Koniec początku, a może początek końca

Serial "rekonstrukcja rządu Beaty Szydło" znajdzie swoje poczesne miejsce w historii politycznego pijaru, w tomie poświęconym szaleństwu, absurdowi i nieudacznictwu. Ma nawet szanse przyćmić kampanię wyborczą Bronisława Komorowskiego i jego, jeszcze niedawno wydawało się, niedościgniony sukces, jakim było przegranie wyborów z kandydatem rok wcześniej nikomu nie znanym, gdy miało się poparcie 60 proc. ankietowanych oraz wszystkich wpływowych mediów i tzw. autorytetów, a do tego pieniądze, administracje państwową i największe grupy interesu.

PiS miał po dwóch latach od wyborów najwyższe wskaźniki popularności rządu i premiera w całych dziejach III RP, a przy tym najniższe bezrobocie, najwyższe wskaźniki zadowolenia i optymizmu konsumenckiego oraz powszechne przekonanie, że idzie ku lepszemu. Last but not least, ma jeszcze do tego najbardziej pierdołowatą opozycję od czasów "puczu Januszajtisa". Najwyraźniej nie mógł już tego wytrzymać i sam rozpętał przeciwko sobie kampanię, która - zakład? - poważnie mu zaszkodzi, choć sondaże odnotują to dopiero za jakieś pół roku. Na razie spadnie w nich tylko deklarowana frekwencja i odsetek wyborców zdecydowanych, co jest skutkiem posiadania takiej a nie innej, wspomnianej wyżej opozycji.

Reklama

Serial miał, mówiąc fachowym językiem, dwa sezony. W pierwszym główną rolę odgrywały związane z konkretnymi frakcjami PiS media, które za pomocą niby-przecieków i spekulacji starały się przekonać Jarosława Kaczyńskiego, że rekonstrukcja rządu jest konieczna, i że to on powinien stanąć na czele. Dlaczego, już chyba wyjaśniałem - frakcje, odkąd PiS przestał być oblężoną smoleńską twierdzą, a stał się grupą trzymającą liczne spółki, stołki i rady, upasły się, wzmocniły, i wobec braku realnego zagrożenia zewnętrznego postanowiły stoczyć walkę o zajęcie dogodnych pozycji do nadchodzącej walki o miejsca na listach wyborczych i o spodziewaną sukcesję po nie najmłodszym już przecież Komendancie.

W tej walce zgodne były tylko w jednym - że przesunięcie Komendanta z Nowogrodzkiej, gdzie zajmuje się tylko kontrolowaniem swego zasobu ludzkiego i tasowaniem go, do KPRM, gdzie już zwyczajnie nie będzie miał na to czasu, jest pierwszym i podstawowym warunkiem skutecznej "ustawki". Stąd spekulacje narastały i narastały. A Komendanta chyba zawiódł nieomylny dotąd instynkt i nie uciął spekulacji w porę, może licząc na to, że rozochoceni liderzy frakcji odsłonią się w ferworze i będzie wiedział, kogo przykładnie odstrzelić.

"Rekonstrukcja rządu to coś, co się robi, a nie o tym mówi" - powiedziała w końcu, bardzo słusznie zresztą, pani premier jakieś półtora miesiąca temu, i od tej zapowiedzi zaczął się sezon drugi. Teraz już  PiS zaczął na całego o rekonstrukcji mówić, nie robiąc jej. W efekcie tego mówienia premier, którą dotąd przedstawiano jako najlepszą z możliwych, kompletnie zdezawuowano, zupełnie nie wyjaśniając, dlaczego musi odejść. I o ile można jeszcze było liczyć na zrozumienie elektoratu, dopóki wciąż chodziło hasło, że premierem z jakichś powodów musi zostać sam Komendant - Komendantowi każdy musi ustąpić, wiadomo, nawet najukochańsza matka narodu - to w chwili, gdy się okazało, że Jarosław Kaczyński jednak wcale premierem być nie musi, ale jednak Szydło być nim dłużej nie może, wszystkim poza ściśle wtajemniczonymi opadły ręce. To jak to tak: rano premier jest znakomita, i chcą ją odwołać podli ludzie tylko za to, że Polakom się dzięki niej żyje lepiej - a wieczorem odwołuje ją własna partia na rzecz młodego technokraty?

W opowieści, że teraz najważniejsza jest gospodarka i dlatego Morawiecki, nie wierzą chyba nawet ci, którzy je ludziom próbują wciskać. Może ktoś jeszcze pamięta, kto przez wiele lat, zanim "ałtsorsowano" Morawieckiego, był głównym specjalistą PiS od gospodarki, główną jego "gospodarczą twarzą"? Otóż posłanka Beata Szydło. Wtedy się znała, a teraz przestała? Zresztą, Morawiecki jako premier będzie miał na gospodarkę mniejszy wpływ, niż obecnie - spadnie na niego mnóstwo niezwiązanych z nią spraw, cała biurokratyczna mitręga związana z tym urzędem. I co takiego zresztą ma do zrobienia w gospodarce, czego dotąd zrobić nie mógł, bo mu na to dotychczasowa premier - skądinąd wszak najlepsza - nie pozwalała?

Podobnym kitem jest gadanie o potrzebie "wzmocnienia" rządu - gołym okiem widać, że przeczołganie lubianej premier bez żadnej przyczyny podzieliło elektorat PiS, a nie go skonsolidowało, a cały rekonstrukcyjny serial, zakończony "nocną zmianą 2", w oczywisty sposób rząd osłabił i nie wiadomo, czy i kiedy uda się straty odrobić.

Cokolwiek sensu ma półgębkiem suflowana teza, że zmiana ma poprawić nasze stosunki z Unią Europejską. Rzeczywiście, w czasie premierowania Beaty Szydło Polska poszła na udry z Unią, realizując doktrynę à la Beck i Rydz Śmigły, że nieważne, jakie to będzie miało skutki dla pozycji międzynarodowej, ważne, żeby wojenną retoryką zmobilizować i zewrzeć szeregi opinii publicznej w kraju. Teoretycznie jest możliwe, że Komendant poniewczasie zauważył, jakie szkody ponosi Polska i liczy na to, że Morawiecki, jako człowiek ze sfer bankowych, z natury kosmopolitycznych, swego czasu akceptowany także w PO, zdoła powtórzyć z innymi krajami ten sam pragmatyczny sposób wygaszenia konfliktów, jaki się udał z Francuzami: zamiast badziewiastych helikopterów kupimy od was łodzie podwodne, które są droższe i lepsze, więc per saldo zarabiacie, i my też zarabiamy, i git.

Nie przesadzajmy jednak - Morawiecki może mieć "lepszą komunikację" z oligarchią rządzącą Europą, i w tym sensie nieco pomóc, ale przecież powodem napięcia w naszych stosunkach zewnętrznych nie była Beata Szydło. To napięcie ma charakter strukturalny, bo Polska po prostu nie może się zgodzić na strategiczne plany oligarchów zglajszachtowania jej w jakimś Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (o którym mówi się już zupełnie otwarcie, patrz niedawne wystąpienie Martina Schultza), a po części także ideologiczny, bo lewackie elity Unii nie mogą się pogodzić z istnieniem w niej kraju trwale katolickiego i konserwatywnego, z tego samego powodu, dla którego Breżniew nie mógł się pogodzić z istnienie w "obozie" samorządnego i niezależnego związku zawodowego. Biegłość premiera w językach nie ma tu wielkiego znaczenia.

Tak czy siak, dla wyborcy powody zmiany nie są jasne, a skoro nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o jakieś machloje - układy, spółki, frakcyjne przepychanki, "potępieńcze swary". PiS stracił w oczach "zwykłego Polaka" nimb partii innej od poprzednich - widać, żrą się tam tak samo jak wszyscy inni, i nawet kobiety przy tym nie uszanują.

Bardziej od kwestii merytorycznych, dla "zwykłego Polaka" mało uchwytnych, nagrabił sobie PiS stylem całej tej operacji. Gdyby pani premier - co stało na przeszkodzie, skoro nawet po takim publicznym upokorzeniu zachowuje się nader spolegliwie? - powiedziała Polakom, że jest zmęczona, że słabuje na zdrowiu, że dziękuje, ale dała już z siebie wszystko i prosi o urlop, wyglądałoby to zupełnie inaczej. Ale takiej szansy jej nie dano. Po tygodniach okazywania wszem i wobec, że ma gie do powiedzenia i nikt jej w PiS nie szanuje, nie tylko Komendant, ale nawet formalni podwładni, jeszcze ma, chyba już dla totalnego złachania jej wizerunku (może i o to chodzi - zbyt popularna się zrobiła, a Komendant tego nie lubi, zazdrosny?) zostać przy Morawieckim "wicepremierem bez teki od spraw społecznych". A dlaczego nie pełnomocnikiem do spraw dmuchania balonów, albo parzenia herbaty? Jakby nie można było choćby na tyle picu się zdobyć, żeby zrobić ją przynajmniej marszałkiem Sejmu?

Można było zrobić to samo w sposób dla elektoratu zrozumiały, ale PiS albo nie chciał, albo nie umiał. A kto wie, czy teraz nie będzie jeszcze sezonu trzeciego - mamy nowego premiera, ale kto w resortach, ile władzy dla Macierewicza, ile dla Ziobry, co z pozostałymi? I dlaczego pozostaną ministrowie oceniani najgorzej, a wyleci zgodnie uważana za najlepszą Streżyńska? A może, jak to już niektórzy politycy PiS zapowiadają, teraz, gdy już zmieniono premiera, okaże się, że w ogóle rząd to jest spoko i nic w nim zmieniać nie trzeba? Czyli cała ta gadanina ostatnich miesięcy była tylko dymem, zasłoną dla jakichś ciemnych interesów na zapleczu władzy?

Jak już napisałem - jeśli ktoś spodziewa się jakiegoś trzęsienia ziemi w sondażach, to się myli, ale tego się może spodziewać tylko ktoś, kto zupełnie nie rozumie mechanizmów rządzących społecznymi nastrojami. To fale, które długo wzbierają, nic tu się nie dzieje z dnia na dzień. Ale kierunek pływu, by zostać przy morskiej metaforyce, właśnie się zmienił. PiS w oczach zwykłego Polaka przestał być "Dobrą Zmianą". Stał się tylko kolejnym Mniejszym Złem. Tiaaaa, no owszem, dają 500+, mniej kradną niż tamci, nawet trzeba przyznać, że złodziei ścigają, choć wciąż niewiele z tego wynika - ale też kombinują, też się żrą między sobą, też człowieka doją... W sondażowych słupkach tego nie widać, ale nawet jeśli PiS utrzyma w nich takie samo poparcie, to nie będzie już to samo poparcie.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje