Chamówa "Wyborczej"

W ubiegły czwartek "Gazeta Wyborcza" zamieściła na samej górze drugiej strony tekścik sygnowany nazwiskami aż trzech swoich pracowników, a poświęcony głównemu konkurentowi - dziennikowi "Rzeczpospolita".

Konkretnie zaś tekst był poświęcony przede wszystkim opluciu dwóch byłych dziennikarzy "Rz" i kandydatów do kierowania nią, Piotra Lisickiego i Igora Janke. Muszę powiedzieć, że ze strony "GW" przyzwyczajony jestem do manipulacji i bezczelności, ale wspomniany tekścik bije nawet ustanowione przez nią samą rekordy.

Reklama

Trio Kublik-Czuchnowski-Makarenko zaczyna od faktów: Grzegorz Gauden zgłosił rezygnację ze stanowiska redaktora naczelnego "Rzeczpospolitej"; prezesem wydającej gazetę spółki "Presspublika" pozostanie nadal. Skoro pozostanie, tytuł "Rewolucja w 'Rzeczpospolitej'" nie wydaje się uzasadniony, ale trójka funkcjonariuszy Adama Michnika przechodzi nad logiką do porządku, wkręca za to w tekst zręczną sugestię: "Gauden nie chciał powiedzieć, czy został do odejścia zmuszony". Niby nic, po prostu nie powiedział, ale skoro fakt, że nie powiedział, został uwydatniony, no to... no... łapiesz, czytelniku?

Podrzuciwszy trop, dziennikarze "GW" demaskują dalej: "Kłopoty Grzegorza Gaudena zaczęły się, gdy w 2005 r. zwolnił Bronisława Wildsteina..." Sugestia z poprzedniego akapitu zostaje rozwinięta: jeśli ktoś Gaudena zmusił do odejścia, choć on sam nie chce tego przyznać, to zapewne jest to odłożona w czasie zemsta za zwolnienie Wildsteina.

Co prawda, pisze "Wyborcza" wcześniej, że koncern "Orkla", współudziałowiec Presspubliki, nowego naczelnego szuka "od stycznia", a więc wcale nie od czasu, kiedy to, jak zwięźle podsumowano w środowisku, "Wyborcza" wyrzuciła Wildsteina z konkurencyjnej gazety. Zresztą, na zdrowy rozum, czemuż to Norwegowie mieliby się akurat szczególnie przejmować Wildsteinem?

Zgodnie z zasadą tzw. brzytwy Ockhama należałoby w pierwszej kolejności rozważyć hipotezę, że Norwegowie po prostu uznali połączenie w jednym ręku funkcji wydawcy i redaktora naczelnego za niefortunne. Co więcej, że nie są zadowoleni za skutków działań Gaudena jako naczelnego. Bo też, powiedzmy, nie mają do zadowolenia szczególnych powodów. Gauden, człowiek pozostający pod głębokim urokiem "salonu", najwyraźniej nie wyobrażający sobie, że można mieć inne zdanie niż "warszawka", opiłował gazecie kanty i zamienił ją w papkowaty wtórnik "Wyborczej". Ukoronowaniem tego procesu stało się niedawne mianowanie przez Gaudena swoim zastępcą wieloletniego wice-michnika, Jacka Rakowieckiego. Nie znam odpowiednich danych, ale można domniemywać, że nie wpłynęło to dobrze na wyniki sprzedaży gazety - bo w końcu po co na rynku dwie "Gazety Wyborcze".

Autorzy "GW" rozwijają sugestię dalej: oto jako następca Gaudena wymieniany jest Paweł Lisicki. Człowiek, który publikował we "Frondzie", a ostatnio pisał, że PiS nie zagraża demokracji i że w Polsce istnieje "antyprawicowa histeria elit". Człowiek, co najważniejsze, który odszedł z "Rzeczpospolitej" właśnie w proteście przeciwko zwolnieniu Wildsteina. Co więcej, zastępcą Lisickiego (albo, w innym wariancie, naczelnym) miałby zostać Igor Janke, który - tu wysilcie uwagę, mili czytelnicy - "również odszedł z 'Rz' jakiś czas po zwolnieniu Wildsteina".

W istocie, wiem przypadkiem, przyczyny rezygnacji byłego szefa działu krajowego "Rz" były inne, ale fakt jest faktem - odszedł on "jakiś czas" po Lisickim i jakiś czas po wyrzuceniu Wildsteina. A słówko "również"? A, tak się pismakom GW wypsnęło, bez żadnej szczególnej myśli.

No i teraz dopiero, po wszystkich tych aluzjach i napomknieniach, dochodzimy do sedna całej publikacji: "Kilku dziennikarzy 'Rzeczpospolitej', którzy prosili nas o anonimowość, twierdzi, że za decyzją "Orkli" stoi rząd". Ach! - czytelnik "GW" łapie się za serce, porażony, jak doskonale wszystko do siebie pasuje. "Wiele osób w redakcji boi się teraz o niezależność dziennika", konstatują dalej autorzy. "Pod nowym kierownictwem będziemy mogli pisać tylko o aferach Platformy Obywatelskiej czy SLD - przewiduje reporter 'Rzeczpospolitej'".

Tu już właściwie nie ma nic do dodania, ale "GW" wyraźnie nie jest pewna inteligencji swych odbiorców, więc na wszelki wypadek przybija pointę jak cepem: "Według naszych rozmówców z 'Rz' rząd postawił Orkli warunek zmiany naczelnego. - Orkla ustąpiła, bo chce sprzedać swoje media w Europie Środkowej, nie potrzebuje więc konfliktów".

Tfu. Odplujmy teraz, umyjmy uwalane "Gazetą Wyborczą" ręce, i stwierdźmy, co następuje:

Cytowany artykuł można uznać za kliniczny przykład dziennikarstwa szmatławego, opartego na pomówieniach i insynuacjach. Po pierwsze, "GW" podważa wiarygodność konkurencyjnej gazety, po drugie - rzuca potwarz na dwóch znanych w środowisku dziennikarzy i publicystów, i to potwarz najcięższą z możliwych, jednoznacznie odmawiając im zawodowej rzetelności i etyki, prezentując jako komisarzy politycznych partii rządzącej. Pismacy "GW" czynią to w sposób budzący szczególne obrzydzenie: bez sformułowania bodaj jednego konkretu. Posługując się wyłącznie aluzjami, sugestiami i cytatami z anonimów. W sposób uniemożliwiający wszelką obronę. No cóż, "GW" uczy się - kiedy swego czasu napisała o rzekomych nieprawidłowościach w "Rzeczpospolitej" mniej zręcznie, ta pozwała ją do sądu. Tym razem mętniacka forma ataku nie daje takiej szansy.

(Nawiasem mówiąc, wspomniany proces przez czas długi tkwił w martwym punkcie, bo pełnomocnik "Agory"... nie mógł ustalić miejsca pobytu Adama Michnika i wręczyć mu pism procesowych! Ciekaw jestem swoją drogą, jak się sprawa ma obecnie. Chyba się jakoś toczy, bo przecież nie można sobie wyobrazić, aby taki mistrz świata w etyce, jak Michnik, nadal był dla radców "Agory" nieuchwytny, choć w tzw. międzyczasie podpisał im pełnomocnictwa do wytoczenia procesu mnie i Józefowi Darskiemu... Albo że Grzegorz Gauden cichcem niedoręczony pozew wycofał)

Jeszcze niedawno całe środowisko dziennikarskie, a publicyści "GW" w pierwszym rzędzie zachłystywali się oburzeniem na Jarosława Kaczyńskiego, że ośmiela się mieć o tymże środowisku zdanie nie najlepsze. Na oplucie przez "GW" Lisickiego i Jankego nie zareagowały, jak dotąd, żadne środowiskowe trybunały, nigdzie nie znalazłem bodaj wzmianki o niestosowności takiego postępowania, choć już ładnych parę dni minęło. Cóż, w przeciwieństwie do ludzi, którzy zagrażają demokracji, "GW" ma prawo opluwać, bo "GW" demokracji broni. A poza tym kieruje się dobrem ogółu i etyką. Wynika to niezbicie z wyników ankiety, jaką przeprowadziła niedawno wśród swoich czytelników.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje