Grzech Pierworodny Komorowskiego

Zwolennicy Platformy Obywatelskiej czy, szerzej, porządku ustalonego przy Okrągłym Stole, mają w wyborach prezydenckich poważny problem. Ten problem nazywa się Bronisław Komorowski. I wszyscy wiemy, na czym on polega, ale trudno to publicznie wyrazić w taki sposób, by oddając istotę sprawy nie obrazić sprawowanego przez Komorowskiego urzędu…

Powiedzmy tak: problem w tym, że kandydat "Polski zadowolonej" nie jest człowiekiem zbyt mądrym ani utalentowanym, tylko takim, co to, jak to mówili nasi przodkowie, "prochu nie wymyśli". Co gorsza, w parze z niską inteligencją idzie brak charyzmy, daru wymowy, energii, przebojowości, woli walki i w ogóle, każdej z tych cech, które czynią politycznego przywódcę, i które są niezbędne, by porywać ludzi i prowadzić ich za sobą.

Reklama

Generalnie, Bronisław Komorowski nadaje się tylko do wznoszenia toastów i zabawiania gości przy imieninowym stole, a i to raczej tych powyżej pięćdziesiątki. Ktoś, kto spadł tutaj z księżyca i nic nie wie o historii politycznej III RP, szczególnie tej najnowszej, zapyta: to jakim cudem tak bezbarwny, ospały i niezdolny polityk został głową państwa? Owoż właśnie dzięki tym cechom.

Donald Tusk, jak pamiętamy, do pewnego momentu sam zamierzał ubiegać się o formalnie najwyższy w państwie urząd. Nie ma pełnej zgody co do tego, dlaczego zrezygnował, moim zdaniem dlatego, że im bardziej wyrastał, tym bardziej swe ambicje lokował w strukturach europejskich, a nie krajowych. Na eurosyneukrę zaś można przejść bezpośrednio z urzędu premiera danego kraju, natomiast z urzędu prezydenta, który jest kadencyjny - nie, w każdym razie takiego precedensu jak dotąd nie było. A nie było trudno obliczyć, że decydujące na kilka następnych lat rozdanie w Unii nastąpi przed końcem kadencji prezydenckiej w Polsce.

Z takiej właśnie przyczyny, czy może z innej - jak afera hazardowa, która pokazała mu, jak myszy zaczną harcować, kiedy kot przeniesie się do Belwederu, też pewnie nie była bez znaczenia - w każdym razie Tusk z ubiegania się o prezydenturę zrezygnował. Publicznie zdeprecjonował przy tym urząd, formalnie, powtórzę, najwyższy w państwie, sprowadzając go do pilnowania żyrandola w Belwederze. I stanął przed Tuskiem problem znalezienia kogoś, kto konstytucyjnych uprawnień związanych z tym żyrandolem nie wykorzysta przeciwko niemu.

A nasza konstytucja, pamiętajmy, to w kwestii zasadniczej anachroniczny układ rozejmowy pomiędzy Lechem Wałęsą a Unią Demokratyczną, kończący, czy raczej zawieszający ich "wojnę na górze" w obliczu wspólnego zagrożenia lustracją;  konflikt "dużego" i "małego" Pałacu jest w nią wpisany nieuchronnie, nawet gdy jak Miller i Kwaśniewski obaj są z tej samej partii i reprezentują interesy tego samego środowiska.

Donald Tusk wybrał i namaścił na prezydenta z ramienia PO właśnie Bronisława Komorowskiego nie dlatego, że uznał, że będzie prezydentem dobrym - ale właśnie dlatego, że uznał, że będzie prezydentem beznadziejnym, czyli dla niego, Tuska, i dla jego zamierzeń, niegroźnym. Polityczny instynkt go nie zawiódł. Komorowski otoczył się ludźmi, którzy go intelektualnie nie przerastali, pięć lat drzemał, relaksował się w prezydenckich ośrodkach wczasowych, jeździł opowiadać możnym tego świata o bigosie i pilnowaniu żony, podpisywał co mu do podpisania dano i poza jednym wypadkiem na samym początku - mianowaniu przyjaciela, Grzegorza Schetyny, marszałkiem Sejmu, co Tuskowi podobać się nie mogło i dał temu wyraz - nie wtrącał się w politykę - ani wewnątrzpartyjną, ani na poziomie państwa.

Komorowski nie był jedyną taką polityczną wydmuszką. System nie tyle dwupartyjny, co dwuosobowy - polityczne kuriozum, które zafundowała sobie Polska ustawą o finansowaniu partii politycznych i ordynacją wyborczą - nieuchronnie przyniósł jałowienie sceny politycznej. Każdy ze skłóconych prezesów usuwał ze swej partii ludzi mających cokolwiek w głowie, a więc zdolnych mu zagrozić. Ale w partii rządzącej, gdzie gra idzie o wielkie wpływy i wielką kasę, siłą rzeczy proces ten był szybszy i głębszy niż  w opozycyjnej. Innym jego skutkiem jest Ewa Kopacz - też krańcowo niekompetentna i pozbawiona talentów, wyniesiona na szczyt dzięki wiernopoddańczemu oddaniu Tuskowi.

Teraz Tusk zrealizował swoje marzenie i, jak piszą o nim zachodnie media, "najbardziej stara się o to, aby nie posądzono go o faworyzowanie kraju, z którego pochodzi". A system polityczny, który pozostawiał, objawia coraz bardziej swą naturę. Coraz lepiej widać, że ta sklecona przez Tuska z badziewia konstrukcja nie miała w zamyśle służyć do długotrwałego, stabilnego i skutecznego rządzenia państwem - była wyłącznie rodzajem rusztowania do wspięcia się na unijne salony. Rusztowania, które spełniło swe zadanie i coraz bardziej trzeszczy.

Zwolennicy Platformy Obywatelskiej - czy, szerzej, porządku ustalonego przy Okrągłym Stole - słysząc te trzaski patrzą z rozpaczliwą nadzieją na urzędującego prezydenta w nadziei, że zastąpi nieobecnego Tuska i tak jak on, ogarnie, zarządzi, poustawia, a potem pojedzie busem w Polskę i raz jeszcze zahipnotyzuje publikę, by pozwoliła rządzącym paść się dalej. Bronek, ratuj! Bronek, musisz!

A Bronek chciałby, ale nie umie. Przecież gdyby umiał, gdyby miał ten dryg, już dawno by go Tusk wywalił jak Piskorskiego, Olechowskiego, Rokitę, Gilowską i innych.

I choćby przyszło tysiąc pijarowców, i każdy zjadłby tysiąc ośmiorniczek,  i każdy nie wiem jak się wytężał, choćby wuja Bronka poprzebierali w najbardziej bajeranckie ciuchy, wsadzili go nie w jeden, ani nie w siedemnaście busów, napisali mu najbardziej porywające przemówienia - to i tak stale wychodzi z niego ten sam gapowaty, zaspany gajowy, który co ma mądrego na kartce, to przeczyta tak, że wszyscy zasną, a co doda od siebie, to o karpiu u teściowej, nieumytych nogach czy lewatywie, bo poza takie skojarzenia jego procesy myślowe nie wychodzą.

Kiedyś podzieliłem się swoim życiowym odkryciem co do kobiet i podtrzymuję - kobieta może mężczyźnie wybaczyć wszystko, poza jednym. Może wybaczyć, że zdradza, że pije, że bije, że ją okradł, że pod każdym względem niedobry. Nie zawsze oczywiście wybaczy, ale - może. Jest tylko jedna jedyna rzecz, jakiej kobieta nie wybaczy facetowi nigdy. Czego? Przepraszam za dosadność: bycia pierdołą.

A cóż to ma do rzeczy?! - zapyta ktoś. Ano, jak wiele razy pisałem, zgadzam się z Manuelą Gretkowską, że Polska jest kobietą. Co prawda, z klasycznym syndromem bitej żony, ale jednak z elementarnymi kobiecymi odruchami. I mimo całej instytucjonalnej siły postkolonialnego systemu, mimo splotu interesów i przepływów finansowych, które się składają na siłę układu spajanego dziś osobą urzędującego prezydenta, mam przekonanie, że ten kobiecy odruch jednak okaże się w wyborach ważniejszy.

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy