Kratka noworoczna

Do tego, że w III RP, jak ongiś w peerelu, zima zaskakuje drogowców, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Ale ponieważ III RP stale się rozwija, mamy nowy rekord Guinnessa: Nowy Rok zaskoczył urzędników Ministerstwa Finansów. Poważnie! Fakt, że po 31 grudnia następuje 1 stycznia, i że tego pierwszego stycznia przeskakuje cyfra w dacie rocznej, uszedł uwagi oberresortu. W efekcie ministerstwo nie przygotowało przepisów regulujących w 2014 roku odliczenia podatku VAT. Stare przepisy tracą w sylwestrową północ ważność, nowych nie ma, choćbyś bił łbem w ścianę. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie?

Ano to będzie, że z braku przepisów aktualnych wrócą na czas nieokreślony nieaktualne. A tak się przypadkiem - przypadeczkiem zupełnym, uważacie Państwo − składa, że to właśnie te wielokrotnie krytykowane przepisy, zgodnie z którymi wmontowanie za przednimi siedzeniami symbolicznej kratki względnie podstawy na metalową kasetkę z pieniędzmi zmienia limuzynę w samochód ciężarowy i pozwala pomniejszyć jej cenę o wspomniane już dwadzieścia kilka procent odpisanego VAT-u.

Reklama

Jakkolwiek absurdalne by to było, oszczędności są wymierne i oczywiste, więc u zacierających ręce dilerów potworzyły się już, jak donosi prasa, długie noworoczne kolejki klientów pragnących jak najszybciej (bo ile to eldorado potrwa, nie wiadomo) zdyskontować "niedopatrzenie" ministerialnych urzędników kupnem kratkowej beemki, merca, a kogo stać to nawet i bentleya.

Coś nowego? Bynajmniej, powrót do źródeł. Jedna z pierwszych fortun III RP wyrosła wszak na podobnym "przeoczeniu" innego ministerstwa, które nie zauważyło, że sierpień ma 31 dni i stare stawki celne wycofało 30 sierpnia, a nowe wprowadziło z dniem 1 września. Czystym przypadeczkiem pewien zaprzyjaźniony z ówczesną (ale i obecną, bo było to za premierowania pana z KLD, który dziś jest głównym intelektualnym zapleczem pana też wywodzącego się z KLD) władzą biznesmen miał do wwiezienia do Polski kilkadziesiąt tirów z asortymentem elektronicznym i wszystkie one wjechały do Polski akurat tego jednego dnia, gdy asortyment ten chwilowo nie był clony.

Nie była to, powiem od razu, jedyna fortunka, która na takim "przeoczeniu" wyrosła. Napisano nawet o tym parę książek, ale lemingom nie wolno ich czytać, bo są nie mniej "obrzydliwe" niż "Resortowe dzieci".

Cóż, jakiś papier w ministerstwie przypadeczkiem wpadł za biurko czy szafę, tak jak w peerelu wpadały za drobną grzecznością papiery na komendzie uzupełnień. Jedyny pech, że ktoś − może kolejnym przypadeczkiem pominięty? − sprawę nadał dziennikarzom. Nie żeby tam zrobiło się o niej głośno. Jak wszyscy wiemy, media żyją zupełnie innymi sprawami: pożyczką Hofmana, krzesłem Kaczmarka czy mniemanym przetłumaczeniem raportu WSI. Ale w działach gospodarczych paru gazet informacja się pojawiła i zrobiło się jeszcze śmieszniej, bo ministerstwo zaczęło się odgrażać, żeby ze stworzonej przez nie luki prawnej nie korzystać, bo kto skorzysta, tego oni pociągną za konsekwencję (skądinąd nie wiadomo, jakim prawem, ale kogo u nas obchodzi prawo). I że w ogóle nowe przepisy zaraz przygotuje, i żeby do tego momentu wszyscy dotrwali na wstrzymanym oddechu.

Jaja, mówiąc, krótko, na całego, nikt nic wie, kupować czy sprzedawać, krążą oficjalne pisma, oskarżenia i zawiadomienia, ksiądz wini pana, pan księdza, a nam żyjącym na kredyt zewsząd największy cywilizacyjny sukces w tysiącletniej historii.

Nie mogę się doczekać, kiedy przeczytam, że wskutek całej tej sprawy "Donald się wściekł". No, wścieknij się Donaldzie, nie tylko ja się tego nie mogę doczekać, ale cały naró... pardon, całe społeczeństwo. Wystąp publicznie i okaż, jaki to jesteś wkurzony dyletanctwem tych urzędasów, którzy zupełnie nie wiesz skąd się tam wzięli (pewnie Jaro ich podstępnie nasłał?). Zwołaj telekonferencję, na której wojewodowie będą meldowali procent ukratkowienia albo odkratkowienia, a gromowładny premier będzie ich publicznie rugał i zobowiązywał do niezwłocznego wyciągnięcia wniosków odnośnie zaistniałej sytuacji i postawienia ich na zarządzie. Słuchaj, Donaldzie, jak cię błaga lud, i pokaż, jaki z ciebie srogi gospodarz.

Radziłbym tylko uważać, by mikrofonów nie nastawić na nadmierną czułość, bo mogą zebrać, jak ci wszyscy pokazowo rugani i pouczani za kamerą śmieją się w kułak.

Najzabawniejsze jest, że jeśli nawet premier mnie posłucha i autentycznie się w sprawę zaangażuje, to choćby pękł, żadnego winnego nie znajdzie. Wezwie ministra finansów, to ten mu powie - a co mnie to, ja tu jestem od paru dni dopiero, jeszcze mi się zdarza zgubić, jak z toalety skręcę nie w tę stronę. Wezwie jego poprzednika, to ten oczywiście oznajmi, że jemu to tym bardziej obojętne, bo już żadnym ministrem nie jest, tylko obywatelem brytyjskim z zagwarantowaną przez rząd jej królewskiej mości emeryturą.

Musiałby teraz premier sam latać od biurka do biurka, ciskając maciami i plikami papierów, ale można być pewnym, że w każdym departamencie każdy referent okaże się czysty jak łza i bez trudu udowodni odpowiednim dokumentem, że on akurat zrobił wszystko, co do niego należało, a kto nawalił, naprawdę, od niego proszę nie wymagać, żeby to umiał wyjaśnić. I pan Tusk może udawać idiotę, czy raczej z nas robić idiotów, że się niby na ten stan rzeczy gniewa, że z nim się mocuje − ale przecież obecna sytuacja to efekt jego świadomej decyzji, by jak ognia unikać narażenia się jakiejkolwiek grupie interesów, by niczego nie reformować, a już zwłaszcza systemu sprawowania w Rywinlandzie władzy.

Mała kratka, a jakiż wielki symbol daremności całej ustrojowej przemiany, prowadzonej przez dwie dekady w myśl zasady, aby jak najwięcej zmienić, ale tak, żeby nie tknąć rzeczy zasadniczej - rządów nomenklatury, zrośniętej w urzędniczo-polityczno-medialny skrzep, który zablokował krwiobieg państwa polskiego do granicy stanu przedzawałowego...

Zdrowych Świąt życzę.

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Rafał Ziemkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje