Fabryka antysemitów

W cieniu smoleńskich emocji, przez wielu w ogóle nie zauważony, odbywa się lincz na profesorze Krzysztofie Jasiewiczu. Towarzystwo Dziennikarskie, czyli konkurencyjna względem SDP organizacja pracowników mediów rządowych i lewicowych, pokroju redaktorów Blumsztajna, Wołka czy Mazowieckiego juniora, wychynęło nawet z niebytu, w którym tkwiło ponad rok po szumnie otrąbionym założeniu, by wystąpić z donosem na profesora do prokuratury.

Grono dyżurnych podpisywaczy Salonu wysmarowało sążnisty list, w którym obrzuca profesora obelgami i przestrzega przed podejmowaniem z nim jakichkolwiek dyskusji. W sprawie profesora Jasiewicza zabrało też głos Centrum Wiesenthala, w osobnym liście domagając się dla niego "śmierci intelektualnej".

Reklama

Nic dziwnego, że przerażony taką nagonką redaktor naczelny miesięcznika "Focus Historia", który zamieścił wywiad z Jasiewiczem, rzucił się naganiaczy przepraszać, podobnie jak przełożeni profesora z Polskiej Akademii Nauk.

Proszę nie słuchać wezwań: "To tak oburzające, że niech nikt się nie waży czytać", proszę nie zadowalać się kilkoma wyrwanymi z kontekstu sformułowaniami, którymi uzasadniana jest nagonka. Proszę sięgnąć po ten wywiad (w specjalnym wydaniu z okazji 70-lecia powstania w getcie warszawskim) i zobaczyć na własne oczy, jak działa lewicowe totalniactwo.

Tytuł wywiadu "Żydzi byli sami sobie winni?" jest faktycznie wyjątkowo niefortunny, nawet z tym znakiem zapytania, szczególnie w publikacji poświęconej takiej rocznicy. Ale ten tytuł nie pochodzi od profesora Jasiewicza - takich słów nigdzie on nie wypowiada. Pismo, utrzymane w stylistyce "historycznego tabloidu", tym tytułem po tabloidowemu jego wypowiedź "podkręciło" i to jest faktycznie coś, za co naczelny powinien przeprosić - tyle że przede wszystkim samego profesora.

Natomiast absolutnie nie powinien przepraszać za sam fakt, że różne inne pomieszczone w numerze specjalnym teksty skonfrontował ze stanowiskiem badacza z bardzo znaczącym, nawiasem mówiąc, dorobkiem książkowym, który stoi na stanowisku, że historyk powinien szanować przede wszystkim fakty i nie naginać ich do wrażliwości jakiegoś, choćby najbardziej skrzywdzonego narodu, jego polityki, a już zwłaszcza do potrzeb ideologicznego uzasadniania jakiejś ideologii.

Co tak potwornego, tak żydożerczego mówi Krzysztof Jasiewicz, że żąda się dla niego śmierci, ostracyzmu i cenzury? Otóż nic, czego nie można by udokumentować i na co zresztą - co chyba właśnie wywołało największą wściekłość - przytacza nieodparte argumenty. O tym, że skala zbrodni holocaustu nie byłaby możliwa, gdyby nie kolaboracja w niej licznych Żydów i gdyby nie obojętność Zachodu, w tym zwłaszcza bogatych żydowskich środowisk z USA. Przecież nie jest to żadne odkrycie.

O roli judenratów, żydowskiej policji, pisała już choćby Hanna Arendt w "Eichmannie w Jerozolimie". Na polskim rynku ukazały się stosunkowo niedawno wspomnienia takiego żydowskiego policjanta z warszawskiego getta, Calka Perehodnika. O obojętności wobec shoah Żydów amerykańskich wiele mówił choćby Jan Karski. Zresztą trudno o bardziej wymowną jej ilustrację niż los Szmula Zygielbojma. Jasiewicz cytuje we wspomnianym wywiadzie wstrząsające oskarżenia zawarte w listach polskich ofiar holocaustu do współbraci zza oceanu. To są fakty, którym zaprzeczyć nie można.

Mówi, że antysemityzm nie był wynikiem demonizmu tkwiącego w katolicyzmie czy polskości, ale miał swoje konkretne, na swój sposób racjonalne przyczyny. Dostrzega takie także po stronie żydowskiej. Mówi też o tym, że wielu historyków żydowskich podchodzi do historii stronniczo, nierzetelnie, przemilczając na przykład wyżej przywołane sprawy, rzucając niesprawiedliwe, niekiedy zupełnie fałszywe oskarżenia pod adresem innych narodów, w tym zwłaszcza Polaków; w tym kontekście wspomina między innymi o paszkwilach Grossa. Znowu, trudno się z tym nie zgodzić.

Przypominam sobie publiczną wypowiedź popularnego i u nas Timothy’ego Gartona Asha, który opisywał gdzieś, jak to przez przypadek, zapewne z racji swej fizjonomii, wpuszczony został kiedyś na coś, co okazało się swoistym szkoleniem prowadzonym przez historyka z Izraela dla historyków żydowskiego pochodzenia z innych krajów, jaka jest linia żydowskiej "polityki historycznej" i jak powinni oni pisać o różnych sprawach, żeby było jak należy. Co to zresztą za sensacja? Przecież politykę historyczną prowadzą wszystkie państwa, nawet nasze; tylko nasze, mocą kolonialnych uwarunkowań rządzącej nim kompradorskiej elity, w kierunku od innych odwrotną - poniżania własnego narodu i odbierania mu poczucia godności.

Zapewne takie argumenty i poczucie krzywdy, wynikającej z bezustannego opluwania przez część agresywnych środowisk żydowskich czy zwłaszcza, powiedziałbym,  postżydowskich, lewicowych, może być pożywką dla antysemickich generalizacji czy obsesji. Ale profesorowi Krzysztofowi Jasiewiczowi trudno takowe zarzucić. Nie tylko w samym wywiadzie, który stał się pretekstem do zmasowanego ataku na niego, także w publikacjach. Znam tylko niektóre z nich, ale mam wrażenie, że prawdziwa zbrodnia, za którą jest atakowany, polega na tym, iż opisuje Żydów tak, że okazują się narodem jak każdy inny.

Tak, narodem, w którym w chwili próby znaleźli się i bohaterowie, i łajdacy, i ludzie zupełnie zagubieni, bierni, i tacy, którzy pragnęli przetrwać za wszelką cenę. A historia to jednak co innego niż narracja - hagada, mówiąc językiem żydowskiej tradycji. Ma opisać przeszłe zdarzenia takimi, jakimi one były, a nie budować mity pod współczesne potrzeby.

Być może w jakichś sprawach profesor Jasiewicz się myli. Od tego są różne żydowskie instytuty historyczne i żydowscy historycy, żeby z nim polemizowali. Jeśli się od tych polemik uchylają, sięgając po tak haniebne metody dyskredytowania badacza i próby jego wyrugowania - wraz z faktami, które dokumentuje - z publicznego dyskursu i ze świadomości odbiorców, to przyznają mu rację.

Niestety, nie tylko jemu, ale niejako w ciemno potwierdzają wtedy wszystkie antysemickie uprzedzenia, mity czy obsesje, w których te cenzurowane fakty można wykorzystać. To jest po prostu produkowanie antysemityzmu; zawsze zresztą zastanawiam się, czy aby nie cyniczne i zupełnie świadome, bo przecież w środowiskach, które to robią, wiele osób z walki z antysemityzmem dostatnio i wygodnie żyje, i strach im pomyśleć, co by się z nimi stało, gdyby nagle antysemitów zabrakło.

Osobnym problemem, o którym już aż się nie chce wspominać - tyle razy o nim tu pisałem - jest widoczna w nagonce na Jasiewicza obłuda lewicowych salonów. Przecież uczestniczą w niej ci sami ludzie i te same środowiska, które krańcowo odmiennej argumentacji używają, robiąc klakę wspomnianemu pseudohistorykowi Grossowi czy poronionym płodom "odkłamywania historii" w rodzaju filmu z udziałem młodego Stuhra.

Jeśli tylko dostrzegą jakąś prawdę czy "prawdę", wszystko im jedno, która może posłużyć zdekonstruowaniu polskości, poniżeniu naszych bohaterów, zażądania od Polaków, by się kajali, przepraszali i wstydzili - to wtedy ich śpiewka jest zupełnie inna. Wtedy nagle uważają, że prawda, nawet nieprzyjemna, musi być ujawniona, że trzeba się zmierzyć z historią, że ofiary zbrodni (na przykład wołyńskiej) też po części były jej winne. Słowem: wszystkie, głęboko słuszne skądinąd zasady, które nie mają zastosowania w jednej sprawie, w drugiej okazują się pryncypiami. To oczywiście dodatkowo potęguje antysemickie emocje.

Na zakończenie, w luźnym związku, mały test. Osoba, która w ciągu kilku tygodni najpierw podpisuje list domagający się ukarania profesor Pawłowicz za jej wypowiedzi o posłance Grodzkiej, potem, w imię wolności słowa, przeciwko wyciąganiu konsekwencji za bluzgi na Papieża wobec pani Wójciak, a zaraz potem list domagający się śmierci cywilnej dla profesora Jasiewicza, jest: a) skrajnym idiotą, b) skrajnym hipokrytą, c) harmonijnie łączy jedno z drugim?

Odpowiedzi proszę mi nie przysyłać, ale jeśli ktoś ma taką możliwość, proszę przekazać ją sygnatariuszom wspomnianych listów. 

Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje