​Cywilizacja onanistów

Ilekroć lewica wyprawia się na poszukiwanie swojej tożsamości, tylekroć okazuje się, że ta tożsamość sprowadza się tylko do jednego: na złość Kościołowi. Kościół uważa aborcję za zło, więc lewica uważa ją za dobrą. Kościół uważa, że pornografia upokarza kobiety, niszczy więzi międzyludzkie i szkodzi na mózg - to lewica jest za pornografią. Czemu w mijającym tygodniu dała wyraz upowszechniając "tożsamościowy" mem, na którym emblemat SLD połączony został z obrazkiem cycków ugniatanych męskimi dłońmi i hasłem "wszystko w waszych rękach - nie dla zakazu pornografii".

Wszystko jest w tym ciekawe. Może najmniej to, że nikt o zakazie pornografii nie mówi, a najmniej oskarżany o to przez lewicowców PiS, który zresztą od tematyki obyczajowej ucieka jak najdalej (co zresztą może mieć dla Polski równie opłakane skutki, jak podobna tchórzliwość tamtejszych "konserwatystów" czy "chadeków" dla zachodniej Europy). Pretekstem do wystąpienia przez SLD w obronie pornoli było spotkanie dwóch sejmowych zespołów, na którym dyskutowano, czy nie dałoby się jakoś przeciwdziałać uzależnieniu od pornografii, coraz powszechniejszemu w młodym pokoleniu.

Reklama

Ciekawe jest to, że na Zachodzie, zwykle usilnie u nas małpowanym, lewica od dawna jest już coraz bardziej purytańska. Wajcha odbiła w drugą stronę, rewolucja seksualna, jak o tym w jednym z felietonów pisałem, pożarła swoje dzieci, i w sferze oficjalnej obserwujemy dziś na Zachodzie kwitnący neowiktorianizm - właśnie ugiął się przed nim konkurs "Miss Ameryka", rezygnując po stu latach (!) z występu kandydatek w kostiumach kąpielowych. Jakakolwiek seksualna aluzja to dziś w zachodnim dyskursie publicznym "molestowanie" i wyrok cywilnej śmierci, jakikolwiek seks to, zgodnie z doktryną feministyczną w jej skrajnym wydaniu, gwałt. Możni, wydawałoby się, ludzie z dnia na dzień strącani są z piedestałów tylko dlatego, że jakiejś pani o wątpliwej reputacji "przypomniało się", że przed dwudziestu, trzydziestu laty była przez tego pana namawiana na "te rzeczy".

Żebyśmy się dobrze zrozumieli - nazywam to neowiktorianizmem, bo historyczny, dziewiętnastowieczny wiktorianizm polegał przede wszystkim na obłudzie, na schizofrenicznym połączeniu pobożnego kłamstwa (mówiąc językiem dzisiejszym, politycznej poprawności) w sferze oficjalnej z totalnym rozwydrzeniem i zbydlęceniem w półmroku gorszych dzielnic i pod osłoną zasady "o czym się nie mówi". W dziewiętnastowiecznym Londynie seks oficjalnie nie istniał, a jakakolwiek wzmianka o nim budziła oburzenie, a jednocześnie liczba prostytutek i ich, że tak powiem, "obłożenie", biły wszelkie historyczne rekordy.  

Dziś polityczna poprawność nakazuje gwałtowny odwrót od "rewolucji seksualnej" w dyskursie oficjalnym, a jednocześnie zaspakajanie coraz bardziej zboczonych potrzeb seksualnych stało się potężnym przemysłem, wartym miliardy - z tą jedynie różnicą, że masowe korzystanie z burdeli zastąpił masowy onanizm pod dyktando wyspecjalizowanych portali internetowych, bezpieczniejszy pod kątem bakteriologicznym, ale zabójczy dla psychiki, szczególnie młodej.

Długo by o tym gadać, choć z jakiegoś powodu - nikt tego nie potrafi, ludzi przyzwoici się wstydzą, a nieprzyzwoici rechoczą głupawo i próbują sprowadzać wszystko do prymitywnych szyderstw z tradycyjnej moralności, które może miały jakiś urok w czasach Boya Żeleńskiego, ale dziś są równie głupie i obrzydliwe, jak popisujący się nimi były zetchaenowiec na etacie "europejskiego demokraty".

Rzecz w tym, że ludzie dorośli patrzą na pornografię z perspektywy pokolenia, które zetknęło się z nią mając już jakieś doświadczenia seksualne "w realu" i z grubsza ukształtowane osobowości. Tymczasem rozkwit przemysłu porno, opanowanie przezeń internetu sprawiło, że pornografia stała się dla młodszych pokoleń doświadczeniem pierwszym. Doświadczeniem, dodajmy, narkotycznym, bo na tym się właśnie przemysł porno zasadza, na uzależnieniu konsumentów od dostarczanego mu łatwego, niewymagającego samozaspokojenia.

Nie ma psychologa czy seksuologa, który by się nie zgodził, że to fatalne - osobiście polecam opis, co pornole zrobiły z Amerykanów przed trzydziestką w wydanej także u nas książce Philipa Zimbardo i Nikity Coulombe "Gdzie ci mężczyźni". Podam jeden fakt, dla mnie osobiście najbardziej wstrząsający - otóż na pierwszym miejscu oglądalności na największych porno-portalach (a idzie to w miliony) pierwsze miejsce, przed pornografią brutalną i łączącą seks z różnymi formami wydalania, zajmuje kategoria "seks z matką", względnie "macochą". Miliony młodych facetów w krajach tzw. cywilizacji zachodniej dzień w dzień pracowicie trzepią kapucyna, fantazjując, że są rozdziewiczani przez dojrzałą kobietę, najlepiej własną matkę. Nie wyobrażam sobie, żeby na dłuższą metę mógł cywilizacji zdominowanej przez takich wirtualnych kazirodców nie trafić szlag.

Ale też, nie ma siły, żeby prawodawstwo jakkolwiek na to zareagowało. Na pornografii zarabia się takie miliardy, że jeśli gdzieś zbierze się kilku ekspertów, by nieśmiało o tym powiedzieć, natychmiast rusza do boju chór kretynów powtarzających, że zagrożona jest wolność, a po drugie, przecież nic nie można. I pieprzą dyżurne, te same od lat głupoty, że "nie da się określić, czym jest pornografia" (jakoś jej konsumenci nie mają z tym żadnego problemu, i nie zdarza im się przez omyłkę obejrzeć "Nocy i dni"), albo że troszkę urozmaicenia w życiu erotycznym zawsze się przyda. Tak, jakby na alarmy w sprawie narastania alkoholizmu odpowiadać, że przecież kieliszek wina do obiadu czy koniaczek po nim jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziły.

No i to "w internecie nie da się". Banować konserwatyzm, wycinać z sieci prawicę, cenzurować każdą wzmiankę niechętną imigrantom można, tylko ograniczyć dostępu do portali z pornografią, upierają się mędrkowie, nie można w żaden sposób i niech nikt się nie waży próbować!

Tam, gdzie zawodzi dyskurs publiczny, tam działa instynkt - i takim właśnie instynktownym odruchem, jak sądzę, jest wzbierająca fala nowej pruderii. Podskórnie świat zachodni poczuł, że coś jest nie tak, że przegięto, że trzeba zawracać.

Ale instynkt rozumu nie zastąpi. Instynkt wiedzie tylko do obłudy, z takimi jej wykwitami, jak bredzenie w tokszołach o "metoo" i krzywdzie kobiet przez starzejące się gwiazdki, które przez łóżka różnych Weinstainów porobiły kariery - a po nich fetowanie w tym samym tokszole "aktorki" z pornosów. Można z jednej strony bzdurzyć o "prawach kobiet", sprowadzając kobietę do waginy i miesiączki, a z drugiej bronić interesów pornoprzemysłu - często nawet nie wiedząc, czy udając, że się nie wie, co naprawdę pakuje ona do głów naszym dzieciom, i jak daleko odeszła już od poczciwego, "waniliowego" seksu - i jeszcze do tego uchodzić za lewicowca.

Śmiano się przed laty z księży katechetów straszących gówniarzy, że od onanizmu wysycha im rdzeń kręgowy i obumiera mózg. A moim zdaniem skutki rewolucji seksualnej i internetowej pornoeksplozji dowiodły, że generalnie, co do skutków, mieli w tym straszeniu rację. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje