Gazeta przeciwko chciwości

Główny materiał interwencyjny w przedwczorajszej "Gazecie Wyborczej" naprawdę zasługuje na uwagę. Chodzi o szpital w Pszczynie. Jeszcze niedawno słynął z wysokiego poziomu leczenia, zgłaszał więcej dawców do przeszczepu narządów niż wielkie śląskie kliniki - słowem, "wzór-konspekt", jak to mówiono "we wojsku".

Ale kilka lat temu szpital został sprywatyzowany. I dziś oszczędza się tam na wszystkim. Chorzy nie dostają należytych leków, bo właściciel narzucił drastyczne limity. Nie mają należytej opieki, bo dla oszczędności zredukowano dyżury - do jednej pielęgniarki na oddziale - i skrócono czas pobytu lekarzy w placówce. Oszczędza się nawet na żyłkach do wenflonów, używając powtórnie tych, którymi wcześniej podano inny lek. Pacjenci przychodzić muszą z własnymi środkami higieny, własnymi woreczkami do stomii etc. A pracujący tam lekarze i pielęgniarki prywatnie radzą swoim znajomym: leczcie się wszędzie, gdzie tylko można, byle nie u nas... A jeszcze właściciel tego przybytku grozy powiada w rozmowie z dziennikarzami, że prowadzony przez niego szpital jest "wzorcowy"!

Reklama

Te fakty najwyraźniej "Gazetę Wyborczą" oburzają. I to właśnie zasługuje na uwagę. Gdyby opisana sytuacja oburzała którekolwiek z mediów "pisowskich", których listę podał właśnie dyżurny meszugene rządzącej partii, to sprawa byłaby jasna i oczywista: pisowscy frustraci znowu narzekają, znowu są ponurzy, szukają dziur w całym i obrzydzają Polakom Polskę. Ale "Gazeta Wyborcza"?

"Gazeta Wyborcza" powinna triumfować, że wszystko poszło właśnie tak, jak chciała i jak nas namawiała. W świetle tego, co wielokrotnie pisała o Tuskowej reformie zdrowia poprzez obligatoryjną prywatyzację placówek samorządowych - to powinien być jej powód do dumy. Bo dotąd nie wspomnieliśmy o sprawie zasadniczej: szpital w Pszczynie, dopóki pozostawał własnością powiatu, brnął w długi potworne. Doszedł do 30 milionów - czyli drugie tyle, na ile opiewał cały jego roczny kontrakt z NFZ. A dzięki prywatyzacji z tych długów wyszedł! Drastyczne oszczędności wprowadzone przez prywatnego właściciela sprawiły, że szpital zaczął dawać dochód. I właścicielowi, i starostwu, które dzierżawi mu placówkę.

Przecież "do tego zmierzaliśmy, o to walczyliśmy", by użyć języka dziadków i ojców redaktorów z ulicy Czerskiej. Czy nikt już nie pamięta tej fali obietnic Platformy? Nikt nie pamięta, co o zbawiennym wpływie prywatyzacji na bilanse płatnicze opowiadały pani minister Kopacz i pani posłanka Mucha (bo ta druga była jeszcze wówczas główną partyjną specjalistką od uzdrawiania służby zdrowia, zanim Tusk nie rzucił jej na docinek sportu i organizacji koncertów)?

Tylko takie "sk...syny" (że raz jeszcze zacytuję opinię wygłoszoną o opozycyjnych dziennikarzach przez partyjnego meszugene) jak niżej podpisany upierały się wtedy, że prywatyzacja placówek to tylko przekierowanie publicznych pieniędzy do kieszeni prywatnych, siłą rzeczy głównie kieszeni znajomych miejscowej władzy; że niczego to nie uzdrowi i nie uruchomi żadnych mechanizmów rynkowych, dopóki praktycznie jedynym płatnikiem służby zdrowia jest urzędniczy moloch, NFZ, podejmujący decyzje całkowicie arbitralnie. Dopóki nie tknie się monopolu w ubezpieczeniach zdrowotnych, dopóty prywatne leczenie funkcjonować może tylko tak, jak funkcjonowały "sklepy komercyjne" w PRL, to znaczy - zarabiać na drobnych zabiegach i uciekać od poważnego leczenia, generującego poważne koszty.

W "GW" jakoś nigdy się z tym punktem widzenia nie zetknąłem. Usilnie włączała się ona w propagandę, tresującą lemingi w wierze, że prywatyzacja według modelu Tuska, Kopacz i Muchy wszystko uzdrowi.

No więc teraz, gdy służba zdrowia, przynajmniej w Pszczynie, została uzdrowiona, powinna ta gazeta z dumy pękać. A malkontenckie narzekania, że stało się to kosztem pacjentów, zbywać: oj tam, oj tam. Dla wolnego rynku nie ma przecież alternatywy, i nie da się zrobić omleta, to znaczy, reformy, nie tłukąc paru jajek!

W dawnych czasach kwitowało się takie niekonsekwencje pytaniem: kpią czy o drogę pytają? Otóż, ani nie pytają, ani nie kpią, tylko po prostu uprawiają propagandę, wedle starych, wielokrotnie przećwiczonych wzorców.

Radzę zapoznać się ze wspomnianymi artykułem, przeczytać go uważnie. Po co tak naprawdę powstał? By alarmować, że w służbie zdrowia jest źle? To wie każdy już od dawna. Oburzenie na upadek usług medycznych jest powszechne; narosło już tak, że gdyby prorządowa gazeta nadal chciała się, jak jeszcze parę miesięcy temu, upierać, że wszystko jest dobrze, odbiłaby się z takim przekazem od wspomnianego oburzenia i nie tylko nic już Tuskowi nie pomogła, ale i sama się w oczach jakiejś części co mniej zaczadzonych czytelników skompromitowała.

Więc "GW" dołącza do ogólnego oburzenia, by ukierunkować je w konkretną stronę: przeciwko złemu prywatnemu właścicielowi. Bo tacy jak on "to woda na młyn przeciwników prywatyzacji". Bo sama prywatyzacja nie jest zła, o nie, "jest wiele dobrych przykładów prywatyzacji i wielu właścicieli, którzy nie dążą do powiększania majątków za wszelką cenę". System, wiecie, się generalnie sprawdza. Tylko człowiek zawiódł. Ten konkretny, który przejął szpital w Pszczynie: okazał się osobnikiem chciwym, zamiast typowym biznesmenem, czyli takim - można by sądzić z tego tekstu - który jak coś kupuje, to nie po to, żeby na tym zarabiać, tylko po to, by to lepiej posłużyło interesowi społecznemu.

Słowem: socjalizm tak, wypaczenia nie! Widzicie, potrafimy dostrzec, że są bolączki. Ale to, że są, to nie powód, żeby dawać posłuch podszeptom wrogiej propagandy, jakoby socjalizm się nie sprawdzał. Partia rządzi dobrze, tylko czasem jednostki zawodzą.

Moje pokolenie zna to do urzygu. Taką właśnie propagandą karmiono je uporczywie za młodu. Im życie było trudniejsze, tym bardziej. Wyciągano jakiegoś tam kierownika PGR czy innej socjalistycznej placówki, który przytłoczony systemowymi kretynizmami i nierealizowalnymi zadaniami manewrował jak mógł, kombinując, jak wszyscy w socjalistycznej gospodarce, i znienacka spadała na niego Inspekcja Robotniczo Chłopska, wojskowa grupa operacyjna, Dziennik Telewizyjny z kamerami, i dalejże go medialnie czołgać za nadmierne albo niedostateczne zapasy w magazynie, za szachrowanie w księgowości, za nadużycia i nieprawidłowości, za niezaspokajanie słusznych oczekiwań ludności...

Oto, widzicie, przez takich jak ten tutaj niektórzy dają się omotać lepowi wiadomej propagandy. Ale przecież władza umie takich znaleźć i należycie rozliczyć, nie bójta się i nie słuchajcie złowrogiego szczucia tak zwanej "Solidarności" oraz dywersyjnych ośrodków zagranicznych!

Jeśli wyznaczony na kozła ofiarnego miał łeb na karku, to wyrażał skruchę i spokojnie czekał, aż cały cyrk się przewali, i karnie przeniosą go, jako "szkodnika", na równorzędne albo i wyższe (w nagrodę za dobre odegranie wyznaczonej roli) stanowisko. Na miejscu właściciela szpitala w Pszczynie też bym się specjalnie nie przejmował. Nie o niego tu chodzi, ani tym bardziej o pszczyńskich pacjentów, tylko o "Tusku musisz". I o przekonanie targetowego czytelnika, że to nie cała reforma zdrowia została przez Platformę generalnie spieprzona, tylko po prostu gdzieś tam w Pszczynie konkretny, zły człowiek nie stanął na poziomie.

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy