Czy Kaczyński wie, co mówi?

Na zadane w tytule pytanie nie umiem odpowiedzieć ze stuprocentową pewnością. Ale zwykłem zakładać, iż ludzie, także politycy, działają racjonalnie (co niekoniecznie znaczy, że mądrze). Sądzę więc, że wie.

Myślę oczywiście o kwestii aborcji. PiS nie przeciwdziałał, kiedy propagandowa orkiestra obozu pomagdalenkowego przypisywała mu zamiar drastycznego zaostrzenia zakazu aborcji, nawet więcej, kilkoma ostrymi wypowiedziami swych prominentnych działaczy oskarżenia te spotęgował i podgrzał atmosferę. Większość komentatorów uznała to za kolejny przejaw typowej dla tej partii pijarowskiej nieporadności.

Reklama

Tę opinię wydawał się potwierdzać fakt, że zaraz po fali protestów PiS jakby się ich przestraszył, przegłosował w sejmowej komisji odrzucenie restrykcyjnego projektu ustawy, za którego skierowaniem tam sam wcześniej w większości głosował (zabawne zresztą, ale i zrozumiałe, że wywołało to nieskrywaną wściekłość PO i Nowoczesnej, które starały się kruczkami prawnymi przedłużyć procedowanie projektu do stycznia).

Z głoszonym poglądem, że PiS wywołał wokółaborcyjne emocje celowo i celowo wkręcił w nie opozycję, pozostałem więc odosobniony i mało przekonujący. Aż tu nagle, pierdutt, Jarosław Kaczyński udziela wywiadu i umieszcza w nim słowa, które po prostu musiały feministki i cały antypis doprowadzić do szału i na nowo rozkręcić cały młyn nienawiści i histerii.

Pomińmy szczegóły, sam mam powyżej uszu pisania o tym wszystkim, więc domyślam się, że i czytelnicy nie bardzo chcą czytać, jakie poryki wydały z siebie na kolejnym proteście feminazistki, i jakie obelgi jeszcze zdołały wymyślić. Pomińmy też, że - jak to już jest regułą w kolejnych orkiestrowanych przeciwko niemu hejtach - Kaczyński nie całkiem powiedział to, co jest mu przypisywane, i że antyrządowy agit-prop jak zwykle jego słowami manipuluje, pomijając fakt, że zaraz w następnym zdaniu Kaczyński zastrzegł, że do donoszenia ciąży nawet w wypadku poważnego zagrożenia uszkodzeniem płodu nikogo nie wolno zmuszać, a jedynie zachęcać perswazją i stwarzaniem odpowiednich warunków materialnych.

Prezes PiS, który jest w polityce od lat 25 i przez cały ten czas robi dla mediów za czarnego luda, chyba ma przecież tyle rozumu (?), żeby po wszystkich tych doświadczeniach wiedzieć, że takie słowa, jakie wypowiedział, na pewno zostaną wyrwane z kontekstu i użyte do nakręcenia kolejnej medialnej histerii, tak jak to było z "ukrytą opcją niemiecką", "najgorszym sortem Polaków" i wieloma innymi pseudocytatami.

Oczywiście, nie jest wykluczone, że Kaczyński ze swym żoliborskim, inteligenckim stylem publicznego dywagowania tam, gdzie trzeba podawać komunikaty absolutnie jednoznaczne, jest po prostu niereformowalny i odporny na najbardziej przykre doświadczenia. Jeśli tak, to w tym punkcie możemy nasze rozważania zakończyć.

Jeśli jednak mam rację, zakładając, że po usunięciu formalnych podstaw do dyskusji o aborcji Kaczyński wywołuje fantomowe, powidokowe istnienie tych samych emocji świadomie, dla osiągnięcia jakichś celów politycznych - to warto się zastanowić, jakie to cele.

Tu odpowiedź jest prosta. Aborcja od ćwierć wieku robi za dyżurny "temat zastępczy", wraca ilekroć któraś ze stron politycznego sporu chce coś ukryć. A PiS ma od czego odwracać uwagę. Problemy z personaliami w spółkach Skarbu Państwa, niezrozumiała dla jego wyborców postawa PiS wobec CETA i głosowanie za przyjęciem tej umowy ramię w ramię z PO, a przede wszystkim - ogólna zadyszka. Rok przecież mija od wyborów, dawno już upłynęło sto dni urzędowania premier Szydło, która zapowiadała w czasu tych stu dni prawdziwe cuda na kiju, i poza 500 plus w zasadzie nic z tego wszystkiego nie ma.

Ustawa o obrocie ziemią okazała się bublem, który w najmniejszym stopniu nie przeszkadza w procederze, który miała ukrócić (wystarczy założyć spółkę akcyjną, wnieść do niej ziemię aportem i sprzedawać udziały, a nie ziemię jako taką - dla wielkiej formy to tyle co nic) za to utrudnia niemożebnie życie prostym obywatelom. Bublem, stale cofanym w procesie legislacyjnym, okazuje się też w kolejnych wcieleniach podatek od sklepów wielkopowierzchniowych. To samo z podatkiem bankowym. A to były przecież projekty sztandarowe - co mówić o tych mniej intensywnie popychanych wolą prezesa i kolanami jego pretorian.

Z drugiej strony, to, co się udało zrealizować, czyli rozdawnictwo socjalne, wobec niezrealizowania projektów mających zwiększyć dochody budżetu, zaczęło zagrażać zdestabilizowaniem całej finansowej konstrukcji państwa. PiS zaczyna więc szukać rady w zamienieniu słusznej skądinąd i oczekiwanej reformy ujednolicającej podatki w tychże podatków totalną podwyżkę. W informacyjnym chaosie pojawiają się pomysły wprowadzenia pięciu (!) stawek podatkowych i, generalnie, "sprawiedliwego" podniesienia obciążeń najbogatszym, przy czym granicą "najbogatszości" okazuje się sześć tysięcy peelenów miesięcznie.

Czyż nie jest dla PiS korzystne, żeby zamiast na tym wszystkim uwaga społeczeństwa skupiła się na fanatyczkach z wieszakami, parasolkami i obsesją na punkcie swych genitaliów? Spór o aborcję jest z zasady nierozstrzygalny. Zwłaszcza gdy nie dotyczy jakiegoś konkretnego projektu, bo takowego już nie ma, ale toczy się w przestrzeni wirtualnej, a emocje odlatują coraz bardziej od realnego życia.

Jeśli się nie mylę, to Jarosław Kaczyński prowokując swych wrogów do skupienia się właśnie na wątku ideologicznym ma w ręku silne atuty. Może z jednej strony bagatelizować histerię lewicy, a z drugiej - pozyskiwać normalne kobiety rozdawaniem kolejnych zasiłków dla rodzin i dla niepełnosprawnych. A w oczach swoich zwolenników robić za męczennika, któremu zupełnie bezpodstawnie przypisuje się Bóg wie co. Może też być spokojny, że antypis, byle dać mu jakikolwiek pretekst, będzie podkręcał emocje i bluzgi coraz bardziej, aż staną się one dla przeciętnego człowieka zupełnie groteskowe i odpychające, tak, że łatwo będzie zamknąć lewicowo-liberalną opozycję w jej żelaznym elektoracie, tym od szczania na smoleńskie znicze i nieustannego straszenia "państwem wyznaniowym".

O ile sama strategia ma sens, to taki akurat sposób podgrzania sporu - te słowa o urodzeniu niezdolnego do życia dziecka tylko po to, by można je było ochrzcić - jest dla PiS bardzo niebezpieczny. Jarosław Kaczyński chyba zapomniał, dlaczego stracił władzę w 2007 roku. A raczej nie tyle zapomniał, co nigdy tego nie zrozumiał.

Więc przypomnę (wyjaśnię). Stracił władzę, bo aresztowaniem chirurga-łapówkarza potwierdził zasadność propagandy, która początkowo mu nie szkodziła. PiS, przypomnę, głosił wtedy przede wszystkim hasło walki z korupcją. Antypis zaś starał się przekonać, że PiS jest groźny dla prostego obywatela, że chce podsłuchiwać każdego, że każdy może zostać aresztowany. Po ludziach to spływało bez śladu, bo walka z korupcją kojarzyła im się z łapaniem Kulczyków i Gudzowatych, a to im się podobało.

Ale nagle akcją z doktorem G. PiS potwierdził, że nie tylko oligarchowie powinni się czuć zagrożeni, że chce ścigać też za rzeczy tak powszechne, jak lekarskie "kopertówki", i bezskuteczna dotąd propaganda zaczęła od tego momentu działać.

Od roku - właściwie dużo dłużej, bo tak było już w ubiegłorocznych kampaniach wyborczych - antypis usiłuje Polaków straszyć, że PiS to religijni fanatycy, talibowie, którzy zrobią tu średniowiecze i państwo wyznaniowe. Cały ten jazgot na razie idzie w pustkę, bo Polacy jakoś nijak nie mogą ani w prezydencie Dudzie, ani w premier Szydło przypisywanego im fanatyzmu się dopatrzyć.

Ale gdyby udało się znowu PiS te główną propagandową tezę wrogów uwiarygodnić - nastroje społeczne, dotąd odporne na wszelkie starania lewicowo-liberalnych jaczejek, mogłyby się przesilić. I to jest realne niebezpieczeństwo, z którego nie wiem, czy prezes Kaczyński zdaje sobie sprawę.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy