Kto mianuje świętych?

W lawinie okolicznościowych tekstów, programów i specjalnych wydań o Papieżu najbardziej uderzające było dla mnie przepełniające je po brzegi, dojmujące niezrozumienie, co to takiego ta "beatyfikacja", w kościelnym języku zwana też "wyniesieniem na ołtarze". Jeśli ktoś ma o religii katolickiej pojęcie raczej słabe - a takie ma większość katolików, co dopiero mówić o agnostykach - to musiał odnieść nieodparte wrażenie, że tytuły "błogosławionego" i "świętego" przyznawane są tak, jak tytuły "bohatera pracy socjalistycznej", "człowieka roku" czy "doktora honoris causa". Ot, siada jakieś gremium, jakaś kapituła, naradza się i w końcu uznaje: zasłużył. I zarządza wynajęcie sali na okoliczność uroczystego wręczenia.

Dziwne doprawdy, że, na ile zauważyłem, żaden z licznie obecnych w czasie długiego weekendu w mediach duchownych sprawy nie wyjaśnił; może dla nich to zbyt oczywiste.

Reklama

Wezmę to na siebie. Otóż, zacznijmy od tego, że my, katolicy, wierzymy w Boga (i tu część dotychczasowych czytelników może zapewne zrezygnować z lektury, bo skoro ktoś tej wiary nie podziela, to dalej nie ma o czym dyskutować). Wierzymy, że On nie tylko istnieje, ale też wpływa na bieg wydarzeń na świecie. Między innymi przez to, że daje nam rozmaite znaki. Wierzymy też, że tych spośród nas, którzy żyją uczciwie, zgodnie z Jego nauką, przyjmuje On "do swej chwały". I wreszcie, że niekiedy daje nam o tym wyraźnie znać, najpewniej w tym celu, żebyśmy wiedzieli, kogo warto naśladować i u kogo szukać wsparcia.

Kościół ma doświadczenie wielu setek lat, z którego wynika, że odczytywanie Znaków, które dostajemy od Boga, nie jest rzeczą łatwą. Często przyjmuje się za takowy wydarzenie zupełnie naturalne, często rzekome cuda są skutkiem zwykłej histerii, czy, delikatniej mówiąc, przesadnego entuzjazmu. Bo, jak wiadomo, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane.

Część z państwa pamięta może jeszcze falę "cudów", kiedy to na różnych szybach w Polsce podnieceni dostrzegali cudowny obraz Matki Boskiej. W istocie powstawanie na szkle delikatnych, kolorowych plam, w których niektórzy dopatrywali się wizerunku kobiety z dzieckiem na ręku, było skutkiem działania pewnego konkretnego środka czyszczącego. Aby zabezpieczyć się przed podobnymi, delikatnie mówiąc, wpadkami, Kościół przez wieki rozwinął całą procedurę badania tego rodzaju zdarzeń i upewniania się, że mieliśmy do czynienia rzeczywiście z cudem, a nie czymś zupełnie innym. Trwa to wiele czasu i, generalnie, nacechowane jest daleko idącym sceptycyzmem, wedle założenia, iż lepiej przegapić prawdziwy cud niż skompromitować wiarę i Kościół ogłoszeniem fałszywego.

Mówiąc krótko: Kościół nie rości sobie prawa decydowania, kogo Pan przyjął do siebie, i, jak to się symbolicznie ujmuje, posadził po swojej prawicy, kogo uczynił doradcą, i za czyim pośrednictwem (czyli, w naszym żargonie, "orędownictwem") można u niego cokolwiek załatwić. Te wszystkie decyzje pozostają w ręku samego Wielkiego Szefa. My możemy się jedynie zastanawiać, czy trafnie odczytujemy otrzymane znaki, i czy w niektórych wypadkach nie dysponujemy pewnością, że dany nasz bliźni dostąpił szczególnego wywyższenia. Taką pewność, generalnie, daje tylko cud, który zdarzył się za wstawiennictwem prawdopodobnego świętego.

Tzw. proces kanonizacyjny polega więc nie na sporze, uznać za świętego czy nie, ale na badaniu - został świętym czy nie. A rozstrzygającym dowodem jest tu cud, który się zdarzył za wstawiennictwem domniemanego świętego. To, czy ktoś jest świętym, czy nie, to dla nas, katolików, sprawa obiektywna. Przy czym mamy pełną świadomość, że świętych jest znacznie więcej niż to wiemy na pewno - dlatego czcimy ich w specjalnym dniu Wszystkich Świętych, przez niedowiarków zwanym "świętem zmarłych".

Podoba się komu czy nie, to jego sprawa - ja mogę tylko mieć nadzieję, że i oświecenie dotrze kiedyś także do takich, którzy kierując się swoim wyobrażeniem rozumności uważają, że wiara to zabobon rodem z "ciemnego średniowiecza", a kult świętych i relikwii to po prostu coś w rodzaju widowisk odprawianych dla turystów w indiańskich rezerwatach. Wierzyć w to, że poprzestawianie wedle "starożytnej chińskiej wiedzy" mebli daje pieniądze, zdrowie i powodzenie w pracy, w horoskopy, w numerologię, reiki i tarota, to tak, to wszystko nie koliduje z byciem człowiekiem rozumnym, oświeconym i na poziomie. Ale wierzyć, że ampułka z krwią zmarłego Papieża może kryć w sobie jakąś nadprzyrodzoną moc, to ha, ha, ha. Nie mogę powiedzieć, żeby mnie to specjalnie poruszało - "każdy ma prawo wybrać źle".

Żyjemy w dziwnych czasach. Socjaliści siedzą na grubych portfelach akcji i tuczą się "wartością dodatkową" wyciskaną z mas pracujących, chrześcijańscy demokraci nie potrafiliby się nawet przeżegnać, nawet gdyby się nie wstydzili, konserwatyści prezydują "gejowskim" orgiom i pochodom, a intelektualiści młodej lewicy, chcąc rozpaczliwie jakoś być wobec papieża "anty", potrafią jedynie odkurzać liczące sobie kilka wieków zarzuty Lutra i Kalwina, z lekka tylko lukrując je retoryką z czasów wojującej bolszewii.

Nie dziwi mnie, że dla mediów, które generalnie wyznają inną, konkurencyjną wiarę, autorytetami w sprawach katolicyzmu są głównie apostaci, rozmaici byli księża i renegaci z zakonów. To, że taki pan Bartoś jest dla TVN czy "gazety wyborczej" równym skarbem, jak dla CIA w czasach "zimnej wojny" jakiś przewerbowany były agent KGB czy GRU, to dla mnie oczywiste i nic tu do dumania.

Bardziej dziwi mnie przypadek pana Oszajcy, który we wspomnianej gazecie umizguje się do "poważnych intelektualistów", że nie taki on głupi, aby wierzyć, że za sprawą Jana Pawła II mógł się zdarzyć jakiś cud (chociaż w cuda Tuska zapewne wierzy) - a jednocześnie używa tytułu katolickiego księdza. Chociaż tak podstawowego księżowskiego atrybutu jak sutanna najwyraźniej się wstydzi, występując zawsze w stylizacji na Lwa Trackiego z okresu ostatniego pobytu w Meksyku.

W porządku, pan Oszajca nie wierzy w cuda, w świętych obcowanie, ciała zmartwychwstanie i inne takie "zabobony" - Bóg z nim, może jeszcze kiedyś spotka na swej drodze jakiegoś mądrego księdza, co go nawróci. Ale dlaczego u licha facet męczy się w takim razie w zakonie, zamiast wzorem innych "światłych" wziąć sobie babę i urządzić żywot jako świecki autorytet od demaskowania "błędów i wypaczeń" instytucji tradycyjnie będącej głównym wrogiem wszelkiego sortu sił postępu?

Rozumiem, że po to, żeby manipulatorzy z Czerskiej mogli skuteczniej mącić Polactwu w głowach, podbudowując antykatolickie opinie autorytetem katolickiego księdza. Ale w takim razie może kościelna zwierzchność jakoś by takiej hucpie zechciała przeciwdziałać? Czy też w cieniu wielkiego Papieża Polaka uległa już niepostrzeżenie kompletnemu rozkładowi i degrengoladzie?

Rafał Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: kim

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje