Witaj Europo!

Z wielkim przytupem Donald Tusk rozpoczął polską prezydencję. Są przemówienia, koncerty, jakbyśmy do Unii dopiero co wstąpili. Wciąż słyszę, że Polska jest euroentuzjastą, że wnosi do Europy nasz optymizm i wigor, że tchnie w nią nowego ducha. W porządku, ale jakiego?

Coś o tym duchu powiedziała nam sejmowa debata, która toczyła się w Sejmie nad projektem ustawy całkowicie zakazującej przerywania ciąży. Zgłosiły go środowiska fundamentalistyczne, z błogosławieństwem biskupów i skrajnej prawicy. OK, każda grupa może zgłaszać projekty ustaw, to normalne. Tylko że w każdym kraju europejskim taki projekt natychmiast zostałby wyrzucony do kosza.

Reklama

Ba, tak właśnie było w czasach rządów koalicji PiS-Samoobrona-LPR, 13 kwietnia 2007 roku, kiedy Sejm głosował niemal identyczny projekt (wtedy chodziło o wprowadzenie odpowiedniej poprawki do konstytucji), i wówczas, głosami PiS, został on odrzucony. Dzień później z Kaczyńskim pożegnał się, na znak protestu, Marek Jurek, co Jarosław skwitował krótko: "albo agent, albo idiota".

Ale czasy się zmieniają. Dziś projekt fundamentalistów nie został odrzucony, lecz skierowany do dalszych prac. W jego obronie głosował cały PiS i prawie połowa Platformy. I to jest sensacja, bo partia, która chlubi się swoimi liberalnymi korzeniami, która podobno otwiera się na lewą stronę, w momencie próby pokazała, że jest twardą prawicą.

100 posłów PO było za odrzuceniem ustawy pro-life, ale aż 69 było za skierowaniem jej do prac w komisji. Dorzucając do tego tych, którzy nie przyszli na głosowanie, widzimy, że Platforma w sprawie zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej pękła na pół.

Prawie połowa posłów PO uważa, że jest sensowną rzeczą pracować nad ustawą, która całkowicie zakaże przerywania ciąży, nawet tej będącej ofiarą gwałtu czy zagrażającej życiu matki. O badaniach prenatalnych nie ma co wspominać...

Witaj Platformo! I witaj Europo!

Mówiąc szczerze, nie wiem i za bardzo nie chcę wiedzieć, co myśleli ci posłowie PO, którzy poparli fundamentalistów. Czy był to odruch głębokiej wiary, czy też jakaś kalkulacja, chęć przypodobania się biskupowi. Ale na pewno ich decyzji nie towarzyszyła refleksja nad tym, jak sprawa aborcji wygląda w Polsce dzisiejszej.

Otóż w Polsce od 18 lat obowiązuje ustawa antyaborcyjna, która jest jedną z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Dopuszczająca przerywanie ciąży tylko wtedy, gdy jest ona wynikiem gwałtu, gdy zagraża życiu matki, lub gdy płód jest nieodwracalnie uszkodzony, czyli w sytuacjach wyjątkowych. Nie jest więc żadnym kompromisem, jak wmawiają nam niektórzy, ale całkowitym zwycięstwem jednej strony nad drugą. Piekłem kobiet i rajem wszelkiego typu moralizatorów.

Wraz z jej wejściem w życie rozwinęło się w Polsce aborcyjne podziemie i turystyka aborcyjna. Oficjalne dane mówią, że rocznie w Polsce przeprowadzanych jest około 500 legalnych aborcji. Organizacje kobiece szacują z kolei, że liczba nielegalnych aborcji wynosi do 200 tys. rocznie. Jak podają, zabieg kosztuje od 1,5 tys. zł do 4 tys. zł. Można go przeprowadzić w Polsce, można wyjechać w tym celu na Litwę, do Niemiec czy do Czech. Widać wyraźnie, że obecna ustawa jest wielkim kłamstwem.

A dodatkowo jest restrykcyjnie stosowana. 14-letnia dziewczynka z Lublina, nazywana w mediach Agatą, mimo że miała wszystkie niezbędne zaświadczenia, nie mogła legalnie usunąć ciąży w rodzinnym mieście, bo lekarze zasłaniali się klauzulą sumienia. Alicję Tysiąc, która upomniała się o swoje prawa, jakiś cymbał przyrównał do nazistki.

Znam przypadek z warszawskiej przychodni, z samego centrum miasta, kiedy pacjentce, która poprosiła o skierowanie na badania prenatalne, lekarka odpowiedziała, że nie da: "Bo pani się zbada, a potem usunie ciążę"...

W szkołach nie uczy się wychowania seksualnego, bo to podobno wstydliwy przedmiot. Więc młodzież uczy się pod trzepakiem. I tak gnijemy w obłudzie.

Oczywiście, nikt przytomny nie uważa aborcji za rzecz fajną - w tej sprawie kompromis jest pełen - wiadomo, że trzeba to zjawisko ograniczyć, zmarginalizować. Ale tych spraw nie załatwią jakiekolwiek restrykcyjne ustawy.

Historia antyaborcyjnych zapisów pokazuje, niczym papierek lakmusowy, wpływy Kościoła, może nie tyle w społeczeństwie, ile wśród polityków. Nie zauważyłem sukcesów Kościoła w propagowaniu takich przykazań, jak nie kradnij czy nie cudzołóż, albo też w ograniczeniu takiego grzechu jak pijaństwo. Tu jest grochem o ścianę. Natomiast gołym okiem widać, jaki wpływ biskupi mają na świat polityki.

Dyskusja o prawie do przerywania ciąży opiera się na interpretacji czy zygota jest już człowiekiem, czy jeszcze nie. Kościół katolicki uznał, że to już człowiek. Z kolei inne religie, inne systemy światopoglądowe opierają się na opiniach tych naukowców, którzy twierdzą, że decydujący moment nadchodzi później. Tego sporu nauka nie rozwiązała, to kwestia wiary.

Więc państwo, które chce pozostawać neutralne światopoglądowo, które nie chce wnosić wewnętrznych regulacji kościołów i związków wyznaniowych do swego systemu prawnego, nie powinno w to wszystko się mieszać. To sprawa proboszcza, by jego parafianki nie przerywały ciąży, a nie sprawa policjanta i prokuratora. Ale w Polsce jest inaczej. Nasze państwo jest uległe. A politycy PO zastraszeni. Karta Praw Podstawowych, ustawa antyaborcyjna, in vitro - to są sprawy dotyczące milionów Polaków! I co?

Więc Donald Tusk może się naprężać i opowiadać, jaki to z niego Europejczyk, i że nie będzie klękać przed księdzem, a to wszystko będą przechwałki Stefka Burczymuchy.

Robert Walenciak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy