiewająco bezmyślny, wyzywający, jątrzący wytwarza stan rzeczy, z którym większość polska musi walczyć". Ulica dopowiadała swoje - Narutowicza nazywała Żydem, wybranym głosami Żydów. Bojówki i agresywny tłum blokowały powóz, który wiózł elekta na zaprzysiężenie.

To był ten jazgot, groźny, ale przecież normalnych ludzi odpychający (wtedy i dziś!). Dawał prawicy poczucie siły, ale i skazywał ją na męki Tantala, bo nigdy nie mogła zdobyć władzy, choć tak często była od niej o krok.

Pisał zresztą o tym "Kurier Polski" , 13 grudnia 1922 r. (tak, tak, ponad 91 lat temu!): "Każdy z nas, ale z pewnością i narodowa demokracja sama zadawać sobie musiała nieraz pytanie, dlaczego wbrew swojej sile i znaczeniu w narodzie nie może dojść do władzy, a skoro dojdzie, natychmiast ją traci? Zwłaszcza to uprawnione zupełnie dążenie jej do władzy, i to dochodzenie tuż, tuż do niej, zakończone zwykle w ostatniej chwili niespodziewanym potknięciem się, jest zjawiskiem zbyt często powtarzającym, aby nie było warto i nie było trzeba nad nim się zastanowić".

I proszę,  91 lat minęło, a oni dalej tak samo.

Robert Walenciak

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje