Bujanie Polską

Nigdy za dużo przypominania, że spór o Trybunał Konstytucyjny mógł być łatwo wygaszony w kilka tygodni po sławnej sejmowej "konwalidacji" - z korzyścią i dla samego Trybunału, i dla Polski. Po fali protestów i zainteresowaniu się sprawą instytucji zagranicznych Komendant, co, trzeba przyznać, w rewolucyjnym rozpędzie zdarza się mu nader rzadko - zawahał się i zaczął szukać sposobu wycofania się z twarzą. Taką szansę dawała propozycja Kukiza, by dokonać poprawki konstytucyjnej i wybrać cały Trybunał jeszcze raz na zasadzie szerokiego kompromisu większością dwóch trzecich głosów. I PiS na to przystał. Wstępnie zgodził się też PSL. Ale do dwóch trzecich konieczna jeszcze była zgoda z którąś z partii "opozycji totalnej".

Proszę sobie wyobrazić, jak by dziś wyglądała sprawa, gdyby taki kompromis zawarto. Autorytet Trybunału nie byłby kwestionowany - już samo to o ile uspakajałoby wszystkie polityczne i legislacyjne spory. A dodajmy i te korzyści, że Polski nie czołgano by na forach zagranicznych, Komisja Europejska nie próbowała by sobie wtykaniem łapy w nasze sprawy budować sobie pozycji europejskiego nad-rządu i nie mogłaby używać naszych wewnętrznych spraw jako pretekstu do przygotowywanego podzielenia Unii na chronioną makronowskim neomerkantylizmem ścisłą metropolię i wypłukiwane z zasobów środkowoeuropejskie kolonie. 

Reklama

"Ale co tam marzyć o tem...", jak mawiał pan Rzecki. Kompromis, naprawa prawa i co za tym idzie uspokojenie sytuacji było ostatnią rzeczą, jakiej chciał Schetyna i całe jego polityczne zaplecze. Nie po to od momentu przegranych wyborów starali się rozkręcić masową histerię, żeby rezygnować z takiego pretekstu, jaki dał im PiS, odpowiadając swoją chamówą z wyborem sędziów na rympał na ich chamówę z wyborem sędziów na rympał w poprzedniej kadencji. Petru, który się wychylił, że "dostrzegł światełko w tunelu" został zrugany, oskarżony o  zdradę, przeczołgany przez antypisowskie media jako zdrajca - dokładnie tak samo, jak dziś pisowski hardkor tym samym epitetem obrzuca prezydenta, którego do wczoraj uwielbiał - i szybko spękał, podporządkowując się twardej linii. Ani kroku w tył, ma być jak było, PiS ma się wycofać, przeprosić, nowi sędziowie popełnić publicznie seppuku, a nawet gdyby to wszystko zrobili - to opozycja wymyśli jeszcze coś, żeby żadne rozwiązanie sprawy nie było możliwe. Ma być smród, wrzask, histeria, demonstracje i pogróżki eurokratów - bo tego właśnie totalna opozycja potrzebuje. 

Tak było, dobrze to pamiętam, kto chce niech sprawdzi. I nic się nie zmieniło. Do zakutych głów kiboli "opozycji totalnej" nie dociera, że to, co robią ich liderzy, to jazda donikąd. Jako komentator polityczny czynny w tym fachu od z hakiem ćwierćwiecza mogę wam powiedzieć dlaczego: dlatego, że Polskę i jakkolwiek rozumiane dobro wspólne mają ci ludzie najgłębiej w tyle. Bronią swoich posad, swoich wpływów, kasy, której możliwości dojenia wprawdzie bardzo zmalały w stosunku do czasu beztroskich biesiad u Sowy i Przyjaciół, ale dopóki pozostaje "totalnej opozycji" władza w samorządach i dopóki stare układy pozostają pod ochroną zblatowanych sitw korporacyjnych - w tym establishmentu prawniczego - wciąż są duże. 

Stąd właśnie formuła "opozycji totalnej". Skrajnie głupia, równie, jeśli nie bardziej antydemokratyczna niż pomysły w rodzaju wyznaczania Sądu Najwyższego przez ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie, a w perspektywie przyszłych wyborów - przeciwskuteczna, co widać po sondażach, w których PO i Nowoczesna nic nie zyskują albo wręcz tracą nawet po fali takich protestów jak te ostatnie. Ale na swój sposób logiczna. 

Logika, którą kieruje się odsunięte od władzy towarzystwo jest bowiem taka: do następnych wyborów, jeśli mają być w normalnym terminie, to my i tak nie dotrwamy. Wsadzą nas, jak nie za trzymanie kryszy nad Amber Gold, to za "reprywatyzacyjne" przekręty, jak nie za "karuzele" VAT, to za łapówki. Jedna nadzieja - że raz jeszcze, jak w 2007, uda się tę łódź wywrócić, zanim śledztwa i sprawy sądowe zajdą za daleko. 

I tyle właśnie wynika z działań PO i zmarginalizowanej przy niej Nowoczesnej (a gdybyś wtedy, głupi Ryśku, zamiast się dać moralnie szantażować "Wyborczej" i TVN, za tym kukizowym "światełkiem w tunelu" poszedł, to byś teraz rozdawał w opozycji karty; no, ale trudno, drugiej szansy nie będzie) - bujanie Polską. Wciąż w nadziei, że się ją uda przewrócić. Jak nie milionem na ulicach, to może Timmermansem. Aby tylko próbować. Zresztą nie ma innej rady niż próbować, bo nas zamkną. 

Wspomniane protesty, którymi tak się upajają "tefałeny" znowu obudziły nadzieję, że może jednak. I to jest moja generalna do nich pretensja. W przeciwieństwie do wielu moich przyjaciół, którzy wciąż wiążą z PiS zbyt wielkie nadzieje, by się do niego zniechęcić, ja wcale nie zobaczyłem w "spacerowiczach" ubeków i złodziei. Oczywiście, była tam i cała ta sama co zawsze małpiarnia z KOD-u, i "obywateli", i różne LGTB-owskie dziwadła, ale przecież tym razem nie oni nadali ton. Widziałem wielu ludzi dotąd w politykę niezaangażowanych, których sprzeciw wobec chybionej reformy bynajmniej nie przekształcał się w entuzjazm dla Schetyny, Petru, Budki czy "myszki agresorki". Proszę się przyjrzeć filmowym zapisom. Nie, oni tam nie przyszli po to, żeby "znowu było jak było" i żeby polską prawniczą elitę nadal stanowili ludzie tacy, jak ten korowód ofiar amnezji i depresji, który przewija się przed komisją do spraw Amber Gold. 

A po co zatem? Tu jest problem. Prawdziwy problem. PiS rządzi, tak jak rządzi - trudno na to patrzeć z entuzjazmem. Ale dopóki alternatywą dla PiS jest "żeby znowu było jak było", dopóki główną partią opozycyjną pozostaje mafia, która nigdy się nie zdobyła na bodaj marne "przepraszamy", nie dokonała żadnych rozliczeń, żadnego samooczyszczenia - to większości Polaków okrzyki gniewu szybko zamierają na ustach. 

Niemiło mi czytać o "partii prezydenckiej" i prezydencie jako nadziei opozycji, kiedy pod tymi słowami podpisany jest ktoś tak skompromitowany jak Bartłomiej Sienkiewicz - ale niektórym obserwacjom zawartym w jego artykule dla "Rzeczpospolitej" zaprzeczyć nie można. Logika polskiej sceny politycznej jest dziś taka, że jedynym politycznym ośrodkiem mogącym być przeciwwagą dla szaleństw pisowskiej rewolucji jest prezydent. Klub Kukiza jest zbyt nieliczny i na dodatek szarpany stale próbami wyrywania z niego metodami politycznej korupcji co mniej ideowych posłów, ale we współpracy z prezydentem może już jakąś rolę odgrywać - przynajmniej powściągając najdalej idące zapędy do przejmowania państwa. Natomiast PO i Nowoczesna, zafiksowane na próbie wywołania w Polsce jakichś ruchawek, na doprowadzeniu do paraliżu władzy, "wyłączenia państwa", jak to napisał facet z jakiegoś szemranego NGO-su, to tylko polityczna substancja gnilna, infekująca polską debatę publiczną. I w gruncie rzeczy gwarantująca Jarosławowi Kaczyńskiemu trwanie u władzy. Dlatego jedni z drugimi tak fajnie się nawzajem nakręcają obelgami i agresją, starając się z obu stron oskubać do minimum obszar politycznej normalności. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy