Cham zbuntowany i dumny z tego

Nigdy nie zetknąłem się z tak dzikim i dyszącym agresją antysemityzmem jak w USA ze strony czarnych aktywistów ruchów domagających się "wyrównania historycznych krzywd" zadanych Afrykanom. Nigdy nie słyszałem, by ktoś mówił o "ciotach" z taką pogardą, jak pakujący na siłowni homoseksualiści z przeciwnej frakcji "megamęskich". A zjawisko domowej przemocy, której ofiarą (siłą rzeczy) padają kobiety, nigdzie nie przybiera takich rozmiarów, jak w związkach lesbijskich - wynika z oficjalnych statystyk stosownych urzędów w Skandynawii. Mógłbym mnożyć takie przykłady, że życie bywa skomplikowane, a stereotypy często mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Niektórzy sobie z ogarnięciem tej niejednoznaczności nie radzą. I właśnie spośród takich rekrutują się wyznawcy tego, co pozostało dziś z lewicy.

Na czym bowiem polegała zawsze siła przyciągania lewicy? Najlepiej ujął to w swej "Wierze i winie" Jacek Kuroń. Potęga marksizmu zasadzała się (zasadza?) na tym, że dawał swym wyznawcom dwadzieścia prostych, łatwych do wkucia formułek, za pomocą których nawet ostatni kretyn mógł sobie i innym objaśnić świat i wszystkie jego problemy w sposób nie pozostawiający mu żadnych wątpliwości.

Reklama

Patrząc na to, co historycznie z marksizmu wyrosło, na owych sędziwych już, jak się ich nazywa we Francji, "siksłitardów", którzy tylko zmodyfikowali swego mistrza podmieniając "walkę klas" na "walkę płci" względnie "odmienności seksualnych", dla wielu z nich nawet te dwadzieścia formułek to już za dużo. U nich całe wyznanie sprowadza się już tylko do formułek dwóch. Pierwsza - my jesteśmy lepsi i mamy rację. Druga - każdy, kto nasz, jest dobry, a kto nie nasz, tego w mordę. Cztery nogi dobre, dwie nogi złe - jak w Orwellowskim "Folwarku zwierzęcym".

Staram się unikać w tych felietonach załatwiania osobistych porachunków, od tego są media społecznościowe, ale zrobię wyjątek, bo rzecz wydaje mi się charakterystyczna. Niejaki czas temu grupa krakowskich lewaków zamarzyła o potędze, jaką w swych najlepszych czasach miewały podobne im siły na Zachodzie - gdy, na przykład, wskutek nagonki feministek, BBC zdecydowała się zdjąć, mimo świetnej oglądalności, "znieważający kobiety" program Benny’ego Hilla, albo gdy gołosłownymi oskarżeniami o "rasizm" łamano w USA kariery nieostrożnych profesorów i dziennikarzy. Lewactwo czuło akurat wiatr w żaglach po sukcesie pierwszych "czarnych protestów", a że ja akurat miałem odwagę skomentować w słowach adekwatnych poziom tych protestów, wznoszonych na nich haseł i niesionych transparentów, a także moralną ohydę pań głoszących, że "bez aborcji będzie rodzić się mnóstwo bękartów i kalek" i epatujących pogardą dla "zdeformowanych płodów" - to postanowili podskoczyć do mnie.

Podjęto więc próbę ostracyzmu, uczynienia mnie, jak to mawiali przodkowie - "infamisem", pod pretekstem, że jestem ponoć chamem, prymitywem, znieważam kobiety etc. Co do mojego "chamstwa", jeśli rozumieć to jako tzw. pochodzenie społeczne, to owszem, wręcz chlubię się faktem, że, jak mawiał o sobie cesarz Bonaparte, "mój ród zaczyna się ode mnie". Sam może chamem nie jestem, ale na pewno po moim drzewie genealogicznym nie trzeba się długo wspinać, by na takowego trafić. Nie wstydzę się tego dziedzictwa ani nie wypieram, zawdzięczam mu fakt, że, jak jeden z bohaterów Mrożka, "i pożartować umiem, i w mordę dać", zależy na co interlokutor zasłużył, wedle zasady "jestem grzeczny dla grzecznych".

Co nie zmienia faktu, że przeczytałem więcej książek niż owi tak gardzący chamami niby to oświeceni inteligenci, którzy próbowali wmówić, że zapraszanie mnie na Targi Książki to hańba, do której nie wolno dopuścić. Oni tymczasem nie przeczytali nawet moich książek - nie dziwota, jest tego już pod trzydzieści - i w żaden sposób nie potrafili znaleźć bodaj jednego przekonującego przykładu, dla których miałbym być wykluczony i oznakowany jako trędowaty. Ba, nie znaleźli niczego nawet w moich wpisach na Twitterze. Jedynym powodem rzucania anatemy, jaki z siebie wykrztusili, było moje stwierdzenie o porykujących pod oknem prywatnego mieszkania prezesa PiS fanatyczkach, że kobiety, jeśli chcą zasługiwać na szacunek, tak się nie zachowują.

Akcja wyszła żałośnie, organizatorzy, wystawcy i goście Targów napuszone wezwania do bojkotu zignorowali, na spotkanie i podpisywanie tradycyjnie przyszły tłumy, a na zdjęciu pikiety, zamieszczonym przez patronującą antyziemkiewiczowskiemu wzmożeniu "Wyborczą", widać osiem osób, którym nawet nie chciało się zrobić na tę okazję oryginalnych transparentów, tylko przynieśli, cokolwiek od czapy to, co zawsze - o patriarchacie i takich tam.

Nie byłoby o czym gadać, gdyby nie fakt, że w publiczne zniesławianie mnie zaangażował się pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego, i to funkcyjny, bo wiceszef jednego z zakładów. Dlatego napisałem do Rektora list z prośbą o pouczeniu dyfamatora, co przystoi wykładowcy akademickiemu, a co nie. Odpowiedź Jego Magnificencji jeszcze do mnie nie dotarła, ale już przeciekło do gazet, że odpisał mi on w tonie uprzejmym, iż rozumie moje oburzenie i przekazuje sprawę rzecznikowi dyscyplinarnemu UJ.

I tyle wystarczyło, by na lewicy wybuchła istna wścieklizna, i by Rektor (nad czym ze swej strony ubolewam) sam z kolei stał się obiektem jej wściekłej nagonki. Rektor "korzy się przed chamem", "kłania się bucowi" i jeszcze gorzej - zawyły jednym głosem "Polityka", "Newsweek" i wspomniana już "Wyborcza", nie zapominając oczywiście oskarżyć mnie też o antysemityzm, a bodaj czy nie faszyzm, a przy okazji wypominając Rektorowi stare "winy", tę na przykład, że nie wziął swego czasu udziału w ich nagonce na (wówczas) prezydenta-elekta Andrzeja Dudę za rzekome "blokowanie etatu".

Jeśli istotnie istnieją jakieś powody, by ogłaszać mnie infamisem, to przecież w tej sytuacji i wspomniany paszkwilant z UJ, i jego akolici powinni po prostu je światu pokazać. Cóż prostszego? Ale w tym właśnie sęk - trzeba by je znaleźć. Najwyraźniej się jednak nie da, więc sięgnięto po stary propagandowy chwyt "argumentu z autorytetu". Otóż, już nie tylko jakiś doktor Wroński czy inny "no-name" mnie opluwa, ale do tego plucia dołącza też profesor Woleński i bliżej nieokreślona liczba innych filozofów, którzy przygotowują ponoć w tej sprawie specjalny list do Jego Magnificencji!

Niezły cyrk, powie ktoś, i można tylko współczuć profesorowi Nowakowi, który nagle znalazł się w epicentrum takiego szitstormu. Ale nie mogę go z czystym sercem przeprosić, że go tam niechcący wciągnąłem, bo sprawa jest ważna - także dla najstarszej polskiej uczelni.

Ludziom pokroju panów Woleńskiego czy Wrońskiego niedawno niebo spadło na głowy i pewnie powinienem wykrzesać z siebie nieco wyrozumiałości, że po takim urazie nie zachowują się normalnie. Otóż podstawą ich wiary, świeckim odpowiednikiem obietnicy zbawienia, była pewność, że cały świat idzie w jedynie słusznym kierunku, a oni załapali się do kroczącej na czele awangardy.

Tu, w prowincjonalnej Polsce, ciemnogród, błoto i syf, ale oni, podchwytując i powtarzając "modne bzdury", klepiąc wspomniane przez Kuronia formułki, plotąc te wszystkie kocopały o genderze i budowaniu "nieheteronormatywnych paradygmatów", zahaczyli się świeckiemu Bogu u cholewy i siłą rzeczy trafią do progresistowskiego raju.

A tu się nagle okazało, że nie tylko w ciemnej Polsce i na Węgrzech, ale i w Wielkiej Brytanii, i w Ameryce! A zaraz pójdzie to, jak kostki domina, dalej, na Francję, Niemcy, na postępowy Beneluks...

Mało tego: na własnym, uniwersyteckim poletku, które uważali za swoje, wielokrotnie oznaczone swymi postępowymi wydzielinami, za domenę swej wyłącznej władzy - muszą się z czegoś tłumaczyć? Tam, gdzie uważają się za władni bez dania racji, orzekać, kto ma prawo mówić, a kogo w mordę i za drzwi?!

I to komu się mają tłumaczyć? "Chamowi"?! Oni, jaśnie oświeceni i udekorowani przez siebie nawzajem naukowymi tytułami?!

Nie dziwię się tej wściekłości. Ale uważam ją właśnie za dowód, że te uroszczenia "dzieci Marksa i coca-coli" trzeba przykrócić. Tak jest, podlegacie takim samym prawom jak inni. Także prawom chroniącym czyjeś dobre imię przed zniesławieniem.

Przyznaję, że jako "cham" nie mam gotowych wzorców postępowania w tej sytuacji. W sferach społecznych, z których się wywodzę, nie było żadnych kodeksów Boziewicza czy pojedynków; kłamców i paszkwilantów pokroju dr Wrońskiego czy prof. Woleńskiego po prostu się biło w pysk, do której to tradycji, ze względów oczywistych, nawiązywać dziś nie mogę. Wzdragam się też przed sięganiem po drogę sądową, również i dlatego, że w Polsce wciąż jest ona żałośnie nieskuteczna - w procesie przeciwko "Pudelkowi" za rozpowszechniane o mnie kłamstwa ponad rok czekałem na termin pierwszej rozprawy (jeszcze się nie odbyła).

Ale bez obawy, w kaszę sobie dmuchać nie dam, coś wymyślę.

Chociaż tak prywatnie, po ludzku, współczuję tym, którzy uwierzyli w bożka postępu i dziś zostali nagle z ręką w przysłowiowym naczyniu. Ten szok na pewno boli. Ale może musi boleć, żeby się zmądrzało?

Rafał A. Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje