Eurobrednie poobiednie

Zbyt wiele niezależnych od siebie źródeł powtórzyło tę bzdurę, żebym nie zareagował. Ale po kolei: zaczęło się od mojego "ćwierku" na popularnym komunikatorze, gdzie zwięźle i dosadnie zwróciłem uwagę, że jeśli argumentem za okazywaniem posłuszeństwa Komisji Europejskiej mają być unijne fundusze, to te fundusze i tak się już kończą. Od kilku lat wiadomo, że w następnej perspektywie budżetowej znaczących transferów dla nowych krajów członkowskich już nie będzie, że w ogóle struktura wspólnotowych wydatków się zmieni i pieniądze pójdą przede wszystkim na przedsięwzięcia, na których nam mniej zależy. Jeśli więc jedynym powodem naszego członkostwa w Unii mają być dotacje z niej płynące - a tak to przecież przedstawiała propaganda PO w czasach jej rządów ("mając trzysta miliardów z Unii..."- chyba pamiętamy jeszcze te "durne raczej", jak potem nazwał pan Janusz Lewandowski, reklamówki wyborcze) to, napisałem, wzięliśmy już, co było do wzięcia i jeśli nas tam nie chcą, spokojnie możemy, napisałem, wypierdzielać.

Te słowa wywołały burzę, zgodnie zresztą z moim zamierzeniem. Spośród wzmożonych nimi moją szczególną uwagę przyciągnął pan Jakub Bierzyński. Swego czasu był on tzw. spin-doktorem i doradzał w kwestiach wizerunkowych Ryszardowi Petru - czytelnik sam oceni, jak to świadczy o jego profesjonalnych umiejętnościach. W ubiegłym roku, podczas akcji palenia pod sądami świeczek, pan Bierzyński "wyszedł z nerw" i zapowiedział, że wobec totalnej nieudolności opozycji założy wraz z innymi liberalnymi spin-doktorami "społeczny" think-tank czy agencję, która zajmować się będzie zwalczaniem PiS. Ale chyba nic z tych planów nie wyszło - tyle, że sam Bierzyński z pijarowca stał się publicystą, regularnie strofującym opozycję za brak skuteczności na łamach "Polityki", "Polski The Times" i innych pism. Nie należę do targetu jego publicystyki, ale pozwolę sobie wyrazić opinię, że jego rady nie wydają mi się szczególnie mądre. Nikt ich zresztą, jak się zdaje, nie oczekuje i nie słucha.

Reklama

Jedna z owych rad, zgłoszona na łamach "Newsweeka", brzmiała tak, że opozycja powinna moje powyżej przytoczone słowa "wziąć na sztandary" jako dowód, że PiS chce Polskę wyprowadzać z Europy. Dlaczego moje słowa mają być dowodem, że PiS cokolwiek, wie tylko spin-doktor "Ryśka z Planu" - nigdy nie byłem członkiem partii Jarosława Kaczyńskiego ani nawet jej aktywnym zwolennikiem, tyle, że wskazywałem oczywisty fakt, iż stanowi ona mniejsze zło od upasionych na rozszabrowaniu masy upadłościowej po PRL politycznych emanacji założycielskiego dilu z Magdalenki. Ale co do tego, że moje słowa powinno się "powtarzać rano, w południe i wieczorem", choćby w tonie potępienia i na sztandarach "totalnej opozycji", to jestem za.

Ciekaw jestem, czy to nie pan Bierzyński wymyślił "odpowiedź", która mniej więcej w tym samym czasie rozpleniła się w necie. W każdym razie był to ewidentnie jakiś "przekaz dnia", niemal słowo w słowo powtarzany z różnych kont na społecznościówkach, wpisywany na forach internetowych, na portalach pod tekstami, wszędzie tam, gdzie cytowano moje słowa. Przekaz brzmiał mniej więcej tak: "Ziemkiewicz to typowy polski cham! Wkręcił się na bankiet, nie dał prezentu, nażarł i napił, jeszcze ukradł srebrne łyżeczki i ucieka, śmiejąc się z frajerów".

Za "chama" się nie obrażam, zwłaszcza polskiego. Skoro "elity" III RP wytyczyły w Polsce taką linię publicznego sporu, że oni są inteligentami, a ci, którym się nie podobają, chamami, zdecydowanie wolę należeć do tej drugiej grupy. Ale stereotyp, do którego się ten antyziemkiewiczowski przekaz odwołuje, jest niestety dość chwytliwy i dość często bezmyślnie powtarzany, szczególnie przez ludzi, którzy pragną we własnych oczach zaliczać się do "inteligentów".

Otóż Unię Europejską można prędzej porównać z filigranową tancerką, podogoniem u kulbaki i w ogóle z czymkolwiek, niż z bankietem. Przedstawianie członkostwa w międzynarodowej organizacji jako darmowego poczęstunku to nic innego, jak - by użyć słów byłego szefa MSZ - "murzyńskość". Wtłaczano nas w tę "murzyńskość" tak długo, tak długo tresowano w niej i wmawiano, że jesteśmy "brzydką panną bez posagu", aż wielu Polaków w to uwierzyło. Dostaliśmy w prezencie tyle kasy, no to musimy być wdzięczni, nie wypada inaczej... 

Bzdura! To nie była żadna zakichana łaska - to był interes. Taka promocja. Dajemy wam, środkowoeuropejska biedoto, połowę pieniędzy na budowę, dajmy na to, autostrad. Bo was nagle pokochaliśmy? Kto głupi, niech wierzy. Bo mając obiecaną tę połowę, weźmiecie drugie tyle kredytu. W naszych bankach. A potem zatrudnicie do budowy firmy - też nasze, będziecie kupować od nas maszyny i surowce... Gdy herr Schulz zagalopował się ostatnio, grożąc Polsce odebraniem unijnych dotacji, jeśli nadal odmawiać będziemy przyjmowania "uchodźców", przywołał go do porządku były niemiecki Komisarz Europejski, Günter Oettinger: żadnych takich, przecież w ten sposób Niemcy ukarałyby się same - z każdego euro, jakie daje Polsce Unia, wraca dziś do nich aż 80 centów!

Proszę nie dopatrywać się w tym pretensji. Interes ma to do siebie, że jeśli jest dobrze pomyślany, zarabiają na nim wszyscy. Czy na tym akurat, na wejściu do Unii, zarobiliśmy - moim skromnym zdaniem, nikt tego nie jest w stanie uczciwie, z ręką na sercu, rozstrzygnąć. Po prostu nie sposób policzyć. Za ten kredyt zapłaciliśmy przecież otwarciem się na zachodnie towary i usługi, a więc ruiną rodzimego przemysłu i wytwórczości. Ale dostaliśmy w zamian możliwość konkurowania na zachodnim rynku, a więc potężny impuls rozwojowy, który sprawił, że dziś opieramy swój wzrost gospodarczy na eksporcie. Ale oddaliśmy krajom, "starej Unii" trzy miliony obywateli, tych najbardziej energicznych, młodych, często świetnie i za nasze pieniądze wykształconych, którzy swą pracą wzbogacają bogaty Zachód, wypracowując miliardy dla PKB państw "starej Unii". Ale gdyby zostali oni u nas, na pewno by polskiej zacofanej gospodarki w porównywalnym stopniu nie wzbogacili, tylko marnowali się na bezrobociu - a stamtąd część wróci z kapitałem i nabytą wiedzą o tym, co z nim należy robić... I tak dalej, i tak dalej, można wyliczać, co z jednej strony, co z drugiej, jak Tewje Mleczarz ze sławnego musicalu.

Tylko, że to, jak ostatecznie ocenimy kiedyś zyski i straty, nie zmienia faktu, że ten układ się skończył. Skończył się nie z niczyjej winy, tylko dlatego, że był zaplanowany na konkretny czas i na konkretne cele, które zostały zrealizowane. I teraz zaczyna się dziać coś bardzo dziwnego. Oto nasz zachodni kontrahent nagle zaczyna jednostronnie zmieniać zasady gry, jakby badał, ile można z nami zrobić, zanim się zorientujemy i zbuntujemy.

Trochę tak, jakbyśmy - wrócę do tego porównania - wzięli kredyt w banku i, mozolnie go przez lata spłacając zbudowali sobie dom. I oto bank, który wciąż ściąga należne mu raty, zaczyna nam dyktować, kto ma w tym domu mieszkać, jak mamy wychowywać swoje dzieci, jak się we własnych pokojach zachowywać. Przecież, powiada, gdyby nie my, to byście tego domu nie mieli, prawda? No, więc musicie go urządzać tak, jak każemy.

Pan Bierzyński pewnie by się z takim argumentem zgodził. No tak, tyle pieniędzy od nich dostaliśmy, taką piękną chałupę wywaliliśmy, to trzeba słuchać. Nie dajcie się Państwo na to nabrać! Podpisaliśmy umowę, jasno i konkretnie określającą wzajemne zobowiązania, wywiązujemy się z niej - nie ma o czym gadać. Możemy oczywiście zawsze porozmawiać o nowym wspólnym interesie, ale musi on nam się opłacać.

Swoją drogą, idiotyzmy o europejskim "bankiecie", na który nas zaproszono i za który powinniśmy być wdzięczni, opowiadają nam z zapałem te same środowiska, które jednocześnie z zachwytem wsłuchują się w nauczanie Leszka Balcerowicza, powtarzającego z uporem liberalne porzekadło, że "nie ma darmowych obiadów". Nie ma, ale ten od Unii jednak darmowy był? Słabe to. Powiem nawet - podwójnie słabe, bo były czasy, kiedy to Polska naiwnie dała Europie wszystko co miała: wzięła na siebie atak Hitlera, choć pierwotnie wcale się on na nas nie wybierał, i podporządkowała swe narodowe interesy sprawie alianckiej, nie ogłaszając oficjalnie stanu wojny z drugim agresorem, sowieckim. O krwi wylanej przez Polaków na frontach II wojny nie wspomnę. W zamian dostaliśmy od Zachodu bardzo cenną, poglądową lekcję - że w polityce nie ma wdzięczności. Każdy dil załatwiać trzeba z ręki do ręki, każdy układ trwa tak długo, póki jego trwanie się opłaca. Cały świat to wie. Tylko w Polsce wciąż hołduje się naiwnym wyobrażeniom o tym, że państwa powinny dawać sobie nawzajem prezenty i rewanżować się za nie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy