Aborcja, czyli samozaoranie antypisu

Wykreowanie na motyw przewodni "czarnych protestów" solidarności z Natalią Przybysz - celebrytką, która zabiła swoje nienarodzone dziecko, bo mieszkanie miała za małe – to był prawdziwy majstersztyk politycznej propagandy. Jej wyznania, że wskutek "wpadki" musiałaby szukać nowego lokalu (nie żeby jej nie było stać, ale ileż to fatygi!), zachwyty, jak wspaniałym uczuciem jest "oczyszczenie macicy", jaki to odlot, te pięć minut, gdy się "odzyskuje wolność", wszystko to po prostu nie mogło nie stać się obiektem powszechnego oburzenia i nie wzbudzić rezonansu na tyle silnego, by zmienił on wektory debaty publicznej.

Cała sympatia, jaką udało się wykreować antypisowskim mediom dla uczestniczek "czarnych protestów" prysła jak mydlana bańka. Poległa budowana przez aborcjonistki narracja, jakoby "przerywanie ciąży" było skutkiem biedy czy braku edukacji seksualnej, bo przecież nikt nie uwierzy, że celebrytki nie stać było na pigułki albo nie wiedziała, jak dochodzi do zapłodnienia. Usilnie budowany obraz ofiary gwałtu, zmuszanej przez jakichś strasznych fanatyków do rodzenia dziecka krzywdzicielowi, został z publicznej świadomości z miejsca wyparty przez obraz znudzonej, bogatej pańci, której się nie chce przenosić do nowego lokum książek, i która śmie jeszcze narzekać, że nie podano jej aborcji pod nos, tylko musiała się fatygować aż na Słowację.

Reklama

Tak mocna emocjonalnie sprawa po prostu musiała zdominować weekend, oblecieć wszystkie media, zaowocować mnóstwem skojarzeń, memów (Katarzyna W., zwana "mamą Madzi", z podpisem "pięć minut i odzyskujesz wolność"), przypomnieć wcześniejsze wypowiedzi w podobnych duchu, choćby owo "będzie się rodzić mnóstwo kalek, bękartów, dzieci z wadami" Hanny Bakuły.

Prawem medialnych "pięciu minut" do szerokiej rzeszy odbiorców, którzy w życiu o Natalii Przybysz nie słyszeli, albo słyszeli piąte przez dziesiąte, dotarła fala jej dawnych wywiadów - i tych, gdzie rozwodzi się nad cierpieniem cielątek odrywanych od mamy-krowy, wzywa do "adoptowania pszczoły" i rzuca gromy na barbarzyństwo Polaków, którzy, jak w średniowieczu, wciąż jedzą mięso - i tych sprzed kilku lat, kiedy to z pensjonarską egzaltacją opowiadała o tym, jak cudownie nosić w brzuszku dzidziusia i być mamusią. Rzecz oczywista, że tylko pogłębiły one negatywne emocje wokół bohaterki aborcyjnego kamingałtu.

Naprawdę, mistrzostwo godne poczesnego miejsca w podręcznikach manipulowania masowymi emocjami. Oczywiście, mistrzostwo - muszę to dodawać? - z punktu widzenia Prawa i Sprawiedliwości.

Trzy tygodnie temu wydawało się, że w wojnie polsko-polskiej "coś drgnęło", że wyraźnie wychodzi ona poza stałe grono kotłujących się w niej z zamiłowaniem "żelaznych elektoratów", i że obóz antypis zdołał zyskać wsparcie "normalsów", głównie kobiet postraszonych, że PiS zabiera im opiekę lekarską, będzie zamykał w więzieniach, nękał przesłuchaniami po każdym poronieniu i tak dalej.

Wrogowie rządu, widząc na ulicach dwa razy więcej protestujących niż w szczytowym momencie udało się maksymalnym wysiłkiem organizacyjnym i finansowym zgromadzić pod sztandarami KOD-u i "obrony demokracji", popadli natychmiast w "stan silnej rozkoszy" i uwierzyli, że to już, wreszcie, wybuchło zapowiadane od roku antypisowskie powstanie. Ale i sprzyjający PiS, czy wręcz pisowscy uczestnicy medialnych bojów byli przez moment mocno zaniepokojeni, czemu dawali wyraz złoszcząc się na Kaczyńskiego, że wdepnął w całą tę aborcję i nie zapanował na radykałami we własnym klubie, którzy odrzucili od razu projekt proaborcyjny, zamiast oba, symetrycznie, skierować do komisji i tam sejmowym zwyczajem utopić w gadaninie.

A ja wtedy - kto nie wierzy, niech sprawdza - od razu mówiłem: zobaczycie, że "czarne marsze" okażą się flash-mobem i rozejdą się równie niespodziewanie, jak się zeszły, zostawiając na placu boju tę samą garstkę prymitywnych fanatyczek z macicami i "fakami" na transparentach, która od lat krzyczy o aborcji na życzenie i nikogo za sobą nie porywa. I zobaczycie, że PiS na tym nie straci, ale wygra.

Nie, wcale nie byłem żadnym prorokiem, to naprawdę dawało się wydedukować - choć oczywiście takiego odstrzelenia sobie przez antypis nogi, jakim był wywiad z Natalią Przybysz, nie przewidziałby nikt. Jak już na tych łamach pisałem, "Czarny protest" 3 października wyszedł tak imponująco, jak wyszedł, przypadkiem - dzięki zaangażowaniu w promocję akcji osób uważanych za niepolityczne i dzięki zaniechaniom (nie wiem, celowym, czy nie) władzy, która nie uznając projektu zaostrzenia prawa antyaborcyjnego za swój nie próbowała przeszkadzać w budowaniu wokół niego propagandowego matriksu ani nawet się od planów zaostrzenia prawa odciąć.

Ale właśnie dlatego, że nikt nad tym flash-mobem nie panował, od razu było jasne, że protest zdominują feministki i skrajna lewica, i całkowicie zmienią jego sens - z protestu przeciwko zaostrzaniu prawa antyaborcyjnego, w kampanię na rzecz wprowadzenia aborcji na życzenie. A na to większość Polaków się nie zgadza, bez różnicy, czy robimy badania w całej populacji, wśród mężczyzn czy tylko wśród kobiet. I pod hasłem tak zdefiniowanych "praw kobiet" normalsi na ulice nie wyjdą.

O tym, że ich macice są ich, feministki wrzeszczą odkąd sięgam pamięcią, a badania rok w rok pokazują, że przyzwolenie na aborcję maleje, szczególnie wśród młodych. Jasne, bo przecież to argument całkiem bezsensowny. Każdy wie, że macica to zupełnie co innego niż dziecko. Jeśli jakaś pani chce być polską Angeliną Jolie i sobie wyciąć zdrową macicę, pewnie będzie przez lekarzy odwodzona od tego pomysłu, ale nikt jej karać nie będzie. Ale tu mowa nie o macicy, a o dziecku.

Mówiąc najprościej: właściciel mieszkania nie ma prawa zabić lokatora, nawet jeśli uważa, że wprowadził mu się tam na dziko. I szermowanie tytułem własności, dowodzenie na sto sposobów, że to mieszkanie jest moje, niczyje inne, tylko moje, i nikt mi nie będzie mówić, kto tam może mieszkać, jest tanią, bezsilną demagogią. Feministki, widząc, że ich jedyny argument nie działa, a nie mogąc znaleźć innego, starają się wykrzyczeć to samo w sposób bardziej brutalny i obsceniczny. Krzyczą już nie o swoich waginach, ale o "pisdach", nie że im władza i Kościół zagląda do łóżka, ale "wsadza rękę w majtki", albo wręcz "wchodzi do cipki", wypisują na transparentach "kurwa mać", przerabiają na nich Matkę Boską na cipę, a Polskę Walczącą na cycki i tak dalej, starczy popatrzeć na zdjęcia i posłuchać. I przy tym wszystkim obłudnie kreują się na ofiary jakieś rzekomej "pogardy dla kobiet" i usiłują zorganizować święte oburzenie, bo ktoś domagającej się zabijania "zdeformowanych" dzieci grubasce miał czelność powiedzieć "sama jesteś zdeformowana".

Jeśli sądzą, że w ten sposób kogoś przyciągną, to są jeszcze głupsze niż zawsze uważałem. Taka opozycja, pozbawiona jakichkolwiek merytorycznych racji, przebijająca prymitywizmem i wulgarnością Palikota, to dla PiS dar z niebios. Ustawienie w centrum debaty publicznej aborcji, czyli sporu ideologicznego, zamiast np. rozliczania obietnic wyborczych - to prezent drugi. Zwłaszcza że większość Polaków nie tylko uważa aborcje za zło, różniąc się jedynie w ocenie, w jakich wypadkach jest ona złem mniejszym, ale też podpisuje się oburącz pod stwierdzeniem, że ustawy antyaborcyjnej w ogóle nie należy ruszać. Po "czarnych protestach", jak pokazały badania, ta grupa, i tak większościowa, jeszcze wzrosła.

A kto jest teraz gwarantem "kompromisu aborcyjnego"? No patrzcie państwo - po tym, jak spektakularnie przetrącił kręgosłupy "talibom" we własnej partii, stał się nim Jarosław Kaczyński. A opozycja, z ogłupiałym Schetyną, który dopiero co próbował zarzucać "konserwatywną kotwicę", została przez skrajną lewicę en bloc wciągnięta w walkę z tymże kompromisem. Tak działa karuzela politycznego pijaru.

Tu jest zresztą jeszcze jeden morderczy dla lewicowo-liberalnej opozycji hak, aż dziwne, że PiS go nie używa (może czeka na odpowiedni moment?) Jakakolwiek próba zliberalizowania ustawy antyaborcyjnej będzie z definicji niekonstytucyjna, bo za taką została już uznana... tak, bingo! - przez Trybunał Konstytucyjny z Andrzejem Rzeplińskim na czele! Salon bardzo nie chce pamiętać, jak wtedy szalał, wzywając Rzeplińskiego do natychmiastowej dymisji, i jak w "Wyborczej" pisano o nim wprost jako o agencie obcego państwa (konkretnie Watykanu). Oczywiście, prestiż Trybunału Konstytucyjnego, jak pokazują badania, leży dziś w gruzach, ale akurat środowiska antypisowskie zagoniły się fundamentalnie, że każde orzeczenie Rzeplińskiego jest święte, nieodwołalne i nie podlega dyskusji!

Jeszcze raz muszę to słowo powtórzyć: majstersztyk!

Mam taką słabość, że nawet w najbardziej schizofrenicznym postępowaniu ludzkim usiłuję znaleźć jakiś ślad racjonalności. Zakładam, że robiąc to wszystko, a zwłaszcza czyniąc sztandarem Natalię Przybysz, skrajna lewica i kibicująca jej "Wyborcza" nie kierowały się korzyścią PiS. Więc dlaczego? Klucz znalazłem w jednym z aborcyjnych manifestów pióra publicystki "Wysokich Obcasów", zresztą zaczynającym się charakterystyczną, jakże pełną kobiecości frazą: "Kurwa mać! Kobiety! Obudźmy się!". Otóż panie feministki dogrzebały się do raportu CBOS z 2013 roku, oceniającego, że aborcji dokonało w swym życiu około 4 do 6 milionów Polek.

Nie wiem, ile jest w tych danych prawdy - w "Wyborczej" w każdym razie uznano zapewne, że oto tu właśnie jest ta armia, którą da się poprowadzić przeciwko PiS, i tak musiała się narodzić koncepcja wypromowania na czarny weekend jakiegoś aborcyjnego kamingałtu. Jeśli nikt tam nie pomyślał, że większość kobiet, którym się to nieszczęście przydarzyło, nie wspomina aborcji dobrze, a celebryckie opowieści o "za ciasnym", bo zaledwie 60-metrowym mieszkaniu mogą je tylko wkurzyć, to oznacza, że nienawiść do Kaczyńskiego niszczy rozumy skuteczniej niż marihuana. 

Dowiedz się więcej na temat: Ziemkiewicza

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje