Ministerstwo Niesprawiedliwości

Dymisję Cezarego Grabarczyka ogłoszono i przyjęto w tempie ekspresowym: jeszcze wczesnym popołudniem premier Kopacz mówiła publicznie, że nie widzi do niej żadnych powodów, a wczesnym wieczorem już było po ministrze. Nazwisko jego następcy ogłoszono jeszcze szybciej - co prawda, mało komu ono cokolwiek mówi, ale nie ma to znaczenia. W logice, jaką posługują się rządzący - to znaczy, logice potrzeb agitacji i propagandy, zwanych dziś uprzejmie "pijarem" względnie marketingiem politycznym - jest to wszystko doskonale zrozumiałe.

O tym, że minister sprawiedliwości posługuje się fałszywym pozwoleniem na broń i w czasie rzekomego egzaminu był zupełnie gdzie indziej, "Gazeta Polska" pisała na początku marca. Bez jakiejkolwiek reakcji. Dopiero gdy temat - jakiż wajchowy to sprawił? - podjęła "Wyborcza" i TVN, poczuli się politycy PO i ich presstytutki w obowiązku zacząć wciskać narodowi kit, że to żaden problem, że przecież minister nikogo nie zastrzelił, że Czarek fajny jest i na pewno nie chciał nic złego, w ogóle, te lewe papiery, które kodeks karny wycenia na trzy lata odsiadki i za które prostego obywatela by zgnojono jak nic, to tylko drobiazg, formalność.

Reklama

I może by się rzeczywiście udało rzecz zatachlować, jak wiele innych, gdyby nie zaczęła do wyborców docierać wiedza o matactwach prokuratury i odsuwaniu od śledztwa kolejnych prokuratorów, którzy zdaniem kierownictwa "niewłaściwie ocenili materiał dowodowy", to znaczy, chcieli stawiać zarzuty jednemu z najbardziej wpływowych aparatczyków rządzącej Partii. Wiadomo, że prawo jest dla frajerów, a nie dla żony Nowaka, syna Halickiego czy tym bardziej dla urzędującego ministra, i to tego, który prawo i jego wymiar nadzoruje.

Wyborca, jak to ujął pewien politolog, ma pamięć złotej rybki, ale na dziesięć dni może jednak kojarzyć. Gdyby dziennikarz gazety "Wyborczej" z zajrzeniem do "Gazety Polskiej" i przepisaniem z niej niusa o lewym zezwoleniu na broń pospieszył się o miesiąc albo o miesiąc polenił, Partia wraz oddanymi jej redaktorami i aktorami spokojnie by Grabarczyka obroniła. Ale jest dziesięć dni do wyborów, więc między wczesnym popołudniem a wczesnym wieczorem ktoś przyleciał do pani premier z najnowszym wewnętrznym sondażem albo zadzwonił z Belwederu, albo jedno i drugie, i stało się jasne, że smród się rozszedł, trzeba coś zrobić.

Zrobić zaś mogła Partia w tej sytuacji tylko jedno: zamknąć sprawę piorunem, zanim ludzie rozjadą się na majówki i grille, tak, żeby tam o wszystkim zapomnieli. Stąd właśnie konieczne było ogłoszenie nazwiska nowego ministra, jakiegokolwiek nazwiska, od razu, aby uciąć spekulacje, które inaczej, mocą świątecznej posuchy, wypełniałyby czas antenowy przedłużonego weekendu. Jak nerwowo się to wszystko odbywało, najlepszy dowód, że pani premier nie zdążyła się nawet nauczyć imienia nowego ministra i zaprezentowała go światu jako Borysława Budkę. (Zawsze głosiłem teorię, że prezydent wytwarza wokół siebie jakieś pole, w którym wszyscy bronisławieją na jego wzór i podobieństwo - ot i macie dowód).

Czy "Borysław" nadaje się na to stanowisko? Jeśli tak, to czystym przypadkiem. Osobiście uznałbym to za rzecz dziwną, bo z jego oficjalnie dostępnego życiorysu nie wynika, by kierował kiedykolwiek czymkolwiek, choćby własną kancelarią. Teoretyk, dość młody wykładowca akademicki, ekspert piszący jakieś papiery na użytek naszych spraw w Unii Europejskiej - jeśli wierzyć Andrzejowi Dudzie, dobry prawnik. Ale minister nie musi być dobrym prawnikiem, musi natomiast zarządzać resortem wyjątkowo skomplikowanym, pełnym struktur formalnych i nieformalnych wyrażających różne sprzeczne interesy, wymagającym obycia, doświadczenia. Fakt, że przeżywalność na tym stanowisku nie przekracza roku, nawet w trwającej od lat bez zmian koalicji rządowej o czymś świadczy.

No, ale nowy minister będzie i tak tylko do wyborów - zanim zdąży się połapać, czym zarządza, będzie się tasowało karty na nowo. Potrzebny jest, jako się rzekło, wyłącznie po to, żeby być. W pierwszej chwili sądziłem, że Ewa Kopacz powtarza ulubiony manewr swego protektora, Donalda Tuska - wyciąga na wysokie stanowisko człowieka bez politycznego "podwieszenia", z tylnych szeregów, takiego, który wszystko będzie zawdzięczał jej. Dopiero koledzy lepiej ode mnie zorientowani w kuluarowych rozgrywkach w Partii uświadomili mi, że pan Budka uchodzi za oddanego schetynowca. No, to jak tak, to możemy być pewni, że tematów do pisania nam nie zabraknie - lis dostał się do kurnika, to znaczy, frakcja schetynowska do największej w kraju hakowni. (Tu, by się nie powtarzać, zachęcam zainteresowanych do przeczytania co napisałem o zbliżającej się "schetynowskiej odwilży" w PO w moim macierzystym tygodniku).

Oczywiście, nie znaczy to wcale, że schetynowcy mogą już opijać ostateczne uwalenie "spółdzielni". Owszem, Biernat ma na głowie CBA za swoje luksusowe autko, na które ten niezwykle zaradny człowiek uskładał z poselskiej pensyjki, Grabarczyk może mieć postawione przez prokuraturę zarzuty, ale nie musi, bo może manewr propagandowy się uda i sprawa rozejdzie po kościach jak tyle innych - nie zmienia to faktu, że obaj nadal mocno trzymają partię i to oni będą układać listy wyborcze, które są głównym argumentem we wszelkiego rodzaju "ruchach frakcyjnych". Ale, jak to mówili przodkowie, garnek zaczął ciec, a jak już raz zaczął, to będzie ciekł coraz bardziej aż w końcu wycieknie z niego wszystko.

Co to wszystko obchodzi normalnego człowieka? Ano powinno, bo ten smród sygnalizuje gnicie najbardziej dla niego istotnych państwowych struktur. Trudno nie zapytać - ile rozmaitych śledztw skręcono tak, jak sprawę Garabarczyka? Ilu prokuratorów za "złą ocenę materiału dowodowego" zostało posłanych na prowincję albo do ścigania alimenciarzy i pijanych rowerzystów? A ilu, co jeszcze ważniejsze, widząc los tamtych zrozumiało, że materiał dowodowy oceniać trzeba właściwie, zgodnie z potrzebami i sugestiami przełożonych, i sprostało ich wyśrubowanym wymaganiom?

Znany dziennikarz sportowy napisał - przypadkiem właśnie teraz - o swoim koledze, kibicu, który już trzy i pół roku siedzi za przysłowiowe "zgniłe ryby", wyłącznie na podstawie zeznań jednego "świadka koronnego", nie potwierdzonych przez nikogo, sprzecznych z zebranymi dowodami. Przez te trzy i pół roku niczego mu nie udowodniono, zresztą nie starano się - ot, taka sama sprawa jak ze "Staruchem". Albo jak z prywatnymi więźniami Ludwika XVI, trzymanymi w Bastylii latami, bo kiedyś tam kazano gościa zamknąć, a potem dworzanin, który jedyny wiedział za co i po co awansował albo popadł w niełaskę i tak już zostało. Człowiek, który ośmielił się na więc wyborczy prezydenta przynieść krzesło i wznieść szyderczy okrzyk przesiedział już miesiąc, a teraz na kolejny miesiąc zamknięty został - decyzją administracyjną - w psychiatryku. W psychiatryku! - jak w Związku Sowieckim, jak we wschodnich satrapiach. A ile jest takich spraw?

To nie jest śmieszne, to naprawdę stawia włosy na głowie. Skretyniała, szwejkowska prokuratura lubi na wszelki wypadek mieć w piwnicy kogoś, kim się może pochwalić władzy - jak rządziła lewica, to Wąsacza, jak PiS, to jakiegoś "skorumpowanego" prezesa wydawnictwa albo doktora, jak PO, to Pinkasa albo paru "kiboli". Jak się takiego potrzyma, to się do czegoś w końcu przyzna, a jak się nie przyzna, to się w końcu coś wymyśli, a jak się nie wymyśli, to tym bardziej nie można go wypuścić, póki się do czegoś nie przyzna, co by jego zatrzymanie uzasadniało, bo inaczej pójdzie do Strasburga i prokurator dostanie opeer, nie żeby duży, ale zawsze to brzydko w papierach będzie wyglądać. Każdego można zgnoić, wystarczy parę liści - no, chyba że to synalek jakiegoś ministra albo prawdziwy bandzior, bo ci mają z reguły dobre podwieszenia.

Oczywiście, ponad prokuraturą są jeszcze sądy. Najuprzejmiej mówiąc - pełna loteria. W sprawie Mariusza Kamińskiego ten sam sąd rejonowy orzekał trzy razy, dwa razy go uniewinniając, i dopiero za trzecim razem znaleziono sędziego który "właściwie ocenił materiał dowodowy" (za tę "niezależność" odchodzący w chwale minister Grabarczyk zdążył go jeszcze rzutem na taśmę nagrodzić). Bynajmniej nie jest to wypadek odosobniony. Pamiętam sprawę, którą swego czasu wytoczono w trybie wyborczym jednocześnie w czterech różnych sądach, w każdym składając dokładnie taki sam pozew - i każdy z czterech wyroków był zupełnie inny.

Ale po co narzekać. Przecież i tak nie chcemy wiedzieć o niczym, co zaburza nasz barani spokój i ciepełko. Powtórzmy sobie parę razy "bezpieczeństwo, bezpieczeństwo, bezpieczeństwo", i "zgoda, zgoda, zgoda", jeśli nie wystarczy, to powtórzmy to głośniej, na przykład - "bezpieczeństwo i zgoda, bo jak nie to wpie...l!" - i odetchnijmy głęboko grillową atmosferą majówki. Tak, jak coś gnije, to śmierdzi, takie są odwieczne prawa natury - ale przecież są dezodoranty!

Z pierwszomajowym pozdrowieniem dla niezależnej prokuratury, niezależnych sędziów i niezależnych dziennikarzy. Im wszystkim, ludziom dobrej roboty, bo są przecież - priwiet, i artystyczny, majowy program.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje