Brukselski bal wampirów

Przestańmy się wreszcie cieszyć jak głupi z tych unijnych pieniędzy. Wszystko wskazuje na to, że Polska ma z nich więcej szkody niż pożytku.

Wiem, straszna to herezja. Dogmatu o zbawiennym wpływie unijnych funduszy, niosących nam rozwój, wzrost i lepsze jutro, nie ośmiela się poddawać w wątpliwość prawie nikt. Nawet Jarosław Kaczyński skapitulował przed powszechnym pożądaniem "trzystu miliardów z Unii" i zadeklarował, że trzyma kciuki za premiera, żeby udało mu się z brzucha eurobiurokracji jak najwięcej dla naszej wygłodzonej Ojczyzny wyrwać. Jego zresztą rozumiem, jest politykiem, a ten zawód polega raczej na snuciu miraży niż ich rozwiewaniu. Ale dogmatu nie ważą się naruszać także dziennikarze i eksperci. To znaczy, ci ostatni w większości mówią o sprawie tak samo, jak za komuny mówili o absurdach gospodarki socjalistycznej. Na boku, prywatnie, w cztery oczy, ale broń Boże nie pod nazwiskiem.

Reklama

A może zamiast napalać się, niczym przysłowiowy szczerbaty na suchary, na te kolejne 300 miliardów w nowym unijnym budżecie, przyjrzyjmy się, jak wydaliśmy poprzednie?

Ja bym podał taki przykład. Gmina występuje do Unii o dotacje na aquapark. Kilkadziesiąt milionów, Unia daje połowę. Na drugą połowę gmina bierze kredyt. Pieniądze na różne sposoby wsiąkają w gminę, znacząco zwiększając zadowolenie. Aquapark jest fajny, budzi dumę, wszyscy się radośnie pluskają, dzieci mają fajne miejsce na szkolny WF, a po lekcjach na różne zajęcia sportowe. Na fali ogólnego zadowolenia burmistrz, zapunktowawszy na "umiejętnym wykorzystaniu unijnych funduszy", zostaje wybrany do Sejmu albo sejmiku wojewódzkiego (w czym zapewne udział ma kosztowna kampania, sfinansowana przez lokalnych biznesmenów, którzy się przy okazji Aquaparku obłowili).

Trwa jakiś czas, nim do mieszkańców dotrze, że aquapark nie jest w stanie utrzymać się z wpływów za bilety. Choć bilety i tak drogie, i po pierwszym zachłyśnięciu się, gdy atrakcja spowszedniała, sprzedaje się ich coraz mniej. Trzeba albo pogodzić się ze stopniową dekapitacją obiektu, albo do obciążenia długiem za połowę inwestycji dodać koszty jej utrzymania. Gmina kombinuje jak koń pod górę, tnie koszty ograniczając godziny otwarcia i stopniowo likwidując kolejne sekcje sportowe i atrakcje. Tnie też środki na konserwacje i naprawy, więc obiekt stopniowo brzydnie i zaczyna się sypać...

Pytanie naiwne: czy ta gmina się dzięki unijnej pomocy rozwinęła, czy wręcz przeciwnie, popadła w jeszcze większe kłopoty?

Dodam, że przykład nie jest zmyślony. Z punktu Państwu mogę wskazać co najmniej pięć miast i miasteczek, które sobie takie aquaparki zafundowały. A traktując sprawę szerzej - licząc np. stadiony na kilkadziesiąt tysięcy miejsc w miastach gdzie na meczu nigdy nie było więcej niż kilka, kilkanaście tysięcy kibiców, a i to raz do roku na derby - kilkadziesiąt takich gmin.

Nie wszystkie środki unijne poszły na takie sprawy, zaprotestuje ktoś. Pewnie, nie wszystkie. Część na przykład poszła na tak chwalone autostrady. Żadnej co prawda nie oddano dotąd w pełni, wszędzie mamy tylko krótsze lub dłuższe odcinki, po których wpada się w stare korki na półtorapasmówce, ale zgoda, autostrady w połowie z dotacji, w połowie z kredytu, mamy. Konsorcja, które dostały na nie przetargi, wzięły półtora do dwóch i pół raza więcej niż średnio kosztuje taka autostrada na świecie, po czym pobankrutowały, nie płacąc podwykonawcom. Więc trzeba zapłacić po raz drugi, tym, którzy je naprawdę zbudowali. Ale jeśli niebawem autostrady zaczną pękać jak pas startowy w Modlinie, a tak zazwyczaj się dzieje ze "strategicznymi inwestycjami" oddawanymi na rocznicę rewolucji czy na euro, to skoro wykonawców, którzy dawali na nie "gwarancję" już nie ma, bo pobankrutowali - trzeba będzie za tę autostradę zapłacić po raz trzeci. Albo ogradzać kolejne wyboje płotkami i robić objazdy.

Nie wszystkie środki poszły na infrastrukturę, powie ktoś... No, pewnie. Poszły jeszcze na "kapitał ludzki". To jest dopiero "miś na miarę naszych możliwości". Wręcz - mówiąc Sadamem - "matka wszystkich misiów". Za te pieniądze odbyły się tysiące rozmaitych szkoleń, od których nikt nie zmądrzał ani odrobinę, a niektórzy mogli zgłupieć. Za unijne pieniądze powstały też tysiące firm, które w większości po skończeniu okresu dotowanego padły, bo widać nie były do niczego potrzebne.

Duża część z tych pieniędzy poszła na rozmaite działania "społeczne", głównie w rodzaju wspierania pańć od genderu, mierzących się z problemami społecznymi typu "jak w przestrzeni kulturowej odłączyć fallusa od penisa" (nie zmyśliłem tego). Tak, kupa różnych ludzi znalazła przy tym mniejszy lub większy zarobek, kto mądrzejszy, zainwestował, kto głupszy (większość) powtórzył operację makro w skali mikro, to znaczy użył pochodzących z unijnej pomocy zarobków jako podkładki do uzyskania kredytu konsumpcyjnego, i licząc z tym kredytem, wcale nie jest bogatszy, niż był, choć ma wrażenie, że mu się żyje lepiej.

Oj tam, oj tam, usłyszę na pewno, zrobiliśmy z tymi pieniędzmi, co zrobiliśmy, może nie wykorzystaliśmy najlepiej, ale w końcu je dostaliśmy, a lepiej dostać i zmarnować niż nic nie mieć, prawda?

Nie, nieprawda. Co do tego, że 300 miliardów ze sławnego "Yes, Yes, Yes" Marcinkiewicza nie rozwinęło nas ani nie dźwignęło cywilizacyjnie - nie ma dwóch zdań i szkoda wyważać otwarte drzwi. Raport napisany pod kierownictwem profesora Hausnera i dostępny w necie jest morderczy w konkluzjach i nie do podważenia. Ale niech eksperci pójdą dalej i przyjrzą się nie tylko nieskuteczności, ale i negatywnym skutkom dotacji. Bo przecież unijna pomoc stała się pożywką dla rozmaitych patologii, nie tylko korupcyjnych - ot, choćby, zaburzając mechanizmy rynkowe, obniżyła innowacyjność i konkurencyjność polskiej gospodarki, zamiast ją zwiększyć.

Osobiście sądzę, że skutki negatywne "wykorzystania funduszy spójnościowych" przeważają nad pozytywnymi, ale to tylko dziennikarska intuicja. Trzeba to podliczyć, usystematyzować. Porównać z przykładami zagranicznymi - bo były kraje, które zdołały w oparciu o tego rodzaju pomoc się zmodernizować, ale znacznie więcej było krajów, którym deszcz pieniędzy - czy to z dotacji, z pomocy międzynarodowej czy na przykład z eksploatacji nagle odkrytych bogactw naturalnych - przyniósł w ostatecznym rozrachunku szkody. I bez wielkich badań widać wyraźnie, że sprawą decydującą jest tu stan państwa.

Państwa, którego my nie mamy, bo mamy typowy w krajach postkolonialnych "predatory state", państwo, mówiąc mądrze, "kleptokratyczne" (polecam serdecznie poświęcony temu najnowszy numer kwartalnika "Rzeczy Wspólne"). A w takim właśnie państwie łatwy pieniądz z zagranicy przyrównać można do sztucznego dokarmiania pustoszącego człowiecze trzewia tasiemca. Nie dość, że nie pomaga, to, wzmacniając pasożyta, niszczy.

Bardzo proszę, może jakiś odważny ekonomista zajmie się sprawą i napisze książkę o tym, jak pieniądze z Unii popsuły III RP, zamiast ją naprawić?

I jeszcze jedno: te pieniądze nie były bezinteresownym prezentem. Pewnie, że Zachód woli nam rzucić mniej niż więcej, ale w końcu rzuca te 300 czy ile miliardów po to, by mieć z tego zysk. I nawet nie myślę o łatwym do udowodnienia fakcie, że najwięcej na polskiej transformacji ustrojowej zyskał zachodni kapitał, ani nie odwołuje się do obliczeń wykazujących, że do Unii więcej wnosimy niż z niej dostajemy, bo tego sam diabeł nie da rady tak do końca policzyć.

Myślę o tym, że za pieniądze na infrastrukturę czy "kapitał ludzki" odwdzięczyliśmy się żywym towarem. Dwoma milionami Polaków, młodych przeważnie i przedsiębiorczych, którzy wyjechali na Zachód po lepsze życie. W "Dzienniku Gazecie Prawnej" wyliczano niedawno, ile bilionów wypracują tam oni w najbliższych latach, zasilając tamtejsze gospodarki. I te biliony, oceniając nasze zyski z Unii, trzeba położyć na drugiej szali.

Ale przecież nie w pieniądzach rzecz najważniejsza - w zachodnich krajach, tkniętych katastrofą demograficzną po "rewolucji seksualnej" lat sześćdziesiątych, ta fala Polaków jest jak transfuzja świeżej, młodej krwi, podtrzymująca przy życiu schorowanego starca. W ten sposób kryzys demograficzny przerzucony został na nas. I teraz to już nasz problem, a nie Europy.

Ot, stary wąpierz przygadał sobie jurnego parobka, sypiąc mu złotem, którego miał w swej trumnie pod dostatkiem, a durny parobek się cieszy, kocha swego dobrodzieja i nijak nie rozumie, dlaczego im dłużej tych pałacowych luksusów, tym się robi bladszy jakowisik i słabowity, i skąd te dziwne ranki na szyi...

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy