Wywalmy ten próg

Jak człowiek patrzy na polskie życie partyjne, na tych wszystkich mniej lub bardziej ważnych partyjnych towarzyszy, czy to z rządu czy z opozycji, to zastanawia się coraz częściej – skąd się tacy biorą? Skąd się bierze ta gromada dyletantów, ścigająca się w prostej dziedzinie – kto bardziej dokopie przeciwnikowi, bardziej obelżywie go nazwie, i bardziej podliże się szefowi. Dla nich to jest ważne, a nie kompetencje czy kultura osobista.

Dajcie mi PiS-owca, który powie głośno, że Kaczyński się myli! Ba! Niech powie, że CZASAMI prezes nie ma racji. Oj, trudno o takiego...

Reklama

A opozycja? To już trąci kabaretem - i Grzegorz Schetyna i Ryszard Petru z miesiąca na miesiąc są coraz bardziej śmieszni, mają coraz mniej do powiedzenia, a ich partyjni towarzysze (i sympatyzujący z nimi dziennikarze) cmokają z zachwytu... O! Schetyna! Powstał z popiołów! Co za przemówienie! Co za głębia...

Ludzie, jaka głębia? Ten stek banałów?

Rację miał Paweł Kukiz, gdy krytykował polskie partie, i to, że panuje w nich selekcja negatywna. I że te partie poza własnym interesem (ach, to żelazne prawo oligarchii Roberta Michelsa...) niewiele dostrzegają. Rację miał, gdy mówił, że to trzeba rozwalić, bo ten system niszczy życie publiczne. Nie miał tylko racji, gdy mówił, że uzdrowią to JOW-y...

Innymi słowy - stawiał dobre pytania, udzielał złych odpowiedzi.

Jak działają JOW-y, możemy przekonać się, patrząc na wyniki wyborów do Senatu. One są odwzorowaniem wyborów do Sejmu, bez poparcia partii trudno komukolwiek się przebić, zdobyć mandat. JOW-y zabetonowałyby naszą scenę polityczną jeszcze mocniej.

Ale nie upadajmy na duchu - jest sposób, żeby rozbić beton, żeby popularni działacze spoza partii politycznych mogli wejść do Sejmu, i żeby ci, którzy są w partiach, przestali bać się swoich szefów, i zaczęli dbać o relacje z wyborcami a nie z kolegami z organizacji.

Sposób jest prosty - trzeba przyjąć rozwiązanie dokładnie inne niż chce Kukiz. To znaczy - usunąć barierę 5 proc., przypilnować, by okręgi wyborcze były wielomandatowe, no i zmienić sposób liczenia głosów z d'Hondta na Saint-League'a. Czyli zrobić wszystko, by wybory były jak najbardziej proporcjonalne, tak żeby kształt polityczny Sejmu jak najwierniej odwzorowywał mapę polityczną społeczeństwa. To uwolni nasze życie publiczne od obecnych patologii.

Dlaczego tak sądzę?

Życie partyjne, jego jakość, zależy, z jednej strony, od obyczajów, od mentalności panującej w danym społeczeństwie, a z drugiej - od ordynacji. Tak, tak - zależnie jak ją zapiszemy, taki będziemy mieli system partyjny i wszystko co z niego wynika.  

Jak to dziś u nas wygląda? Obecny system zwiększa rolę szefa partii, degradując jednocześnie wszystkich niepokornych, tych, którzy mogliby mu zagrozić. System oddaje bowiem w ręce szefa dwa narzędzia. Po pierwsze, to on ma decydujący głos w układaniu list wyborczych. Zawsze więc może powiedzieć - koleżanko, kolego, nie ma dla was miejsca na liście. Ewentualnie jest gdzieś pod koniec, w niebiorącym okręgu. Drugim narzędziem są pieniądze. Ustawa o partiach, której autorem był Ludwik Dorn, przyjęła model finansowania partii z budżetu. To słuszny kierunek, stwarza bowiem szansę na odcięcie partii od powiązań z biznesem, od różnych dziwnych darczyńców. Ale jednocześnie, ubocznym efektem jest sytuacja, w której to szefostwo partii ma monopol na pieniądze, i decyduje - komu je dać, a komu nie. Na kampanię wyborczą, na akcje w okręgu wyborczym itd.

W takim więc systemie nie ma szans, by rozwinęli skrzydła działacze nietuzinkowi, niepokorni, wyrastający ponad przeciętność. Ten system premiuje teczkowych, posłusznych lizusów. Bo kto zdecyduje się na zderzenie z szefem, jeśli tym samym zaryzykuje miejsce na liście czy dobrą transzę partyjnych pieniędzy? Dlatego wszyscy w partiach mają pokornie schylone głowy i powtarzają drętwe komunikaty dnia. Wiedzą, że politycznego życia poza partią nie ma. Bo nawet jakby się zbuntowali i odeszli - to skąd mieliby wziąć pieniądze na działalność i kampanię? No i czy mieliby takie wpływy, by w skali kraju osiągnąć barierę 5 proc.? Owszem, to się zdarza, ale rzadko...

Tymczasem, gdybyśmy pozbyli się barier - typu 5 proc. plus d'Hondt, plus małe okręgi wyborcze, zniknąłby strach przed wyjściem z partii, przed wyrażaniem własnego zdania. To sympatia wyborców stałaby się ważna, a nie sympatia partyjnego szefa. Brak bariery 5 proc. zachęciłby do startu w wyborach lokalnych działaczy, lokalne komitety. Dziś ich kreatywność jest dławiona. Zresztą, w wielu europejskich krajach żadnego progu nie ma - i to działa.

Tak, wiem, mieliśmy już w Polsce podobny system, on był w Sejmie I kadencji (1991-93), było w nim wtedy 19 partii, i ułożenie jakiejkolwiek większości było wręcz niemożliwe. I dlatego właśnie, by ten bałagan wyeliminować, uchwalono 5-procentowy próg.

Ale to był czas innej konstytucji. Ta dzisiejsza stwarza zupełnie inną sytuację. Przede wszystkim daje bardzo silną pozycję premierowi, którego trudno jest odwołać. Można to uczynić tylko poprzez konstruktywne wotum nieufności, czyli tworząc nową większościową koalicję. Poza tym, mocną pozycję ma też prezydent, więc naprawdę trudno dziś zachwiać egzekutywą.

Za to mnogość różnych partii w Sejmie, osłabienie tych wielkich bloków, dałaby szanse na odbudowanie życia politycznego. Ustawy nie mogłyby przechodzić w stylu PRL-owskim, w takim stanie, w jakim przesłał je rząd. Dyskusja nad nimi byłaby prawdziwa. Inicjatywy posłów byłyby autentyczne. Odzwierciedlałyby przekonania obywateli, tych z okręgu wyborczego, a nie pomysły partyjnej wierchuszki. Na znaczeniu straciliby różni bluzgacze, budujący swoją pozycję na obrażaniu rywali. Bo w sytuacji, w której trzeba się dogadywać, szukać porozumienia, kompromisów, urosłaby rola tych, którzy potrafią to robić. Ci co obrażają byliby gdzieś po kątach.

Przypomnijmy zresztą sobie Sejm I kadencji - szefami klubów i kół byli wówczas (wyliczam z pamięci): Bronisław Geremek, Aleksander Kwaśniewski, Wiesław Chrzanowski (albo Stefan Niesiołowski), Jarosław Kaczyński, Waldemar Pawlak, Jan Olszewski, Bogdan Borusewicz, Leszek Moczulski, Aleksander Małachowski, Janusz Korwin-Mikke... A w kuluarach szalała masa zdolnych i mownych parlamentarzystów. Chciało się ich słuchać i oglądać. To był Sejm! Bez porównania z dzisiejszym...

Więc ofiaruję i czytelnikom, i politykom, absolutnie za darmo, stosunkowy prosty pomysł na odbetonowanie polskiego życia publicznego. Nie kieruję się interesem jakiejkolwiek partii. Tym dobrym zniesienie progu nie zaszkodzi. Dla tych złych to byłby z kolei kłopot - bo pojawiłaby się konkurencja. Jaka? Różna. Na Podlasiu jakiś mandat zdobyłby pewnie ONR, na Śląsku RAŚ, w Warszawie Ruchy Lokatorskie, itd.. Wolę to, niż dzisiejszych no-name'ów.

Wywalmy ten próg! To zadziała!

Dowiedz się więcej na temat: Walenciak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy