Breivik dla każdego i na wszystko

Skończyłem właśnie lekturę obszernych fragmentów "Europejskiej Deklaracji Niepodległości" Andreasa Breivika (całość ma ponoć 1500 stron, ale wybór, do którego dotarłem, wydaje się reprezentatywny). Dla kogoś, kto kiepskiej fantastyki naczytał się już w życiu na tony, lektura wyjątkowo nudna. Nic właściwie, poza kompletnymi banałami, nie da się po niej napisać ani o wieszczonym przez autora zmierzchu Europy, ani o zbrodni, fanatyzmie etc. Jedyne refleksje, jakie przywodzi na myśl, dotyczą manipulacji współczesnych mediów i deprawacji debaty publicznej.

Ale najpierw co do samego zbrodniarza i zbrodni. Pisałem kiedyś, dawno, jeszcze we "Viagrze Maci", o skądinąd powszechnie znanym eksperymencie ze szczurami. Eksperyment, banalnie prosty, polegał na tym, że po prostu dawano szczurom żreć w opór, bez żadnych ograniczeń. I ten prosty zabieg powodował, że wśród szczurów pojawiały się osobniki, nazwane przez eksperymentatorów "szczurami - terrorystami". Rzucały się bez powodu na inne szczury, zagryzały samice i młode, paskudziły do pokarmu, czyniąc go niejadalnym, i szybko doprowadzały do tego, że cała poddana eksperymentowi dobrobytu szczurza populacja pogrążała się w zdziczeniu, chaosie i zajadłej wojnie.

Reklama

Ludzie nie różnią się pod tym względem od szczurów ani innych zwierząt. Sama Natura - Bóg, powie ktoś mądrzejszy - mówi dobrobytowi stanowcze NIE. Raj może istnieć tylko na tamtym świecie; tutaj populacja, której jest za dobrze, obrasta w tłuszcz, traci niezbędne do przetrwania instynkty, mówiąc krótko, obniża swoje szanse ewolucyjne. A że sukces ewolucyjny jest wszystkim, więc homeostat natury uruchamia siły, mające do tego nie dopuścić. Terroryści, anarchiści i rewolucjoniści wszystkich epok, jakiekolwiek by sobie tworzyli ideologiczne preteksty, są tylko, nie zdając sobie z tego sprawy, narzędziami wielkiego mechanizmu, rządzącego ewolucją.

W tym sensie Breivik wcale nie jest psychopatą, podobnie jak nie był nim zapomniany szaleniec, który zasztyletował Bogu ducha winną cesarzową Sisi, podobnie jak nie byli psychopatami Marat, Lenin, Bucharin ani inna bolszewicka zaraza, marząca o mordowaniu milionów w imię "ruszenia z posad bryły świata". Rozsądna cywilizacja takie osobniki musi po prostu eliminować, jest to warunek jej przetrwania.

Cywilizacja europejska, w której terroryści z Baader-Meinhoff dawno już zostali powypuszczani na wolność i na uniwersytetach zbierają oklaski kolejnego pokolenia znudzonej i zblazowanej dobrobytem młodzieży, a Breivikowi grozi maksimum 21 lat więzienia (i kto wie, czy nie skończy się tylko obserwacją w psychiatryku, a potem zwolnieniem warunkowym) szanse na przetrwanie ma małe, ale to inna zupełnie sprawa.

Osobnik, który po krwawej rzezi norweskich dzieci przeżywa właśnie swoje pięć minut sławy, przypomina do złudzenia bohaterów klasycznej - przereklamowanej, ale w warstwie historycznego świadectwa interesującej - powieści Dostojewskiego "Biesy". Albo stworzonego przez Lema w "Kongresie Futurologicznym" brodacza z dubeltówką, który chce zastrzelić Papieża, jak twierdzi, z pozycji fundamentalistycznie religijnych, aby wstrząsnąć sumieniem ludzkości; ale ponieważ chwilowo nie ma okazji, wali z dwurury do kogo popadnie, bo, jak stwierdza narrator, jak każdemu prawdziwemu terroryście jest mu w gruncie rzeczy wszystko jedno, do kogo strzela i z jakich pozycji. Breivik kierował się identyczną logiką, gdy w obronie białej rasy przed islamem wymordował kilkudziesięciu białych nordyków, którym konwersja na islam nigdy ani w głowie nie postała.

Co zaś do wspomnianych na wstępie zapisków, to najbardziej przypominały mi one wyznania zapomnianego już pana Gasińskiego - tego, który naopowiadał również coraz bardziej zapominanemu Lepperowi o talibach hodujących wąglika w PGR Klewki. Podobnie jak tamte historie o wąglikach i wysadzaniu lotniska w Hamburgu, tak i zapiski Breivika stanowią totalny pieprznik, czyli też, mówiąc uprzejmiej, postmodernizm, gdzie wszystko miesza się ze wszystkim, brednie socjalistyczne z rasistowskimi, zachwyty nad "kulturowym chrześcijaństwem" z antyklerykalizmem i pochwałami pogaństwa, a instrukcje, jak sporządzić domowym sposobem bombę albo kamizelkę kuloodporną, z cytatami z poezji Miłosza (!).

Facet nawet, jak znudzone dziecko na lekcji, wymyśla sobie zakon rycerski, który mają stworzyć fani jego zbrodni, i szczegółowo projektuje dla niego regułę, galowe zbroje oraz musztrę paradną, a dla nas zabawnym elementem tego dzieła są zachwyty nad Polską, że, jak ktoś Breivikowi powiedział, tu u nas każdy może legalnie mieć broni palnej ile zapragnie (to nawet prawda, ale nie powiedzieli mu, że tylko jeśli ma dobry układ z komendą wojewódzką).

Nade wszystko zaś wyobraźnią Breivika rządzą traktowane przezeń ze śmiertelną powagą, jako źródło obiektywnej wiedzy o rzeczywistości, dzieła popkultury, dwa zwłaszcza: "Kod Leonarda Da Vinci" i "Władca Pierścieni". Z pierwszego zaczerpnął wizję świata, o losach którego decydują spiski i tajne sprzysiężenia (zapomniałbym dodać: Breivik jest entuzjastą masonerii i równie chętnie jak z bronią fotografował się w tym ich błazeńskim fartuszku, z kielnią i innymi insygniami), w drugim zaś znalazł inspirację do swego "bohaterskiego czynu" i pewność, że wymordowanie dzieci członków rządzącej Norwegią partii będzie podobnym psikusem spłatanym Sauronowi, jak wrzucenie jego ukochanego Jedynego Pierścienia w Szczeliny Zagłady.

Z tego bełkotu, jak z dzieł Lenina, na dobrą sprawę każdy idiota może sobie wybrać, co chce, na poparcie dowolnej tezy. Piszę "idiota", bo żaden człowiek z odrobiną rozumu i jako tako przyzwoity nie będzie instrumentalizował takiej tragedii na potrzeby swoich bieżących przepychanek, czy to politycznych, czy personalnych. Ale idiotów, jak wiadomo, nie brak, więc w mediach o jedynie słusznej linii natychmiast zaroiło się od histerycznych bredni o "zalewaniu Europy przez skrajną prawicę" czy "rosnącej sile nacjonalistów" (bredni, bo po pierwsze nazywanie narodowych socjalistów jakąkolwiek "prawicą", choćby i "skrajną", jest zwykłym propagandowym bełkotem lewicy, a partie nacjonalistyczne są dziś w Europie znacznie słabsze niż dziesięć lat temu, i do ówczesnych triumfów Le Pena, Haidera, Bossiego czy Bloku Flamandzkiego akurat im bardzo daleko).

Pal diabli, kiedy na lewackim portalu notoryczny ideologiczny przechrzta nie umie powstrzymać się od skorzystania z okazji, by odpowiedzialność za mord w dalekiej Norwegii (i przy okazji, prawem pokręconego rozumu, za śmierć Amy Winehouse) przypisać byłym kolegom; pal diabli, gdy salon, który nie dostrzegł żadnego związku między swoim szczuciem na PiS a zbrodnią dokonaną przez szaleńca na łódzkim pracowniku biura tej partii, snuje obrzydliwe elaboraty, mające umoczyć w Breiviku wszystkich jego przeciwników, albo gdy lewicowy tygodnik wyciąga na tę okoliczność z zapomnienia jakiegoś żałosnego zawodowego antyfaszystę. Ale wypowiedź ministra, który podczas zagranicznej wizyty publicznie sugeruje, iż z Breivików składa się główna polska partia opozycyjna - z ramienia której, nawiasem, był ministrem jeszcze nie tak dawno temu - to naprawdę przekroczenie ostatniej granicy zacietrzewienia i braku przyzwoitości.

Pan minister dostrzegł w zbrodni Norwega, bo tak mu akurat pasowało, przestrogę, iż bycie w opozycji przeciwko rządowi cieszącemu się wysokimi sondażowymi słupkami wiedzie do zbrodni. Pogratulować. Ale prawda jest taka, że w tej samej zbrodni można by równie mądrze - to znaczy, właśnie równie głupio - dostrzec przestrogę przed czymkolwiek kto chce.

Na przykład, może być norweski Wierchowieński dowodem, że do zbrodni prowadzi czytanie Harry'ego Pottera i kluby fantastyki. Że zgubę szykuje sobie społeczeństwo tolerujące rozwody (facet pochodził z rozbitej rodziny i wychowywał się bez ojca). Że współczesna muzyka deprawuje młodzież (odstrzeliwując jedno po drugim dzieci na wyspie Utoya puszczał sobie na słuchawkach soundtrack z filmu "Powrót Króla"). Że gry komputerowe produkują agresywnych psychopatów.

Że powinniśmy eutanazować póki czas Dominika Tarasa, skądinąd zdiagnozowanego schizofrenika paranoidalnego, który do złudzenia przypomina norweskiego zbrodniarza zwyczajem popisywania się w internecie zdjęciami z bronią i głęboką wiarą w mądrości Dana Browna, i że powinno się wylać z TVP Kultura pańcię, która się tymże Dominikiem Tarasem zachwycała jako przedstawicielem nowoczesnej polskiej młodzieży. Że trzeba pogonić kota Żydom i zniszczyć państwo Izrael (a tak, to wszak logika dokładnie taka sama, jak ta, według której antyislamskiego Breivika przyszeregowały lewe media do konserwatystów, krytykujących od dawna utopię multikulturalizmu). Że masoneria jest organizacją zbrodniczą i niebezpieczną, że... Proszę dopisać sobie dalej, cokolwiek tam komu do głowy przyjdzie.

Zostawiam zatem tę robotę idiotom, których, jak pokazała tragedia, w mediach i życiu publicznym mamy nieprzebrane legiony. I w sumie nie to wszystko jest pouczające. Pouczające jest jedno - skwapliwość, z jaką potężna medialna orkiestra natychmiast podchwyciła jedną z tych możliwych narracji, o "skrajnej prawicy", "chrześcijańskim fundamentalizmie" i wszystkich innych wrogach politycznej poprawności.

Przypomniało mi się przeżycie z samych początków dziennikarskiej pracy, z gatunku tych, jakie Ojciec Rydzyk nazwałby "formacyjnym". Otóż jako skromny pracownik radiowego newsroomu siedziałem sobie akurat przy agencyjnej taśmie, gdy nadeszła depesza o uniewinnieniu przez irlandzki sąd pewnego faceta od zarzutu zgwałcenia nastolatki. Sprawa była pół roku wcześniej głośna. Cała Europa, Hollywood, wszyscy intelektualiści i celebryci, a u nas wszystkie "autorytety moralne" opowiadały sobie i innym ze zgrozą o potwornym reżimie Irlandii, który nie pozwolił na aborcję zgwałconej czternastolatce.

Szaleni katoliccy ajatollahowie zmuszają zgwałcone dziecko do rodzenia! - listy otwarte, protest-songi, "akcje", hektolitry wyplutej śliny... A tutaj przychodzi mi depesza z Reutersa, z której wynika, że "zgwałcone" biedactwo wymyśliło sobie ten gwałt, żeby się móc wyskrobać, i że mimo młodego wieku dziewczynki facet, którego próbowała wrobić w gwałt był jej kochankiem już od roku, a przed zdążyło dziewczę obrócić jeszcze co najmniej dwóch innych. Last but not least - nikt wcześniej ani słowem nie zająknął się, że dziewczynka nie była wcale Irlandką, ale świeżo przybyłą na Zachód Arabką, co ma pewne znaczenie, gdyż w tamtej kulturze pojęcie pedofilii nie jest znane, i dwunastolatka bywa często uznawana za już dojrzałą.

Potem liczyłem, ile wpływowych i mniej wpływowych mediów te wiadomości - Reuters jest w końcu agencją dość znaną - powtórzyło. Otóż nie było ani jednego takiego przypadku. Ani jednego! Ani w polskich, ani w anglojęzycznych przekaziorach. Narracja o zgwałconej czternastolatce, którą mimo oburzenia i protestów całego oświeconego świata ciemni katolicy zmusili do urodzenia dziecka, była nazbyt "po linii", by pozwolić faktom jej zaprzeczyć. Od tego czasu jestem ostrożny wobec medialnych zadym - co i Państwu szczerze doradzam.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje