Bruksela, czyli zmiana narracji

Porównywanie "opozycji totalnej" z Konfederacją Targowicką uważałem jeszcze parę miesięcy temu za retoryczną, czy wręcz propagandową przesadę obozu władzy. Teraz już nie. Albo, inaczej powiem – jeśli na początku była to przesada, to dziś już nie. Podobieństwo osiemnastowiecznych "patriotów", którzy w obronie przed konstytucyjnym zamachem 3 maja zwrócili się do mocarstw – gwarantów "praw kardynalnych" o objęcie Rzeczypospolitej Obojga Narodów "procedurą kontroli praworządności" do obecnej "opozycji totalnej", opozycji już nie tylko wobec rządu, ale wobec państwa, któremu odmawia ono prawa do reprezentowania obywateli i nazywa "państwem PiS", naprawdę staje się coraz bardziej oczywiste.

Być może Jarosław Kaczyński był tak przenikliwy, że widział to jasno znacznie wcześniej niż ja - a być może, okazał się tak sprawny, że zdołał wepchnąć swoich wrogów na wybrane przez siebie pole i sformatować ich politycznie oraz wizerunkowo w sposób, jaki uznał za korzystny? Stawiam raczej na to drugie. Ale trzeba w takim razie dodać, że Schetyna i Petru okazali się na sugestie Kaczyńskiego bardzo podatni. Wystarczyło ich lekko popchnąć w odpowiednim kierunku, sprowokować, a poleźli sami zupełnie bezmyślnie na wyznaczone im pozycje.

Reklama

Retoryka walki z "państwem PiS", mówiąc nawiasem, jest ze strony opozycji tyleż paskudna, co zwyczajnie głupia. Zamyka jej ona bowiem drogę do odbudowy wpływów. Spróbujmy sobie wyobrazić, że po tym wszystkim, co wyprawia teraz "opozycja totalna" nagle wraca ona do rządów. Jak może te rządy sprawować, skoro zniszczyła wszystkie wspólne wartości, na których opiera się państwo? Oczywiście, powoła swój rząd, ale on już nie będzie teraz rządem polskim, tylko - dla mniej więcej drugiej połowy społeczeństwa - rządem PO. Rozpędzi Trybunał Konstytucyjny, który pogardliwie nazywa "dublerami", i na jego miejscu usadzi swoich "dublerów", ale to już nie będzie Trybunał Konstytucyjny - to będą dublerzy PO. Garstka kodomitów, przychodzących dziś na rozbijanie różnych patriotycznych uroczystości, zacznie tupać w poparciu dla rządu PO i bić mu brawo, ale za to dymić zaczną ci, którzy obecny rząd popierają, a oni to potrafią dużo lepiej, już to przez ostatnie lata udowodnili.

Z punktu widzenia wyborcy ewentualny powrót poprzedniego układu niczego by więc w jego życiu na lepsze nie zmienił. Nawet gdyby PiS skompromitował się różnymi nietrafnymi decyzjami, aferami i nominacjami personalnymi, perspektywa wymiany jednych partyjniaków na drugich ludzi nie porwie. No, chyba, że ktoś zaproponuje jakąś nową jakość, czy przynajmniej jej pozór - ale do tego zgraja okrągłostołowych pierników, których łączy tylko nienawiść do Kaczyńskiego, nie wydaje się zdolna.

Gdy PiS szedł na niemożliwą do wygrania szarżę w Brukseli przyszła mi taka myśl, że może chodzi o zbudowanie zupełnie nowej narracji, która ma integrować poparcie dla rządu i ustawić opozycję na wygodnej pozycji do bicia. Jarosław Kaczyński czasem celowo idzie na takie kontrolowane przegrane, które wprawiają przeciwników w entuzjazm i skłaniają do robienia głupstw - na zasadzie aikido albo gambitu w szachach. Proszę zobaczyć, opozycja totalna, umęczona ponoszonymi od półtora roku klęskami, dostała po szczycie w Brukseli takiego orgazmu, że pod hasłem 27:1 ochoczo ustawiła się na pozycji pomagierów obcych kolonizatorów. Sama, bez niczyjej pomocy, zbudowała narrację bardzo dla PiS pożądaną: rząd ośmiela się Europie (mówimy Europa, a myślimy Niemcy, oczywiście) stawiać, mieć swoje zdanie, czegoś żądać - a PO i Nowoczesna oddadzą im wszystko.

Przy czym im dalej, tym bardziej to "wszystko" ma dla Polaka wymiar namacalny. Sielanka w Unii Europejskiej się skończyła - trzeba maksymalizować zyski, a tam, gdzie są zyski, tam koncerny o wszystkie inne sprawy dbają tyle, co menadżerowie Volkswagena o "zmiany klimatyczne". Polacy coraz mniej myślą o europejskiej łasce funduszy strukturalnych, a coraz więcej o tym, że za tą samą pracę dostają dużo mniejsze pieniądze, a pod tymi samymi markami kupują dużo gorsze produkty, i to przeważnie drożej. Opozycja zdaje się traktować jak wyrocznię sondaże wskazujące, że Polacy nie chcą z Unii wychodzić. Nie widzą innych - że równie masowo chcą, abyśmy w tej Unii się rozpychali, stawiali twardo swoje sprawy i byli bardziej szanowani niż dotąd.

I na tej właśnie osi - bynajmniej nie jakiegoś tam "polexitu", który jest taką samą propagandową bzdurą, jak zabieranie internetu przez Ziobrę czy wycinanie drzew przez Szyszkę - skupił brukselski gambit Kaczyńskiego energię wojny polsko-polskiej (czy właśnie coraz bardziej polsko-antypolskiej). Oczywiście, cena za to jest bardzo duża, ale jeśli się spojrzy na to tak, jak zapewne patrzy Prezes - to znaczy, że racją stanu Polski jest to, aby władza pozostała w rękach obozu patriotycznego i nie wróciła broń Boże do zaprzańców i targowiczan, a na dodatek złodziei, no to w imię tak pojętej racji stanu warto ponieść każdy koszt. W końcu, jak uczył Piłsudski, niepodległość musi kosztować więcej, niż "dwa grosze i dwie krople krwi".

Pytanie, czy PiS w ogóle potrzebował zmiany narracji. Przecież dotychczasowa świetnie się sprawdzała, notowania partii rządzącej stoją twardo w miejscu, opozycja miota się bezsilnie i ciska jak na przysłowiowym grzebieniu - po co było to psuć brukselską przegraną? Otóż widzę powód. Narracja o zamachu w Smoleńsku, bardzo wygodna swego czasu, zaczyna wyłazić rządowi PiS bokiem, i nie można tego ukrywać w nieskończoność. Minęło półtora roku, a poszukiwania dowodów na zamach okazały się równie bezskuteczne, jak za rządów PO poszukiwania jakichkolwiek "nacisków" czy innych deliktów, za które można by Kaczyńskiego postawić przed Trybunałem Stanu. Można jeszcze co i raz ogłosić jako sensację jakiś znany od lat szczegół, wystrzelić z "przełomową" ekspertyzą, że tupolew uderzył jednym kołem o ziemię, jednocześnie drugie mając skierowane w górę - ale prędzej czy później stanie się oczywiste, że zamach i wybuchy w powietrzu były tylko skrajną hipotezą, forsowaną na potrzeby walki politycznej, przede wszystkim zresztą walki wewnątrz samego PiS. To mogłoby zachwiać pewnością najwierniejszych wyznawców.

Mogłoby, gdyby w miejsce emocji smoleńskich nie zbudowano w porę nowej identyfikacji - a tą będzie walka z obcymi wpływami. Powiedzmy sobie szczerze, oparta na dużo mocniejszych podstawach, bo to, że Europa stara się na nas zarabiać, a nie - jak naiwnie usiłuje nam nadal wmawiać PO z Nowoczesną - przyszła tu nam pomagać z czystego altruizmu, jest przecież oczywiste. Szczególnie dla młodych. Dlatego właśnie, choć generalnie za siermiężnym PiS nie przepadają, są oni najbardziej impregnowani na narrację "totalnej opozycji", poza garstką owładniętych neobolszewickim "ideolo" w tęczowym względnie fioletowym opakowaniu. Ale to "ideolo" też właściwie oznacza obecnie głównie akces do obozu "tam", a przeciwko obozowi "tutaj".

Opozycja weszła w narrację "kto z Brukselą (czyt. Berlinem), kto za Polską" łatwo i ochoczo, bo wydaje jej się, że przy takiej polaryzacji musi wygrać. Myli się. Przegra.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje