Zepchnięci do kąta

Za kilkadziesiąt godzin, 2 maja, Komisja Europejska ma przedstawić projekt budżetu UE na lata 2021-2027. To będzie wielkie bum, przecieki, które do mediów dochodzą potwierdzają najbardziej pesymistyczne przewidywania. Polska, w nowej perspektywie budżetowej, będzie pozbawiona znacznych funduszy. Jak znacznych?

Mówi się, że jedynie w wyniku zmiany zasad polityki spójności Polska może stracić około 8 mld euro - te pieniądze zostaną przekierowane z Europy Środkowej na południe Europy. Inne polityki też mają być bardziej powściągliwe, jeśli chodzi o fundusze dla Polski. Całkowita suma środków dla naszego kraju miałaby wynosić 80 mld euro, podczas gdy na lata 2014-2020 wynosi ona 105 mld euro. Jest różnica...

Reklama

Oczywiście, pamiętajmy że to co zostanie zaprezentowane 2 maja, to będzie propozycja budżetu, nad którą rozgorzeje dopiero dyskusja, która potrwa co najmniej rok. Ale nie miejmy złudzeń, wielkich zmian tu nie będzie, co najwyżej korekty. Ramy zostały przygotowane już wcześniej. W ostatnich miesiącach.

Więc nasuwa się pytanie, dlaczego Unia potraktowała nas po macoszemu?

Odpowiedź chyba jest jasna, to wszystko widać gołym okiem - jeżeli Polska jest dziś krajem, wobec którego uruchomiona został procedura braku praworządności, jeżeli od dwóch lat płyną z Warszawy w stronę Brukseli pouczenia i uszczypliwości, to trudno spodziewać się, by interesy Polski były tam z wyrozumiałością traktowane. W przeciwieństwie do Włochów, Greków, Hiszpanów, którzy potrafili swoje problemy przedstawić. Południe, jeszcze parę lat temu nazywane "leniwym południem", dziś w Brukseli traktowane jest dobrze i ze zrozumieniem.

W przeciwieństwie do Polski.

Więc jeszcze jedno dodam pytanie: czy rząd PiS-u miał świadomość, prowadząc swą antyunijną politykę, że taki może być jej rezultat?

Czy Beata Szydło, kiedy jechała do Brukseli i tam krzyczała różne głupoty, zdawała sobie sprawę, że za chwilę trzeba będzie negocjować miliardy? Hmm... Ona mogła sobie z tego nie zdawać sprawy... Bo nie sprawia wrażenia szczególnie bystrej... Ale przecież w tym PiS-ie są inni, ważniejsi od niej, lepiej zorientowani, i oni wiedzieli, co kładą na szali. I nie wierzę, by byli tak naiwni, by uważali, że można kogoś kopać, obrażać, a potem wyciągnąć do niego łapę po forsę... I ją dostać.

OK, jeżeli więc PiS miał świadomość w co gra, jeżeli szedł do boju z Brukselą z prostym przesłaniem - zderzamy się z Komisją Europejską, z Niemcami, z Francją, to będzie nas kosztowało kilkanaście miliardów euro, ale to się opłaca, bo walczymy o większe cele, to dlaczego o tym milczał? Dlaczego minister Waszczykowski, premier Beata Szydło, nie mówili, że taka będzie najprawdopodobniej cena za konflikt z Unią? A występowali w Sejmie wielokrotnie, mieli okazję to powiedzieć.

Jeżeli zdawali sobie sprawę, że balansują na cienkiej linie, to aż się zapytam: a co zrobili, by do zepchnięcia Polski do kąta nie dopuścić?

Czy mitygowali Jarosława Kaczyńskiego? Raczej trudno to sobie wyobrazić... Może więc próbowali wpłynąć na prace Komisji w samej Brukseli? Nic na to nie wskazuje... Przeciwnie, w ostatnich miesiącach polska placówka przy Unii była przetrącona - bo dymisję złożył ambasador RP przy Unii (już z dobrej zmiany) - Jarosław Starzyk. I jakoś nie kwapiono się, by go kimś zastąpić.

Innymi słowy, polska dyplomacja w Brukseli podczas układania budżetu działała na pół gwizdka.  I nie widać było starań ze strony jej szefów, by działała skuteczniej. A szkoda, bo dobra dyplomacja, nawet jeżeli jej władze popełniają błędy, potrafi zadbać o sprawy swego państwa. Tym razem tak nie było, czego symbolem było 27:1 w sprawie Tuska.

Jak wiele warta jest sprawna, zawodowa dyplomacja pokazuje historia obrad KBWE w Madrycie, które toczyły się w latach 1980-1983. Po proklamowaniu stanu wojennego w Polsce kraje Zachodu zamierzały konferencję zerwać, zawiesić. I jednocześnie uchwalić w sprawie Polski odpowiednią rezolucję. Do tego nie doszło. Rezolucji w sprawie Polski nie było, konferencja nie została zerwana. Zadecydowała wówczas aktywna działalność polskiej dyplomacji. Ci PRL-owscy dyplomaci trzymali rękę na pulsie, i potrafili zatrzymać niewygodne dla nich inicjatywy. Bo byli dobrzy.

Inny przykład to Stany Zjednoczone. Kilka dni temu przyjęto w Kongresie tzw. JUST Act, czyli ustawę zobowiązującą Departament Stanu USA do monitorowania kwestii mienia pożydowskiego w kilkudziesięciu krajach. Sprawa jest poważna, bo niektóre żydowskie organizacje w USA wymyśliły, że majątek Żydów pozostawiony w Europie Środkowej, którzy zostali wymordowani, a nie zostawili spadkobierców, należy się im. To taki sposób, znany z reprywatyzacji warszawskiej, na kuratora.

Rzecz nie jest nowa. Te organizacje tę ustawę próbowały przepchnąć w Kongresie od lat. Ale do tej pory zawsze ich zabiegi były blokowane. Polscy dyplomaci potrafili przekonywać kongresmenów, by sprawy nie podnosili. W tym lobbyingu byliśmy skuteczni. Brawo! Ale to się skończyło.

Najpierw "porządek" z ambasadą polską w USA zrobił minister Waszczykowski, przyszli tam dyplomaci od wyświetlania filmu "Smoleńsk", a potem PiS uchwalił słynną ustawę o IPN, która rozsadziła stosunki polsko-żydowskie. Tak to jest, kiedy za skomplikowane zagadnienia, wymagające wiedzy i delikatności, a taką była ustawa o IPN, biorą się tacy intelektualiści jak pan Jaki czy pan Świrski.

Żeby była jasność - nie sądzę, by Polska musiała w jakiejkolwiek przyszłości płacić organizacjom żydowskim  za pożydowskie nieruchomości, mamy tu jeszcze kilka porządnych bezpieczników. Ta bitwa spokojnie jest do wygrania.

Ale trzeba się do niej przygotować. I nie myślę o tym rodzaju przygotowania, który prezentuje mój sąsiad z łamów Interii Rafał Ziemkiewicz, pięknie pokazując organizacjom żydowskim gest Kozakiewicza. Że taki niezłomny. To mniej więcej wygląda tak, jak zdjęcia talibów, potrząsających przed kamerami kałasznikowami, że oni ten Zachód za chwilę rzucą na kolana.

Więc nie w pustych gestach szukajmy rozwiązań.

Piszę to w łagodnym tonie, choć mam świadomość, że dzwony biją. Że sam fakt, że przerżnęliśmy sprawę unijnego budżetu, tracąc miliardy, i że dopuściliśmy do uchwalenia w Kongresie USA ustawy JUST Act, fatalnie świadczy o rządzącej ekipie. O jej marnych możliwościach intelektualnych i nieumiejętności skutecznego funkcjonowania w świecie.

Ciemniactwo kosztuje.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje