Brać forsę i w nogi

Kolega opowiedział mi o niedawnej brukselskiej konferencji, którą z racji dziennikarskich obowiązków obserwował. Zaczęła się od wystąpienia George'a Sorosa, więc już było dobrze, a potem przez mównicę przewinął się cały garnitur wpływowych eurokratów, rozwijających jego tezy przy entuzjazmie sali, na której również siedzieli eurokraci, tylko nieco mniej wpływowi. Nielicznym mówcom nie pasującym do ogólnego tonu konferencji okazywano niezadowolenie – nasz wicepremier Morawiecki, gdy przedstawiał polskie stanowisko, mówił omalże do pustej sali.

Jakiż był ten ogólny, nadany przez Sorosa ton? W skrócie - oto jest historyczny moment, kiedy integracja europejska musi przekroczyć kolejny, decydujący próg. Najwyższy czas stworzyć struktury europejskiego państwa, z mocą nadrzędną nad rządami państwowymi. Stany Zjednoczone Europy, by nie rzec - Związek Socjalistycznych Republik Europejskich. Z silnym rządem centralnym, świadomością historycznej ideologicznej misji, dziejowego posłannictwa postępowej Europy, jakże ważnego szczególnie dziś, gdy Ameryka uległa populizmowi i na własną prośbę wypada z grona państw demokratycznych i cywilizowanych. U nas też były, wicie rozumicie, pewne problemy z populizmem, ale populizm powstrzymaliśmy; w Austrii, w Holandii, we Francji wygrał kto miał wygrać, w Anglii też wygrają nasi i odkręcą ten cały "brexit" (konferencja była oczywiście jeszcze przed wczorajszymi wyborami), więc nie ma co czekać - teraz!

Reklama

Last but not least: jak się Polsce, Węgrom czy komukolwiek nie podoba, to won!

Jedna z moich ulubionych autorek, Barbara Tuchman, napisała kiedyś książkę pod wymownym tytułem "Szaleństwo władzy". Analizowała to zjawisko na różnych historycznych przykładach, dowodząc, że zawsze wygląda ono tak samo. Elity zamykają się we własnym kręgu, słuchają tylko samych siebie i wykreowanych przez siebie pochlebców, i im więcej dociera do nich sygnałów, że coś idzie nie tak, tym bardziej nie przyjmują ich do wiadomości, coraz bardziej zaciekle i z coraz większą irytacją obstając przy swoim.

Gdyby Tuchman żyła, mogłaby to, co dzieje się dziś w Unii Europejskiej, a czego wspomniana konferencja jest tylko jednym z wielu przejawów, dopisać do swej książki jako kolejny rozdział. Wszystkie prawidłowości spełniają się dokładnie tak, jak w jej analizie. Eurokracja po prostu odleciała w "rajską dziedzinę ułudy" i zagłębia się w nią coraz bardziej, zrywając ostatnie związki z rzeczywistością.

Nie wiem, czy ludziom normalnym trzeba tłumaczyć nonsens rozumowania, że kiedy integracja przyniosła skutki złe, to trzeba ją zintensyfikować według modelu dotychczasowego, tylko forsowanego bardziej stanowczo. Wyjaśniać, że mechanizm relokacji imigrantów, nawet gdyby grupa wyszehradzka dała się sterroryzować i podpisała wszystko, czego Sorosowe plemię od niej oczekuje, niczego nie załatwi, niczego nie rozwiąże i w żaden sposób nie ulży. Że glajsztachtowanie państw członkowskich polityczną poprawnością, genderem, wszechtolerancją, wojującym ateizmem, prawami LGTBQ i innymi lewackimi konceptami, nie rozwiązuje żadnego z trapiących dziś Europę problemów, a przeciwnie, nasila je do stopnia katastrofalnego. Że kiedy pod nawałą problemów "nie wyrabiają" rządy państw narodowych, nawet tak silnych jak Niemcy, to łudzenie się, iż podoła im dopiero projektowany rząd unijny jest skrajnym głuptactwem, ucieczką w krainę marzeń, triumfem bezwoli i odrealnienia. Nie wiem, czy trzeba to tłumaczyć - jeśli tak, to innym razem, uwierzcie mi Państwo na słowo. Bruksela wyszła z czasu rzeczywistego i stan przewodniczącego Komisji Europejskiej, wiecznie nabuzowanego, nawet na największych unijnych szczytach, jest bardzo trafnym symbolem i podsumowaniem jej obecnej kondycji.

Zamiast tłumaczyć sobie rzeczy oczywiste, zadajmy leninowskie pytanie: "Co robić?"

Moja odpowiedź jest prosta - zacząć trzeba od zadania sobie pytania, czy potrzebujemy Unii, i czego konkretnie potrzebujemy. Uważni czytelnicy znają już mój pogląd w tej sprawie. Potrzebujemy uczestnictwa w europejskim obszarze gospodarczym, to nasze być albo nie być i warunek dojścia do dobrobytu. Nie potrzebujemy natomiast politycznej kurateli eurokratów ani ideologicznego nadzoru feministek, klimatystów i innego rodzaju szaleńców. Jeśli się na nie w jakiś stopniu godzimy, to nie dlatego, że to dla nas dobre, ale dlatego, że to cena za to, co dla nas dobre. Ideałem byłoby oczywiście osiągnąć status Norwegii i być pełnoprawną częścią europejskiego obiegu gospodarczego, nie należąc do unii w sensie politycznym. Ale dziś jesteśmy za krótcy, by taki status osiągnąć - choć nie należy tracić nadziei, że tylko na razie.

Wielu powie zapewne, że potrzebujemy Unii dla funduszy, które nam daje na rozwój. Nie zgadzam się z tym. Fundusze te nie były i nie są, jak wmawia się to frajerom, żadną łaską. Był to interes, w założeniu obopólnie korzystny - ceną, którą za nie zapłaciliśmy, było otwarcie naszych rynków. Łatwo o tym zapomnieć, gdy natrętnie kłuje się nas w oczy tablicami w typie "ten most wybudowano za pieniądze UE" czy "tę karetkę kupiono z funduszu europejskiego", a nie ma niestety tablic "tu wskutek wejścia do UE upadł zakład, który prosperował, dawał zysk państwu i pracę pięciu tysiącom ludzi". Dokonaliśmy pewnej wymiany, i jaki jest jej bilans - nikt nie wie, bo nikt nie próbował uczciwie zysków i strat naszego otwarcia granic policzyć. Mnie intuicja mówi, że ten bilans nie jest wcale dodatni, ale mogę wskazywać tylko poszlaki, dowodów nie ma.

Niemniej, ta dyskusja traci sens, bo unijna kasa należy do przeszłości - od dawna wiadomo, że w następnym budżecie już jej nie będzie. Machina propagandowa antyPiSu usiłuje nas tym straszyć, a nawet wmówić, że to kara za wybranie "nieeuropejskiego rządu", choć faktycznie sprawa przesądzona została jeszcze za poprzedniej kadencji. W istocie to dobra okazja, by zrewidować nasze myślenie o tym interesie, jakim miała być wspólna Europa.

Mówiąc brutalnie, tak, jak powinni rozumować politycy godni miana mężów stanu - co Polska z Unii mogła mieć dobrego, to w większości już dostała. Czy nam to rzeczywiście tak bardzo się przydało, czy może zaszkodziło, zostawmy do akademickich rozważań, ważne, że się skończyło. Teraz możemy do tego interesu już tylko dokładać. A partnerzy, z którymi zawarliśmy umowy, nagle zmienili zdanie i usiłują na nas wymusić całkowitą zmianę jego warunków. Na takie, które są dla nas zdecydowanie niekorzystne. A ponieważ im odbiło do cna, straszą, że jeśli się nie ugniemy, to nas ze spółki wyrzucą.

Powiedziałbym - jak tak, to tak. Straszycie nas obcięciem funduszy, które miałyby być rekompensatą za otwarcie rynku? Uważajcie, bo i my mamy czym straszyć. Wasze interesy w Polsce nie są nienaruszalne i też możemy je popsuć. Chcecie nas wyrzucić z politycznych struktur Unii? Kto wie, może to dla nas lepsze, niż tkwić w nich za wszelką cenę. Swoje już "ucapiliśmy", jak to pisał w pięknym wierszu o Ikarze poeta (za moich czasów był on w obowiązkowym kursie do matury z polskiego), a wdzięczności w polityce nie ma, czego nas sami wielokrotnie uczyliście, zwłaszcza podczas i po II wojnie światowej.

Naprawdę, powtarzam: nie musimy w tym szaleństwie tkwić, jeśli granica opłacalności zostanie przekroczona, a do tego idzie. Powinniśmy się zupełnie poważnie przygotowywać, żeby w razie czego związki z szalejącą Brukselą rozluźnić. Może nie będzie trzeba tego robić, a może będzie trzeba - lepiej się w każdym razie przygotować. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje