Złe emocje

​Kłopot polskiego życia publicznego polega na tym, że napędzają go złe emocje. Wystarczy posłuchać przez 5-10 minut polskich polityków, by dowiedzieć się najgorszych rzeczy o ich rywalach, tych rzeczywistych i tych wyimaginowanych. A można słuchać ich i tydzień, i nic nie dowiemy się, poza stertą banałów, o ich projektach na przyszłość, jak chcą Polskę zmieniać i wzmacniać, oraz jak wzmacniać jej miejsce w świecie.

Złe emocje to metoda na przykrycie swoich błędów i swojej niekompetencji. To także metoda na wzmocnienie swej pozycji - poprzez pokazanie nicości rywali. Opisania ich jako zdrajców, sprzedawczyków, złodziei, ludzi niespełna rozumu. Tak wygląda to w sferze politycznego PR-u. Ale, sądzę, są one objawem czegoś jeszcze  - zacietrzewienia i nieumiejętności załatwienia najprostszych spraw inaczej niż przez awanturę i poniżanie.

Reklama

Żeby być jak najdalej od sporów rząd-opozycja - zamurowało mnie, gdy usłyszałem o wojnie między MSZ a Kancelarią Prezydenta. O tej wojnie dowiedzieliśmy się od Witolda Waszczykowskiego, który w jednym z wywiadów zaatakował prezydenta, że nie podpisuje ambasadorskich nominacji.  "Na biurku pana prezydenta jest wiele nominacji, wielu kandydatów, których można by wysłać. Oczekuję wyjaśnień, o co chodzi, jakie zarzuty, jakie problemy stawia się tym kandydatom, ewentualnie centrali MSZ" - grzmiał minister. Najwyraźniej nie zdając sobie sprawy, że traktuje prezydenta RP jak hetkę-pętelkę, beszta go jak nieodpowiedzialnego gówniarza. On, prosty minister.

Gdzie tu sens?

Okazało się, że sens w tym był, bo Andrzej Duda niemal natychmiast podpisał nominacje siedmiu ambasadorom. Kończąc tym samym ich wielomiesięczny okres oczekiwania.

Tym sposobem dowiedzieliśmy się przy okazji, kto w hierarchii władzy stoi wyżej, i kto kogo może publicznie strofować.

Złe emocje musiały też kierować Beatą Szydło - bo dowiedzieliśmy się w ubiegłym tygodniu, że jeszcze przed spotkaniem Emanuel Macron - Czworokąt Wyszehradzki, Polska sondowała partnerów, czy nie zechcieliby zbojkotować Macrona. To znaczy, nie przyjść na spotkanie z nim.

A jakiż był powód tej dyplomatycznej akcji? Niedawny wywiad, w którym zarzucił krajom Europy Środkowej zdradę. Że zdradzili europejskie ideały solidarności, że nie chcą pomóc Europie w sprawie uchodźców, no i że traktują Unię jako sklep, a nie jako wspólnotę wartości.

Za te słowa Beata Szydło chciała odpłacić afrontem, awanturą. I zrobiła to, a raczej dyplomaci Witolda Waszczykowskiego, tak topornie, że po pierwsze, pozostałe kraje Wyszehradu odrzuciły tę propozycję, a po drugie - sprawa ujrzała światło dzienne. To co poufne, stało się jawne.

Macron dowiedział się, że Polacy chcieli go poniżyć, ale że im się nie udało, bo są w Grupie Wyszehradzkiej osamotnieni i nieszanowani. Co za piękna katastrofa!

Złe emocje wobec Francji, Niemiec, Unii Europejskiej, infantylna wiara, że Unię rozwalą ponure typy w stylu Marine Le Pen czy Geerta Wildersa, nie tylko zepchnęły Polskę na margines Europy. Ale, de facto, z tej Europy ją wypychają, w jakąś szarą strefę, między Wschodem a Zachodem. Szarą strefę, dodajmy, której stworzenie było celem rosyjskiej dyplomacji przynajmniej od momentu rozwiązania Układu Warszawskiego.

O! W takiej orkiestrze, mam nadzieję że nieświadomie, ten rząd gra.

Spodziewam się zresztą kontynuacji tej postawy - przyjazd Donalda Trumpa do Polski będzie przecież okazją do pokazywania naszej niezależności wobec Unii, i do snucia mrzonek o Międzymorzu. I tym, że tym Międzymorzem kierujemy, tak że trzęsie się cała Europa. Ze śmiechu...

Zapyta ktoś, jak więc powinna wyglądać polityka Warszawy wobec państw Unii, zwłaszcza teraz, gdy Macron z Merkel nadają jej ton? Jak zachować niezależność w takiej sytuacji?

Odpowiedź jest prosta. Powinna to być polityka poważna. Słucham ministrów Waszczykowskiego i Szymańskiego dość pilnie, i nie zauważyłem, by w swych tyradach mówili, jak chcą działać, by zwiększyć wpływy Polski w Europie. No, chyba że za takie działanie uważają zwalczanie Donalda Tuska, albo wyświetlanie filmu "Smoleńsk"... 

W innych sprawach Polska milczy - nie wiemy, jak wyobraża sobie operację brexitu, nie wiemy, jak wyobraża sobie przyszłość Unii i jej podział na różne prędkości, nie wiemy, jakie proponuje rozwiązania w związku z napływem uchodźców, jak chce wzmacniać granice zewnętrzne Unii, budować stabilność w północnej Afryce i na Bliskim Wschodzie, itd. 

W tym wszystkich obszarach nie ma zdania, ani be, ani me, za to woła, że nie przyjmie 9 tys. uchodźców, w ramach relokacji, i że Europa jest zła. I że gwałci naszą niezależność.

No, w Unii jest 28 państw, i 27 zachowuje się inaczej. Hiszpania nie woła, że Unia gwałci jej niezależność, Szwecja nie woła, Włochy też milczą, Węgry również, nawet Wielka Brytania, podejmując decyzję o wystąpieniu, nie używała tego argumentu. A Polska - zgwałcona. Przez Niemca.

Myślę, że pora już, by z tym histerycznym tonem skończyć. I w kraju i za granicą. Że trzeba wreszcie wyzbyć się złych emocji i mieć najważniejsze sprawy przemyślane. Tak, by siłą argumentów wpływać na działania państw Unii, i nie tylko... To byłaby metoda działania zachodnich Europejczyków, przyzwyczajonych do debat racjonalnych, wręcz technicznych. I traktujących opowieści typu "zamach, wykorzystują, nie damy guzika" tak jak przez całe dziesięciolecia traktowali okrzyki różnych afrykańskich dyktatorów o wyzysku, neokolonializmie i złych białych.

Dowiedz się więcej na temat: Robert Walenciak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje