I co? I jajco, żeby gorzej się nie wyrazić...

Trudno o bardziej pokazowy przykład ponurego cyrku, w jaki zmieniona została III RP, niż tragifarsa po wypadku w Kamieniu Pomorskim. Nawet zawodowemu publicyście zaczyna brakować słów na należyte skomentowanie tej żenady.

Pijany i naćpany bydlak w bmw wjechał w przechodniów na chodniku, zabił sześć osób i ciężko zranił dwoje dzieci; siła zderzenia rozrzuciła ciała zabitych na przestrzeni kilkudziesięciu metrów, a samochód dachował. Sprawa jest wstrząsająca i nic dziwnego, że wzbudziła szczególne zainteresowanie opinii publicznej oraz mediów, mimo iż sześcioro zabitych z Kamienia Pomorskiego to tylko drobny odsetek ginących co roku na drogach Polaków, w każdy weekend i każdy dzień powszedni.

Reklama

Gdzie zaś skupia się zainteresowanie opinii publicznej, tam politycy ciągną jak żuczki gnojarki do wiadomej substancji, żeby wykazać się zdolnością rozwiązywania problemu i zapunktować u opinii publicznej. Tak jest na całym świecie i samo w sobie nie jest to złe. Pod warunkiem, że politycy pojawiają się rzeczywiście z pomysłami na poprawę sytuacji, z przemyślaną analizą, dlaczego do zła doszło i jak mu na przyszłość zapobiec. Jeżeli chcą tylko obłudnie popisywać się zbolałymi minami i składać propozycje obliczone wyłącznie na krótki poklask, a w istocie nic do rzeczy nie wnoszące, to zasługują na kopa w tyłek.

Niestety, odkrycie, którego dokonał pan Tusk - że im bardziej się Polaków traktuje jak bandę kretynów, tym bardziej to popłaca - jak na razie nie doczekało się empirycznego zaprzeczenia. Premier utwierdza się w przekonaniu, że można mianować kompletnie niekompetentnych ministrów, łaskawym okiem patrzeć, jak rozmnażają oni biurokrację, rozdając stołki partyjnym i prywatnym kolesiom, tuszować ich afery, zaciągać bez cienia odpowiedzialności gigantyczne długi, przepuszczać na bieżące potrzeby rezerwę demograficzną i emerytalne oszczędności obywateli, rozmontowywać konstytucyjne zabezpieczenia przed bankructwem państwa, w ogóle demolować wszystkie możliwe dziedziny życia publicznego - i, jak to śpiewał Kuba Sienkiewicz, "wszystko ch.", wystarczy potem po gierkowsku wsiąść w tuskobus, poobiecywać, rzucić parę tanich komplementów i parę obietnic, zamydlić oczy "rewolucją legislacyjną", "rekonstrukcją rządu" czy wypowiedzeniem stanowczej walki pedofilom, kibolom, pijanym kierowcom, a jeszcze postraszyć, że jak Kaczyński dojdzie do władzy, to nas wyrzucą z Unii Europejskiej i zakręcą kurek z mitycznymi dotacjami - i zawsze "ciemny lud to kupi".

Mało mnie już zaskakuje, ale wiadomość, że pan premier po wypadku samochodowym zwołał SZTAB KRYZYSOWY, i - jakby mało mu było jeszcze cyrkowych posiedzeń rządu w Wigilię i Sylwetra - WEZWAŁ DO SIEBIE MINISTRÓW... Ja piórkuję, naprawdę zaczyna brakować określeń na ten cyrk. Wielka szkoda, że nie zrobiono (a może zrobiono?) transmisji na żywo, jak z odprawy wojewodów w czasie silnego wiatru przed świętami. Premier do ministrów: to ma się skończyć! Daję wam miesiąc na likwidację zjawiska pijanych kierowców, a nie, to pogonię jak Grada za katarskiego inwestora! A ministrowie - "łbem pokorny skłon", jak to śpiewał Wojciech Młynarski... "A publika łyka jak młody pelikan".

Pijany bandyta z Kamienia podobno był już dwa razy karany za jazdę po pijaku. I co? I jajco. Nawet prawa jazdy mu nie zabrali. A gdyby zabrali, to by jeździł bez. Bezczelny babsztyl, który cudem nikogo nie zabił w Warszawie, wjeżdżając po pijaku mercem do przejścia podziemnego, też już dwa razy był zatrzymywany podczas kierowania po drinku - i co? I jajco. Kogo stać na merca albo beemwicę, tego stać też na wyszczekanego papugę, jak ten, który wspomnianej pani załatwia bezkarność pod pozorem stwierdzonej medycznie organicznej niedomogi.

I tak właśnie państwo dzień w dzień zdaje egzamin, bo takie ma priorytety, żeby frajerów doić i strzyc, a swoim nie pozwolić, by spadł im włos z głowy. Pan premier niby ma zamiar to zmieniać? Przecież gdyby miał, to by przez sześć lat przynajmniej zaczął zmieniać. Ze swoją bandą sejmowych semaforów, gotowych przegłosować na jego rozkaz nawet to, że Ziemia jest płaska, z bezwolnym prezydentem, który mu podpisuje wszystko, co dostanie, dysponuje od lat władzą, jakiej nie miał przed nim nikt od czasów Jaruzelskiego. I kiedy chce, potrafi jej użyć i pokonać wszelkie przeszkody, czego przykładem błyskawiczny skok na OFE.

Gdyby chciał zmienić, to by zmienił. Nie chce, bo w takim właśnie państwie, spuchniętym, bezsilnym w każdej dziedzinie jak przedrozbiorowa Rzeczpospolita Obojga Narodów, rządząca nomenklatura czuje się jak szczupaki w stawie, a pan "Tusku musisz" jest przecież kreaturą zabezpieczającą interesy owej nomenklatury i nigdy się nie ośmieli podjąć żadnych działań rzeczywiście reformatorskich.

Więc jak zawsze ma dwa wiekopomne czyny do wykonania. Po pierwsze, każe swoim grasiom opowiadać, że "Donald się wściekł". Po drugie, z tą samą stanowczością, z jaką nakazał ostatnio ministrowi skrócenie kolejek do lekarzy, zapowie, że pijani kierowcy będą karani surowo, tak surowo, że uuuch... A do tego oczywiście wszystkich nas wzruszać będzie najgłębszym współczuciem okazywanym ofiarom tragedii i ich rodzinom.

Gdyby Tusk nie miał za sobą rozbudowanego aparatu propagandowego, gdyby większość mediów miała charakter nie żeby nawet opozycyjny, ale niezależny, zostałby pan Tusk zabity przez nie pustym śmiechem, tak jak swego czasu umiały one wyszydzać i demonizować każde posunięcie władzy, gdy była to władza nie "ichnia". Ale Tusk uczył się nie tylko od Gierka, także od Putina, który pokazał, jak trzymać media za pysk narzędziami właścicielskimi i obsadzeniem swoimi, oddanymi interesom nomenklatury ludźmi.

Więc może być pewien, że gwiazdy mediów jak zwykle go nie zawiodą i z tą samą skwapliwością, z jaką trąbiły o "nadużyciach" i "zagrożeniach dla demokracji IV RP" (wszystkich, co do jednego, jak się potem okazało, wyssanych z palca), będą do upadłego zapewniać, jaki ten premier kochany, dobry, jak się stara, no, może ten czy ów minister jego i nas zawiódł, ale sam premier - fajny kolo, chce jak najlepiej i robi co może.

Bo szefowie i gwiazdy mediów też nabrali tego samego co premier przekonania, że Polacy są bandą kretynów i tanimi sztuczkami można ich wodzić za nos bez końca. Bardzo bym chciał rzucić na koniec jakieś optymistyczne proroctwo, że nadchodzący rok przekona ich wszystkich, że jednak tylko do czasu - ale nie wiem, czy nie ulegam "wishfull thinking".

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje