Każdemu jego marzec

Niejakie zamieszanie wokół okrągłej rocznicy "wydarzeń marcowych" sprzed czterdziestu lat wynika z faktu, że pod tym pojęciem kryją się w istocie dwie różne sprawy. I jedna Polska obchodzi zupełnie co innego, a co innego druga.

"Pierwszy marzec" - to antykomunistyczny bunt młodzieży akademickiej i szkolnej. Bunt pierwszego pokolenia urodzonego i wychowanego w PRL. Studenckie wiece i strajki położyły kres nadziei komunistów, iż polscy patrioci "wymrą jak dinozaury", a ich miejsce zajmą wytresowani makarenkowską pedagogiką Polacy sowieccy, socjalistyczni. Marzec 1968 pokazał im, że szykowane elity "prylu" nadal wcale się z nim nie utożsamiają. A skoro podjęły sztandary po, wydawało się, wytępionej już "reakcji", i podnieśli bunt przeciwko socjalizmowi studenci, czyli przyszłe elity, to co będzie z "masami"?

Reklama

Komuniści usiłowali sobie tę wtopę wytłumaczyć zgodnie z doktryną - założenia nie mogły być niesłuszne, więc widać zawiodło wykonanie. Widać niedostatecznie zerwano ciągłość między dawnymi a nowymi elitami społecznymi, zbyt wielu wpuszczono na studia potomków "reakcyjnych" klas społecznych, a za mało chłopów i robotników, nie dość wyczyszczono i za mało "upartyjniono" kadrę etc.

Komuniści musieli jednak wytłumaczyć się z klęski nie tylko sobie samym i swoim sowieckim zwierzchnikom, ale także większości "socjalistycznego", jak wtedy jeszcze niezłomnie wierzyli, w swej masie "zdrowego", robotniczo-chłopskiego społeczeństwa. Tu metodę podsunął częściowo kontekst historyczny, na który nikt w PRL wpływu nie miał - a częściowo pogardliwe wyobrażenie o Polakach partyjnych macherów.

Kontekst był taki, że niewiele wcześniej, w roku 1967, wspierany przez Amerykę Izrael spuścił łomot wspieranym przez ZSSR państwo arabskim. Tak zwana "wojna sześciodniowa" była dla Moskwy szokiem, bo pokazała wyższość amerykańskiego sprzętu i doktryny wojennej nad sowiecką - trzeba było znaleźć kozła ofiarnego, i tym kozłem uczyniono w Moskwie komunistów żydowskiego pochodzenia. Z kremlowskiej centrali pomknęła do prowincjonalnych stolic iskrówka: jewreje okazali się elementem niepewnym, usuwać, relegować, czyścić do samego spodu. Ta dyrektywa weszła w życie najpierw w najbardziej newralgicznych obszarach peerelu, w bezpiece i wojsku. W wojsku, mówiąc nawiasem, wcielał ją z właściwą sobie karnością i energią Wojciech Jaruzelski, ale ponieważ potem, jak wiadomo, zaprzyjaźnił się z Adamem Michnikiem, nikt mu nigdy tej antysemickiej gorliwości w III RP nie wypominał.

Natomiast studenckie wiece, strajki i pochody, które spontanicznie wybuchały w reakcji na zapowiedź władz PRL zdjęcia z afisza mickiewiczowskich "Dziadów", a potem na kolejne represje, dały okazje do rozszerzenia czystki. Ile było w tym wszystkim prowokacji, ile frakcyjnej gry o władzę w centrach decyzyjnych PZPR, ile społecznych emocji, które wymknęły się spod kontroli - niech ustalają historycy. Nie ulega wątpliwości, że mniej dotąd wpływowi komuniści pochodzenia polskiego skorzystali z okazji - a może w tym celu sami ją stworzyli? - by pozbyć się zajmujących najbardziej łakome stanowiska komunistów pochodzenia żydowskiego. Porachunki, ot - jak w każdej mafii. Jedni byli warci drugich i w tym samym stopniu zasługiwali jedynie na szubienicę.

Z moskiewską dyrektywą "odżydzenia" partii zbiegło się wspomniane już pogardliwe wyobrażenie komunistów o Polakach. Łatwo to zrozumieć, bo mentalność nomenklaturowej "elity" PRL niewiele się zmieniła do dziś. Całkiem niedawno jeden z jej typowych przedstawicieli, Tomasz Lis, chcąc uderzyć w Andrzeja Dudę, "zdemaskował" jego żonę jako Żydówkę, głęboko przekonany, że w oczach antysemickiego, jak go sobie "elita" wyobraża, elektoratu PiS ta demaskacja zniszczy kandydata na prezydenta doszczętnie. Dokładnie na tej samej zasadzie 40 lat temu towarzysz Moczar i jemu podobni uznali, że łatwo się wkupią w łaski narodu, jeśli całe dotychczasowe zło komunizmu zwalą na Żydów, rozpętają przeciwko nim pogromową nienawiść, a sami przedzierzgną się w komunistów "narodowych", "polskich".

Częścią tej strategii było przedstawienie młodzieżowego buntu jako żydowskiego spisku, zorganizowanego w dodatku rękami dzieci komunistycznych prominentów z czasów stalinowskich. Represje dotykały wielu, ale większość prześladowanych pozostała anonimowa. Natomiast propagandę skierowano przeciwko tym spośród uczestników zajść, którzy pasowali do założonego wzorca. Stąd na centralną postać Marca wyrósł w niej Michnik i jego "komandosi". Nazwisko takie jak Szechter, Szlajfer, Dajczgewand czy Blumsztajn gwarantowało intensywny hejt, którego skutek był odwrotny od zamierzonego. Przypisana "komandosom" rola sprawcza w buncie zamiast obrzydzić go społeczeństwu, uczyniła z nich w oczach tegoż społeczeństwa bohaterów, otwierając im drogę do dominacji w antykomunistycznej opozycji, a potem, po 1989 - do władzy.

Było to niezłe "qui pro quo", bo komandosi byli rzeczywiście przeciwko swym ustawionym w "aparacie" rodzicielom zbuntowani, ale bynajmniej nie z pozycji antykomunistycznych, tylko wręcz przeciwnie - w duchu "listu do partii" Kuronia i Modzelewskiego, czyli "prawdziwego", leninowskiego komunizmu, od którego ich zdaniem PZPR odeszła, biurokratyzując się i godząc się po miękiszonowsku na takie odstępstwa od doktryny, jak tolerowanie Koscioła czy prywatnej własności ziemi. Z czasem, ze względów taktycznych, wyznawcy "prawdziwego komunizmu" uznali że z Polakiem-patriotą trzeba zawrzeć sojusz, ale przed demonstracją w obronie "Dziadów", jak wspomina jeden z jej uczestników, dyskutowali jeszcze głównie o tym, aby ich protest nie stał się "wodą na młyn" niedobitków reakcji. Zresztą sam Michnik zupełnie otwarcie mówił w jednym z wywiadów (można go znaleźć w zbiorze "Diabeł naszego czasu") że walkę z Gomułką traktował wtedy jako "spór w rodzinie"; to właśnie dawało mu duże poczucie bezpieczeństwa, dzięki któremu imponował "zwykłym Polakom" szaleńczą odwagą. 

Plany komunistów spełzły więc na niczym, co dość szybko udowodnił Grudzień 1970 i żałosny koniec ekipy Gomułki. Polacy w swej masie okazali się na antysemicką propagandę odporni, komunistom wybielić się w ich oczach nie udało, a antyżydowskie hece pozostały organizowanymi odgórnie oficjałkami. Wystarczy spojrzeć na rocznicowo przypominane fotografie z wieców poparcia dla "Towarzysza Wiesława" i potępienia dla "syjonistów" - trudno zobaczyć w którejkolwiek z szarych, znudzonych twarzy spędzonych na nie ludzi choć odrobinę entuzjazmu.

Oczywiście, entuzjaści też się znaleźli - głównie tam, gdzie można było wziąć po wypędzonym Żydzie intratną robotę, kierowniczą funkcję lub odnieść z włączenia się do nagonki inny zysk, a więc w kręgach mniej lub bardziej z władzą i nomenklaturą powiązanych. Na fali "odżydżania" PZPR wypędzono zarówno licznych stalinowskich zbrodniarzy pokroju Salomona Morela czy Stefana Michnika, którzy uniknęli dzięki temu odpowiedzialności i dożyli swych dni w spokoju i dostatku, jak i tysiące ludzi niewinnych i uczciwych. Załapało się też na wyjazd trochę farciarzy, którym żydowskie pochodzenie pozwoliło wyrwać się zza żelaznej kurtyny, o czym etniczni Polacy mogli tylko marzyć (nie wszyscy Żydzi musieli wyjeżdżać, byli tacy, którzy z "dokumentu podróżnego" skorzystać nie chcieli, i wielu z nich odegrało w dalszej historii Polaki istotną rolę). Jak to już jest z historią, każdy indywidualny przypadek trzeba by rozpatrywać osobno.

W każdym razie - to był ten "Drugi marzec". Martyrologia - w wielu wypadkach wypadałoby wziąć to słowo wciąż w cudzysłów - ofiar odgórnie zarządzonej i przeprowadzonej czystki wewnątrz PZPR, poszerzonej na peerelowskie elity.

I to właśnie ten "drugi marzec" jest dziś najgłośniej rocznicowo wspominany. Głównie po to, by budować karkołomne z punktu widzenia historii propagandowe konstrukcje, że przyjaciele Jaruzelskiego i Kiszczaka, demonstrujący wspólnie z Cimoszewiczem i pułkownikiem Mazgułą są dziś dziedzicami tradycji antytotalitarnej, natomiast założyciel KOR Macierewicz czy jego współpracownik Kaczyński to Gomułka i nowe PZPR. W tej narracji "marzec" to przedstawiany jest jako drugie Jedwabne, mityczny wybuch nienawiści Polaków do Żydów, tak, jakby to nie komunistyczna władza wypędzała swoich do wczoraj wiernych sługusów i innych Żydów, tylko jakiś spontaniczny zryw społeczny. Rocznica buntu "urodzonych w niewoli, okutych w powiciu" staje się w ten sposób dla odstawionych po latach od władzy nad Polską byłych elit okazją do utwierdzania się w nienawiści i pogardzie do "polskiego ciemnogrodu" i przyzywania w sukurs przeciwko niemu całego świata.

Pokaż mi, rocznicę którego z tych dwóch Marców obchodzisz, a powiem ci kim - albo czym - jesteś. 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy