Kto, kogo?

​Tylko proszę, nie mówcie mi, że w tym sporze - co ja mówię o sporze, to jest już prawdziwa wojna! - chodzi o konstytucję czy prawo. Może i PiS nie miał prawa uchwalić "ustawy naprawczej", ale i Trybunał nie miał prawa nie uznawać jej a priori, jeszcze przed wydaniem wyroku, za niebyłą. Może i PiS nie miał prawa unieważnić wyboru wszystkich pięciu sędziów wybranych przez poprzedni Sejm (choć miał on prawo wybrać ich tylko trzech), ale prezes Trybunału nie ma prawa po swoim widzimisię jednych sędziów dopuszczać do orzekania, a innych nie.

Jeśli pan Rzepliński, jak twierdzi, broni prawa, to powinien odrzucić wszystkich albo wszystkich dopuścić - natomiast uznać pięciu sędziów, ale orzekać pozwalać prawem kaduka tylko trzem, to zwykła samowolka i czysta polityka, nie żadne prawo.

Reklama

"Rzeplińska" część sędziów Trybunału oskarża prezydenta Dudę o złamanie Konstytucji, bo ich zdaniem powinien kierować się "domniemaniem konstytucyjności" i zaprzysiąc niezwłocznie sędziów z nominacji PO-PSL, jako że uznać nieprawność ich wyboru władnym był tylko Trybunał.

Ci sami sędziowie mają jednak to samo "domniemanie konstytucyjności" głęboko w tyle, gdy orzekają we własnej sprawie, zastępując je, wedle własnego uznania, jakimś "domniemaniem złej woli", to znaczy a priori uznając "ustawę naprawczą" za przyjętą przez Sejm w niegodziwych intencjach. To są jaja, nie żadna tam obrona konstytucji.

A najśmieszniejsze w tym wszystkim, że tak, jak PiS mógłby spokojnie osiągnąć imputowany mu cel, czyli paraliż Trybunału, bez całego tego "konwalidowania" i międzynarodowego cyrku, jakie ono za sobą pociągnęło - tak samo i Trybunał mógł w obecnym składzie spokojnie zastosować się do ustawy i podjąć tę samą decyzję nieco później, w pełnym składzie, przy dwóch zdaniach odrębnych.

Widać z tego, że w gruncie rzeczy chodzi tu o to, kto postawi na swoim, kto przeciwnika upokorzy. Na tym froncie wojny polsko-polskiej, jak na każdym innym, istotna jest urażona godność. Przede wszystkim, w tym konkretnym wypadku, godność prawniczych elit powiązanych z układem rządzącym przez ostatnie ćwierć wieku.

Nie będę Państwa zachęcał do brnięcia w rozważania, czy art. 195 Konstytucji deroguje artykuł 197, czy może odwrotnie - każda ze stron ma swoich profesorów, którzy przedstawią argumenty na "tak" i na "nie", a i tak wiadomo, że to tak jak ze Smoleńskiem i wszystkim innym - albo ktoś nienawidzi Kaczora, albo tych, którzy go od ćwierć wieku usiłują zniszczyć i coraz bardziej nie potrafią.

Proponuję spojrzeć na to od strony czynnika ludzkiego. Jesteśmy profesorami prawa i to z tych najlepszych, z Krakowa, z Jagiellońskiego. Nasi ojcowie byli profesorami prawa, nasi synowie są profesorami prawa, nasze córki i synowe są wysokimi rangą sędziami i prokuratorami, a wnuczątka bawią się pluszakiem w kształcie paragrafu. Czyż nie jest oczywiste, że nad wszystkim, co dotyczy prawa, sprawowanie pieczy należy nam się jak przysłowiowemu psu buda albo jak peeselowi Ministerstwo Rolnictwa?

A tu przychodzi jakiś PiS, partia w ogóle nie wiadomo skąd, która nigdy się nie pofatygowała nam oddać należnych hołdów, i kogo robi ministrem sprawiedliwości ponad naszymi głowami? Jakiegoś Z I O B R Ę? Noż k... [tu usunąłem spory fragment, bo wyszedł mi zbyt naturalistycznie - przyp. Mój. RAZ] - po naszych trupach!!!

No i tu macie sedno całej "obrony demokracji" - a mówiąc ściśle, właśnie jej przeciwieństwa, zwanego uprzejmie "merytokracją", czyli nadrzędności fachowców nad "wolą ludu", bo lud w swych wyborach jest głupi i się nie zna. Owszem, rząd też ma po swojej stronie prawników, nawet też profesorów doktorów habilitowanych, których opiniami chwali na swej stronie Ministerstwo Sprawiedliwości, ale z UKSW-ordu czy Zielonej Góry, więc tacy się nie liczą.

Oczywiście, emocje prawniczego establishmentu same w sobie nie doprowadziłyby jeszcze do tak totalnej awantury, gdyby nie ogólna sytuacja. Przecież takich establishmentów jest wiele, i każdy czuje się zagrożony i upokorzony decyzją wyborców z października.

Ogólną sytuację najlepiej opisał - zdziwko, ale oddajmy cesarzowi co cesarskie - jeden z byłych przewodniczących TK, mgr Jerzy Stępień, w kręgach antypisowskich uznawany honoris causa za profesora, bo też gardzi Ziobrą, Kaczyńskim i innymi. Jerzy Stępień ujął to tak: "Myślałem, że to zamach stanu, ale to coś gorszego, to rewolucja. Oni chcą odsunąć nasza elitę i zastąpić ją własną".

Mówiąc bardziej dosadnie: jakieś chamstwo wdziera się nam do pałacu!

Istota sprawy w tym, że dotychczasowi mieszkańcy pałacu po ostatnich wyborach stracili wiarę w to, że mają dość siły, by ich powstrzymać. Z oczywistych względów odgrażają się jeszcze, że na wiosnę przyjdą miliony, że naród się przebudzi (to jak obecna opozycja kopiuje wszystkie smoleńskie odruchy PiS z ostatnich ośmiu lat, które tak wyśmiewała, to temat na osobny esej), ale sami w to nie wierzą.

Wierzą w Komisję Wenecką, w Radę Europy, w skuteczność lobbingu wpływowej rodziny Applebaumów w Waszyngtonie, w Niemców - jednym słowem w to, że inni arystokraci z sąsiednich pałaców przyjdą im z pomocą w potrzebie. Nałożą jakieś sankcje, upokorzą rząd Szydło i przeczołgają Dudę, i tak przywołają "ten kraj", który wykazał się niewdzięcznością wobec swoich oświeconych, do porządku.

PiS uważa to za dobrą wiadomość. Z debaty w Europarlamencie wyciągnął wniosek, że na wynoszeniu przez opozycję polskich sporów za granicę zyskuje. Bo ustawia mu to prostą narrację: znowu w chwili, gdy Polacy próbują naprawić swoje państwo, uaktywnia się Targowica, i krzycząc o obronie wolności i demokracji, a w istocie w imię swoich przywilejów, kołacze u interwencję u obcych dworów. Tu patrioci, tu eurovolksdeutsche - stań po właściwej stronie i daruj sobie rozliczanie PiS z jakości jego rządów, bo teraz nie czas na to.

Jeśli jedna strona jest pewna poparcia narodu, a druga świata, to żadna nie będzie skłonna do kompromisu. Choćby z "tego kraju" miał kamień na kamieniu nie zostać, trzeba postawić na swoim.

Lawina ruszyła.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje