Kondukt przebierańców

​Historia objęcia przez śp. Tadeusza Mazowieckiego urzędu pierwszego premiera III RP jest znacznie ciekawsza niż by się wydawało z rocznicowych czytanek. W skrócie, najpierw to właśnie Mazowiecki miał "ucho" i zaufanie Wałęsy, potem to zaufanie stracił na rzecz Geremka, czego skutkiem była manifestacyjna rezygnacja z miejsca na liście wyborczej Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie - na znak protestu przeciwko zdominowaniu jej przez środowisko tego drugiego.

I to właśnie ten drugi, Geremek, miał być pierwszym premierem rządu III RP, opartego na postulowanym przez Michnika sojuszu "reformatorskiej części" PZPR (czyli grupy Kwaśniewskiego) ze "światłą częścią" opozycji (czyli tzw. lewicą laicką).

Reklama

Gdy Wałęsa zorientował się, że taki PZPR-owsko-OKP-owski spisek zmierza do zmarginalizowania go w Gdańsku jako wyłącznie przywódcy związku zawodowego, wypromował na swych rozgrywających braci Kaczyńskich i polecił im, na przekór grupie Geremka-Kuronia-Michnika, wynegocjować inną koalicję, ze "stronnictwami sojuszniczymi", ZSL i SD. I to Kaczyńscy wykreowali w tej konfiguracji na premiera wypchniętego poza układ Mazowieckiego, który jeszcze kilka dni wcześniej gorliwie polemizował z tezą "wasz prezydent, nasz premier", dowodząc na łamach, że na premiera i rząd "Solidarności" jest stanowczo za wcześnie.

Ot, polityka. Polityka, której postsolidarnościowy zbowid nie chce dzisiaj przypominać, bo - jak to zbowidowcy - wolą byli opozycjoniści udawać, że się zawsze kochali, zawsze walczyli ramię w ramię i zawsze mieli na względzie wyłącznie wyższe wartości.

Jeśli mam do polityki Mazowieckiego pretensję, to, wbrew stereotypowi, który zapewne każe się tego czytelnikom po mnie spodziewać, wcale nie o tę nieszczęsną "grubą linię", która w medialnym zgiełku zmieniła się w "grubą kreskę" i zaczęła symbolizować zupełnie co innego niż w oryginalnym wystąpieniu premiera miała znaczyć. Jego polityka nie była słuszna, ale nie była bynajmniej niegodziwa. Uważał, że reforma gospodarcza ważniejsza jest od politycznej. Że trzeba ją ochronić przed ewentualnym buntem sił starego porządku. Bał się, że jeśli nowa władza za ostro przyciśnie nomenklaturę, zacznie ona spiskować przeciwko demokracji, i sądził, że jeśli pozwoli jej zachować majątki, przywileje i specsłużby, to nie zacznie.

W efekcie spisek nomenklatury przeciwko demokracji, który i tak się zawiązał − bo kto rezygnuje z władzy i wpływów, które miał, jeśli nie zostanie do tego zmuszony? − dysponując pieniędzmi, mediami i służbami PRL-u stał się spiskiem potężniejszym od wreszcie wolnego państwa polskiego, okaleczył je, podporządkował sobie i w zasadzie do dziś nim rządzi.

Skutki strategii Mazowieckiego okazały się fatalne − ale nie były to skutki, których chciał czy też które przewidywał. Moim skromnym zdaniem, był człowiekiem podobnym do śp. Lecha Kaczyńskiego − do polityki zbyt porządnym. Tyle że był politykiem od Kaczyńskiego jeszcze słabszym (wydaje się, że w ogóle polityka nie jest robotą dla starej daty inteligentów). Dowodem nie tylko jego premierowanie, ale też Unia Demokratyczna - partia, której był formalnym przywódcą i symbolem, w której miał za sobą większość działaczy, a w której mimo to zupełnie go ubezwłasnowolniono i w końcu − brzydko mówiąc − wysiudano.

Moja główna pretensja do śp. Tadeusza Mazowieckiego dotyczy nie jego aktywności politycznej, ale tego, co stało się z nim po roku 2005. Gdybym wyliczył tu poglądy przez całe życie przez niego głoszone (zostawiam to indywidualnej ciekawości wspartej guglem), czytelnik byłby, jestem przekonany, bardzo zdziwiony. To były poglądy bardzo odległe od ideowego przybornika dzisiejszych lemingów. Poglądy zwane dziś "pisowskimi" i uporczywie zwalczane, wyszydzane i poniżane przez te właśnie opiniotwórcze kręgi, które uczyniły Tadeusza Mazowieckiego ikoną, i które najgłośniej śpiewały jego chwałę w ostatnich dniach.

Przykre, że sędziwy działacz katolicki dał im na to przyzwolenie. Opowiadając się po stronie Tuska, Palikota i ich towarzystwa, przyjmując milcząco patronat nad nimi za cenę schowania do kieszeni poglądów, o które walczył odkąd zyskał jako taką polityczną dojrzałość, sprzeniewierzył się sobie. Gdybym mniej wiedział o jego drodze życiowej, uznałbym to za konformizm, ale myślę, że przyczyna była inna.

Tą przyczyną był graniczący z obsesją  strach przed Jarosławem Kaczyńskim. Wszystko, nawet bydło z Krakowskiego Przedmieścia szczające na smoleńskie znicze, wydało się byłemu redaktorowi naczelnemu "Tygodnika Solidarność" lepsze niż rządy człowieka, którego skądinąd dobrze poznał, bo przecież to on właśnie zrobił go premierem, a potem doprowadził do jego upokarzającej klęski w wyborczym starciu z Wałęsą (skądinąd fakt, że dał się wtedy Mazowiecki do tej wyborczej konfrontacji podpuścić, był na pewno jego największym błędem w życiu).

Trzeba przyznać − nie był Mazowiecki jedyny. Lista ludzi niegdyś prawych, mądrych i zasłużonych, którzy zwariowali z nienawiści do Kaczyńskiego i strachu przed nim, jest długa, przy czym niektórych z nich ta nienawiść popchnęła do zachowań groteskowych i kompromitujących, a niektórych nawet do wręcz nikczemnych. Osobny temat, co takiego jest w "Kaczorze" i ile w jego hejterach troski o dobro wspólne, a ile zapiekłej małości i mszczenia zadawnionych urazów z czasów wspólnej działalności konspiracyjnej i politycznej.

W każdym razie, wybór, którego po roku 2005 dokonał Tadeusz Mazowiecki, by w imię walki z PiS w kwestiach fundamentalnych nabrać wody w usta i dać się wykorzystać jako jeden z patronów prących do władzy sitw, miał przykry dla niego skutek.

Gdy obserwowałem żałobę po pierwszym premierze III RP, nie mogłem się − a myślę, że nie ja jeden − oprzeć wrażeniu, że ciągnie za tą trumną jakaś gromada przebierańców.

Jako człowieka bezwzględnie uczciwego, któremu nigdy nic się do palców nie przykleiło, mimo sprawowania najwyższych urzędów, żegnały go hordy aferzystów, przekrętaczy, drobnych cwaniaczków i małych naciągaczy. Jako przykładnego katolika i wiernego syna Kościoła − gromada antyklerykałów, libertynów i wojujących ateuszy, nie potrafiących dnia przeżyć bez rytualnego splunięcia na ten Kościół i głoszone przezeń wartości. Jako wielkiego Polaka − osobnicy, którzy zrobili z poniżania Polski, zohydzania jej historii i tradycji oraz wyszydzania patriotyzmu swą główną publiczną misję i przy okazji intratny biznes. Jako męża stanu i działacza pochylonego nad "krzywdą człowieka prostego" − salony, których głównym spoiwem jest pogarda dla "starszych, gorzej wykształconych i z małych ośrodków", jako nie umiejących sprostać wyzwaniom nowoczesności.

Po prostu − korowód przebierańców, który codzienny rechot: "udał nam się Palikot" zamienił na chwilę na żałobne pienia: "taki wielki Polak umarł, taki prawy człowiek"...

Tfu!

"Więc choć nie wolno z bólu drwić, naukę bierzcie z pieśni tej": powiedzonko "Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz" dotyczy także układania się na sen wieczny.

Rafał Ziemkiewicz


Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy