Barbarzyńcy w murach

"Bo wy, Polacy, szukacie sobie problemów, ciągle się zajmujecie wszystkim, co do was nie należy" – powtórzył mi niedawno pewien rodak, czasowo pracujący pod Londynem, swoją rozmowę z miejscowym. "No a jak się nie przejmować, jak idziesz ulicą i widzisz, że gwałcą kobietę, to się tym nie będziesz przejmować?" – odparł Polak. "Jak to nie moja kobieta, to pewnie, co mnie to obchodzi" – odparł miejscowy.

To jedna z niezliczonych anegdot, których nasłuchałem się podczas ostatniego pobytu w Wielkiej (już tylko z nazwy) Brytanii, ale bardzo charakterystyczna. Warto jeszcze dokładniej zlokalizować tę rozmowę w czasie: odbyła się krótko po zamachu w Manchesterze. Nazajutrz po tym, jak islamski zbrodniarz zamordował na koncercie ponad dwadzieścia osób, głównie dzieci (w tym dwoje naszych rodaków) miejscowi Polacy, jak to Polacy, o niczym innym nie rozmawiali, przejęci sprawą. Natomiast Anglicy - jakby nic się nie stało. Ariana Grande, a tak, słyszałem. Całkiem niezła pogoda dzisiaj, co? Chociaż w zeszłym roku o tej porze było cieplej.

Reklama

Nie, to wcale nie sławna "angielska flegma". To lęk, że z rozmów na "takie" tematy, towarzysze, nie wiadomo, co może wyniknąć. Zupełnie dobrze, towarzysze, można się bez rozmów na takie śliskie tematy obyć. Jeszcze ktoś powie coś, co nawet subiektywnie nie wyda mu się rasistowskie, ale obiektywnie będzie rasizmem i trzeba będzie ponieść za to konsekwencje. A po co to? Co to, moja ta kobieta, która gwałcą? Moje te dzieci, albo ci rodzice, których tam zamordowano?

Bardzo trudno opędzić mi się było od sowieckich skojarzeń. Atmosfera wiecznej ostrożności. Szkolna kucharka, która przez pomyłkę nałożyła muzułmańskiemu dziecku na talerz kotlet, zwolniona w trybie natychmiastowym. Podobnie jak robotnik, który upomniany, by założył kask ochronny, ośmielił się pokazać na grupę kolorowych i spytać - a dlaczego tamci nie muszą kasków nosić i ich się nie czepiasz? Użył bowiem "black people", które jeszcze niedawno uchodziło za neutralne, ale też jest już rasistowskie. Kiedy człowiek dowiaduje się, że w Anglii można dziś podpaść nawet za zamówienie "black cofee" (bo lepiej mówić "without milk") to skojarzenia z ustrojem u nas słusznie minionym stają się nieodparte. Tym bardziej, że oczywiście kolorowy, a zwłaszcza muzułmanin, może się do białych kolegów z pracy odnosić z nieskrywaną pogardą i złośliwością, i tego menadżment nie dostrzega, albo zbywa dyżurnymi frazami "przecież to tylko żarty", "oni wyrośli w innej kulturze".

Ktoś powie - opowieści dziwnej treści. Sam bym nie uwierzył, gdybym nie słyszał ich od ludzi żyjących tam, i gdybym nie słyszał ich za każdym razem, gdy jestem na Zachodzie - a w szarpanej "brexitem" Anglii zwłaszcza. No i gdyby nie pasowały one doskonale do powszechnie znanych faktów. Mówimy przecież o państwie, które po tym, jak terrorysta zabił na londyńskiej ulicy żołnierza za to, że nosił brytyjski mundur, zareagowało zakazując wojskowym wychodzenia w mundurach poza obręb strzeżonych obiektów garnizonu. O państwie, którego media najstaranniejszym milczeniem osłaniają wszelkie przejawy przemocy, w którym informacje takie, jak na przykład upowszechniony wśród imigrantów zwyczaj karania białych kobiet za "nieobyczajny" strój czy zachowanie poprzez polewanie im twarzy kwasem (około 400 przypadków w ostatnim roku) stanowią najściślejsze tabu - a zarazem zajadle tropi się przypadki "homofobii" czy "rasizmu", ze szczególną podejrzliwością infiltrując środowiska polskie.

W ciągu jednego dnia rozmawialiśmy z żoną ze starszą panią, Polką, emigrantką jeszcze z pokolenia pamiętającego wojnę - i z młodym mężczyzną wychowanym od dzieciństwa w Anglii. Starsza pani opowiedziała, jak Angole naprzeciwko polskiego kościoła wywiesili całościenną reklamę z całującymi się homoseksualistami, jaką zrobiła awanturę, zmobilizowała wszystkich, poruszyła niebo i ziemię, i w końcu baner zdjęto, oraz o kilku swoich podobnych akcjach. Mężczyzna tłumaczył nam, że w zasadzie to mamy rację, ale żadna aktywność nie ma sensu, bo kolorowi po prostu nas zalewają, i Polskę też zaleją, i żebyśmy się nie wiem jak stawiali i tak zrobią z nami co będą chcieli, więc po prostu lepiej im się nie narażać.

W takim przekonaniu żyje dziś, jak się wydaje, większość Zachodu. I w złudzeniu, że jeśli starzejący się i bezdzietni potomkowie tubylczej, zdegenerowanej i dekadenckiej rasy będą bardzo uważać, by niczym najeźdźców nie urazić, nie prowokować ich, to jakoś to będzie. Tak, jak gorąco wierzono w ułagodzenie ("appeasement") Hitlera, jeśli mu się odda po kolei Nadrenię, Austrię i Czechosłowację. Stąd ta autentyczna wściekłość Ąnglików, od premier May po rzesze anonimowych internautów, na prezydenta USA, że ośmielił się im powiedzieć w oczy, w jakiej są sytuacji. Oni tego wiedzieć sobie stanowczo nie życzą, więcej nawet, jeśli teraz dojdzie do kolejnego zamachu, to będzie wina Trumpa, bo sprowokował - dokładnie na tej samej zasadzie, na której winą za agresję Hitlera obciążono Polskę, która nie chciała mu oddać Gdańska.

Klimaty, doprawdy, jak z powieści Witkacego. Albo, wypisz wymaluj, piosenki Gintrowskiego:

Idą barbarzyńcy, nikt ich nie pokona

Chcą świat antyczny mieczem aż do trzewi przeryć

Ryk ich budzi grozę, cuchną ich imiona

Atylla, Odoaker, Wityges, Genzeryk

A w Rzymie nie chcą wiedzieć, który z nich się zbliża

Ospałej myśli nic już nie porwie do buntu

Więc trawią dni i noce na biustach kurtyzan

Lub piszą podręczniki miłosnego kunsztu

Przedziwnie się ułożyło życie mojego pokolenia. O tym, że jeszcze trzydzieści lat temu do głowy by mi nie przyszło, że dożyjemy upadku Związku Sowieckiego, to już nie wspomnę. Ale gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że będę jeszcze na własne oczy oglądał upadek Zachodu, i po każdym powrocie z krajów, które kiedyś wydawały nam się rajem, wzorem i ostoją wszystkiego, co najlepsze, walczył z przemożną chęcią rzucenia się wprost ze schodków samolotu na kolana i całowania ojczystej ziemi... 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje