Władza oszalała na punkcie limuzyn

Beata Szydło wracała z pracy do domu i miała wypadek. W kolumnę samochodów BOR, którą się poruszała, wjechał przypadkowo mały fiat seicento. Kierowca pancernego audi A8, którym jechała odbił w lewo, i centralnie uderzył w drzewo. Koniec, kropka.

W ostatnim czasie to czwarta drogowa kolizja naszych VIP-ów i kolejny rozwalony samochód w cenie 2-3 mln zł.

Reklama

O co tu chodzi?

Co się stało z BOR-wcami, że seryjnie rozbijają auta warte po kilka milionów złotych każdy?

Spiskiem rosyjskim, Tuskiem, sztuczną mgłą czy helem, wytłumaczyć tego stanu się nie da. Więc? Na razie okazuje się, że dziś największym zagrożeniem dla najważniejszych osób w państwie, nie są żadni terroryści, czy jakieś wrogie organizacje, tylko ich kierowcy. Bo prezydent, premier, minister obrony, wylądowali w rowie albo na drzewie.

W rowie wylądował prezydent, pancerne BMW, którym jechał miało założoną starą oponę. Poza tym, jechało zbyt długo za szybko. Gdyby ten od opony i kierowca, zachowali się tak jak trzeba, do wypadku by nie doszło.

Katastrofa, którą spowodowała kolumna wioząca Antoniego Macierewicza, pod koniec stycznia, pod Toruniem, była bardziej spektakularna. Bo w wypadku zniszczeniu uległo osiem samochodów, a ranne zostały trzy osoby. Według  ustaleń prokuratury, wpływ na zdarzenie mogły mieć trudne warunki panujące na drodze. Tak, że jeden z samochodów poruszających się kolumnie szefa MON wpadł w poślizg, i uderzył w tył poprzedzającego go auta. Następnie oba wpadły na samochody stojące przed skrzyżowaniem.

A skąd ten pośpiech ministra obrony? Otóż wracał on z Torunia, z sympozjum zorganizowanego w szkole księdza Rydzyka, i koniecznie chciał zdążyć na galę przyznania prezesowi Prawa i Sprawiedliwości Jarosławowi Kaczyńskiemu nagrody "Człowiek Wolności". Czy oba wydarzenia, to toruńskie i warszawskie, miały coś wspólnego z obronnością państwa? Raczej nie sądzę. Ale kolumna z ministrem szalała.

W między czasie mieliśmy wypadek kolumny rządowej podczas wizyty premier Szydło w Izraelu. Na a teraz, w piątkowy wieczór, w Oświęcimiu, gdy premier  jechała w asyście ochrony do rodzinnego domu. Nie na spotkanie z Angelą Merkel czy Theresą May, ale na weekend do męża. Co śmieszne, właśnie usłyszałem, że kolumna ta poruszała się z prędkością 50 km na godzinę. Sorry? 50 km na godzinę? Patrząc na zdjęcia rozbitego Audi mogę uznać, że 50 km na godzinę jechał Fiat Seicento. A kolumna pewnie drugie tyle...

Przypominam te wszystkie wydarzenia, raczej powszechnie znane, byśmy uzmysłowili sobie ich bezsens. Nikt nikogo nie ścigał, nie było potrzeby szaleńczo pędzić, wyprzedzać, nie było żadnej podbramkowej sytuacji, nagle, niemal na prostej drodze, ochrona zaczęła wariować.

Oryginalną wykładnię obecnej sytuacji dał minister Błaszczak. Otóż stwierdził on na konferencji prasowej, że te wypadki zdarzają się dlatego, że... trwa sprzątanie po gen. Janickim. Czyli poprzednim, wyrzuconym przez PiS, szefie BOR.

I myślę, że to jest jakiś trop. Jeżeli PiS dokonał czystek w BOR, jeżeli wciąż trwają tam polowania na czarownice (sorry, sprzątanie...), to trudno przypuszczać, by funkcjonariusze BOR, ci co pozostali w służbie, mieli głowy do tego, by sprawnie działać. Ech, możemy cieszyć się, że Błaszczak nie został na przykład dyrektorem kliniki chirurgii,  bo jakby zrobił czystkę w swoim stylu, to nawet z wyrostkiem robaczkowym trzeba by było jeździć na Słowację, ale to przecież marna pociecha...

Nie mam bowiem jakichkolwiek złudzeń - to sposób zarządzania jednostką, permanentny bałagan (wciąż sprzątają!), łamanie charakterów, szukanie niepewnych politycznie, spowodowały upadek jej profesjonalizmu.

Dziś wygląda to tak, że ci co się na robocie BOR znają (a jeszcze tam zostali), wolą milczeć, lub też podlizać się politykom szybką jazdą, i w ten sposób budować swoją pozycję, a nowi, którzy przyszli, mają niewielką wiedzę. I efekt jest wiadomy.

Parę lat temu gorszyłem się, gdy wyszło na jaw, że minister Radosław Sikorski wykorzystywał ochronę do przywozu pizzy. To rzeczywiście było paskudne, ale  mniej groźne to dla kraju, niż prujące jak pociski samochody opancerzone.

Odnotujmy też, jak w tej sprawie zmienił się obyczaj. W niedawnych czasach ministrowi wystarczała zwykła limuzyna, z jednym kierowcą. Premier miał dwóch BOR-owików. Teraz mamy kawalkady. Jeżdżące dużo powyżej dozwolonej prędkości, stwarzające na drogach zagrożenie.

Bóg czuwał, że kierowca rządowego Audi nie zabił chłopaka z Seicento, że nic nikomu nie stało się, gdy z autostrady wypadł BMW prezydenta Dudy, że nikt nie zginął kiedy kolumna MON wpadła na stające przed światłami auta.

Ale za chwilę będzie kolejny wypadek, i wtedy może być gorzej.

Ta władza oszalała na punkcie limuzyn i ścigania się po publicznych drogach. Nie rozumie, że to jest groźne dla obywateli. Nie rozumie też, że te przejazdy kolumn są bez sensu, że gorszą ludzi, i że to frymarczenie publicznym groszem - bo jadąc z imprezy u Rydzyka na imprezę do red. Karnowskiego, Antoni Macierewicz nie wykonywał czynności związanych z obronnością kraju. Andrzej Duda, jeżdżąc na nartach, też raczej zajmował się własną rozrywką... A Beata Szydło, jadąc do męża, do swojej wioski, również nie musiała pędzić po ulicach Oświęcimia.

Ba! Jestem dziwnie pewien, że jakby jechała swoim samochodem, to jechałaby ostrożnie, i nic nikomu by się nie stało.

Ja rozumiem, że to może być przyjemne, można się dowartościować, itd., pędząc dwa razy szybciej niż inni, po mieście czy po autostradzie. Ale naprawdę, szanowna władzo, skończcie z tym cyrkiem. Bo nie służy on ani Polakom, ani wam.  

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje