Co zostanie z Ukrainy?

Fejsbukowy komentarz profesora Pazia do filmu, na którym rosyjscy terroryści poniżają jeńców (przypomnę: "ukraińskie ścierwa dostają łomot aż miło; jak tu nie kochać ruskich?"), wzbudził zrozumiałe oburzenie. Ani myślę go bronić, choć generalnie nie jestem wyrywny do krytykowania ostrych wpisów na mediach społecznościowych, bo taka jest tych mediów specyfika. Ale bardzo proszę o wykonanie prostego eksperymentu myślowego.

Proszę sobie wyobrazić, że profesor Paź (albo kto inny) napisał coś odwrotnego: "ruskie ścierwa dostają łomot aż miło; jak tu nie kochać Banderowców?". I co, byłby, myślą Państwo, porównywalny huczek?

Reklama

Moim zdaniem nie. Oburzenie byłoby znacznie mniejsze, zrelatywizowane "no, może użył za ostrych słów, ale...", a najpewniej w ogóle by oburzenia nie było. Bo nikomu nie chciałby się takiego wpisu, dotyczącego "ruskich", wyciągać na światło dzienne i domagać od różnych postaci życia publicznego jego skomentowania.

Ujawnia to całą słabość naszego pisania i gadania o Ukrainie. Jedziemy na emocjach. Większość nienawidzi ruskich, co jest zupełnie zrozumiałe, zważywszy na świeżą pamięć półwiecznej okupacji, Smoleńsk, agresywny, butny imperializm Putina i obawę przed nawrotem rosyjskiej wielkomocarstwowej paranoi. Ale są i tacy, którzy bardziej od ruskich nienawidzą i boją się Ukraińców.

I to także jest zupełnie uzasadnione - bezmiar okrucieństw, jakich dopuścili się rezuni na Polakach ponad 70 lat temu, okrucieństw wypchniętych z pamięci większości Polaków, ale tym bardziej żywych w pamięci potomków wołyńskich wygnańców, żywotność zbrodniczego nacjonalizmu Bandery i Doncewa na współczesnej Ukrainie, kłody rzucane pod nogi przez ukraińskie władze i urzędy historykom, usiłującym badać te sprawy, niszczenie archiwów, zastraszanie - to wszystko także powinno być brane pod uwagę w naszym myśleniu o wschodnim sąsiedzie.

Nie po to, oczywiście, by się dusić w zapiekłej nienawiści do Ukraińców i nazywać ich w czambuł "ścierwami" (trochę mi furia profesora Pazia przypomniała moją śp. babcię, która nie umiała inaczej się wyrazić o Niemcach - z tym, że ona miała z nimi osobistą nieprzyjemność, a nie wiem, czy profesor miał takową z rezunami), ale by nie popadać w naiwno-cukierkowe wizje, niewiele mające wspólnego z politycznymi realiami.

To jest w ogóle słabość polskiego myślenia o polityce międzynarodowej. Wydaje nam się, że zanalizowaliśmy sytuacje, jak ustalimy, gdzie jest słuszność i po czyjej stronie racja. Bo my, oczywiście, musimy być po stronie słusznej. Słuszność ma dla nas zawsze ten, kto walczy o wolność. Jak o wolność, to już wiadomo, że naszą i waszą, i już jesteśmy w domu, wszystko wiemy, a w każdym razie wiemy, kogo popierać.

Tyle że słuszność to świat miał, ma i będzie miał nadal głęboko w de. W Jałcie, Poczdamie, gdzie kładziono podwaliny pod obecny światowy ład, dbano o nią mniej niż o to, by wszechmocnym negocjatorom nie zabrakło papieru toaletowego.

Nikt się nie kieruje słusznością w stosunkach ze zbrodniczym reżimem chińskim ani z depczącą prawa człowieka Arabią Saudyjską, nikomu do głowy nie przyjdzie dawać słusznie się należącą niepodległość Kurdom, a jeśli im teraz sypnie Zachód trochę amunicji, to tylko po to,  by ich czysto instrumentalnie użyć przeciwko Państwu Islamskiemu, tak, jak instrumentalnie używał polskiego mięsa armatniego w II wojnie światowej.

Wojna na Ukrainie trwa od roku, a u nas słychać tylko okrzyki: Mordercy! Bandyci! Bohaterowie! Ruscy! Banderowcy! A żeby ktoś zapytał: a co jest dobre dla Polski? A gdzie nasz interes w tym wszystkim? - ani dudu. Ja nie rozstrzygam, może ten interes jest właśnie w tym, żeby dać się odepchnąć od wszelkiego wpływu na bieg wydarzeń i cieszyć się z tego jak głupi, to jest, jak były minister Sienkiewicz. Może w tym, żeby Ukraińcom podsyłać starą broń z pozostałych jeszcze po LWP magazynów. Może w tym, żeby wysyłać tam polskich żołnierzy, a może właśnie przeciwnie, by wzorem Orbana (do niedawna przecież przez polską prawicę uwielbianego) jak najwięcej na konflikcie ugrać i od jednych, i od drugich.

Ani słowa nie słyszę w polskiej debacie publicznej na temat fundamentalny - jakie Ukraina ma szanse. Przepraszam - bodaj jedyny Paweł Zalewski przemycił informację, że państwo ukraińskie może tej wojny nie przetrwać. Nie w sensie terytorialnym, tylko w sensie spójności i wykonywania swych podstawowych funkcji.

Warto doprawdy zapoznać się choćby z cytowanymi bardzo zwięźle przez nasze media wypowiedziami profesora Marka Galeottiego, który brutalnie ocenia fakty: Ukraina nie jest w stanie wystawić armii z prawdziwego zdarzenia, choć ma niezbędną dla jej wyposażenia broń, jej siły zbrojne są źle dowodzone i zdezorganizowane, wywiad i dowództwo zinfiltrowane przez rosyjskich agentów, a społeczeństwo podzielone i tylko w części chętne do walki. Putin nie dlatego posyła do walki po tysiąc, pięć tysięcy żołnierzy, że nie ma więcej. Mógłby rzucić do walki wszystkie siły i w tydzień dojechać do polskiej granicy albo i dalej.

Robi tak, jak robi, dlatego, że nie chodzi mu o podbój terytorium. "Korytarz" do Krymu to pikuś. Przede wszystkim jego celem jest Ukrainę umęczyć, wykrwawić i doprowadzić do jej rozkruszenia. Uda się Ukraińcom napiąć i odrzucić jedną ofensywę "separatystów"? Będzie następna. W nieskończoność. Aż wola oporu pęknie.

Jeśli wycieńczone biedą społeczeństwo zacznie dawać posłuch różnym siłom dążącym do rewolty (a różne "Swobody" i "Prawe sektory" śmierdzą agenturą na milę), jeśli uda się wzniecić w zachodnich guberniach chaos i doprowadzić do federalizacji Ukrainy, to choć na mapie wszystko będzie wyglądać po staremu, w istocie strefa wpływu Rosji wróci do granic sprzed Majdanu, a Zachód odetchnie z ulgą, że może już wrócić do robienia z Moskwą interesów.

Istnieje w języku światowej dyplomacji takie uprzejme pojęcie "failed state". I takim właśnie "failed state", państwem istniejącym tylko w teorii, rządzonym przez oligarchiczne klany, mafie i sitwy, zhołdowanym przez służby sąsiedniego mocarstwa, jak przez wieki cała Ruś zhołdowana była przez Tatarów, może się stać także Ukraina, i to w ciągu kilku zaledwie lat.

Tragedia polega na tym, że my się przerzucamy jak śmierdzącym jajem oskarżeniami, kto rzekomo chciał wysyłać polskie wojska na Ukrainę, a o kto nie, a przecież nic z tego nie wynika. Jeśli polscy żołnierze tam pojadą - a obawiam się, że tak - to decyzja o tym nie zapadnie w Warszawie, tylko tam, skąd sypną nam na taką misję kasą. Bo Europa pieniędzy ma dość, potrzebuje tylko chętnych do zaprowadzania na świecie sprawiedliwości frajerów.

Swoją drogą - proszę mi wybaczyć tę osobistą nutę na koniec - od lat każdy cymbał, który chce mnie ukąsić, wyciera sobie gębę moją twórczością spod znaków science fiction. No to proszę bardzo, z łaski swojej, sięgnąć po te pisane 20 lat temu kawałki, choćby tylko po "Śpiącą królewnę" i "Pięknie jest w dolinie", o innych już nie wspomnę. Jakoś dziwnie podobnie się to wszystko układa, nie? Może jednak szkoda, że nasi politycy nie czytali, gdy był na to czas, science fiction, zamiast kryminałów.

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy