Na resortowo

Nie przeczytałem jeszcze "Resortowych dzieci", mimo że otrzymałem je od autorki z dedykacją dla moich córek (bez żadnych aluzji − na wszystkich książkach biorę dedykację dla córek właśnie, ja już swoją bibliotekę zgromadziłem). Nie przeczytałem, bo mi żona zabrała i nie chce oddać, tak ją wciągnęło − zaproponowała, że może mi w zamian dać swojego Greya, ale z tego to ja z kolei zrezygnowałem.

Żona generalnie jest apolityczna, na tyle, na ile to możliwe, jeżeli jest się żoną kogoś takiego jak ja, ale otarła się w życiu o jedną i drugą telewizję, większość bohaterów książki zna i widziała, jaką drogą dochodzili oni do znaczenia i pieniędzy, którymi się cieszą dzisiaj.

Reklama

Więc nie będę się wypowiadać o samej książce, ale o zjawisku pn. "resortowe dzieci w mediach III RP". Bo takie zjawisko jest. Co więcej, jest to zjawisko znaczące i publikacja wspomnianej książki sprowokowała falę propagandowego szumu, który ma w oczach naiwnego Polaka kompletnie zafałszować sprawę.

Propaganda generalnie operuje oskarżeniem, jakoby chodziło tu o "rozliczanie dzieci z win rodziców", a ulubionym jej argumentem stało się wyszukiwanie partyjnych wśród przodków dziennikarzy opozycyjnych. Między innymi ktoś na tej fali zajrzał do mojej książki i dowiedział się, że mój Ojciec też przez pewien okres swego życia należał do PZPR. No, należał - nigdy z tym nie miałem problemu.

Przeżył ruskie "wyzwolenie", przeżył stalinowską czystkę w Szkole Lotniczej w Dęblinie, która dla niego się szczęśliwie skończyła tylko na przeniesieniu do służby zasadniczej w piechocie, miał dzieci − uznał, że nie będzie kozakował i ryzykował utraty pracy. Więc przyjął tę legitymację i ją miał, dopóki musiał, a jak już mógł, to ją im oddał. W życiu nie powiedział o sowieckiej okupacji i socjalizmie słowa, którego by się potem musiał wstydzić on albo jego synowie, z myślą o których taką a nie inną decyzję podjął. Jeśli ktoś chce nim sobie gębę wycierać, to niech spróbuje mi udowodnić, że jego kapitulacji przed komuną w jakikolwiek sposób zawdzięczam swoją karierę (jeśli ktoś oczywiście uważa, że zrobiłem karierę).

Bo tu nie chodzi o tych, których rodzice "należeli", tylko o to, że kiedy w stanie wojennym komisje weryfikacyjne oczyściły media z elementów solidarnościowych (często zresztą z ludzi, którzy też "należeli", bynajmniej nie z miłości do Sojuza, ale "zdradzili" Partię włączając się w ruch "Solidarności"), to na ich miejsce świadomie preferowano dzieci esbeków, milicjantów, prokuratorów i nomenklatury.

Podobnie zresztą jak przy poluzowywaniu rygorów gospodarczych celowo dawano pierwsze zezwolenia na prowadzenie "firm polonijnych" i "ajencji" przede wszystkim mundurowym i ich rodzinom. I tu, i tam ci spokrewnieni z władzą mieli zapewnione kariery ze wspomaganiem. I tu, i tam została według tego mechanizmu stworzona elita III RP. I o to chodzi. Nie o to, że ktoś miał ojca w KC, tylko o to, co mu towarzysz tatuś załatwił. Nie czytałem książki, może ma jakieś wady, może autorzy jedną czy drugą osobę dodali tam niepotrzebnie - nie wiem, nie wypowiadam się, ale zjawisko i jego skala jest faktem.

Moja żona pracowała przed laty przy jednym z najbardziej oglądanych programów telewizyjnych. Widziała z bliska, jak próbowało wejść do mediów pokolenie ludzi nowych, którzy w takiej np. TVP znaleźli się po 1989 roku. Było tam mnóstwo ludzi utalentowanych, pełnych zapału, pracowitych, fachowych. Ale karier nie porobili, poza nielicznymi, którzy się ewidentnie zaprzedali postkomuszej sitwie. Nagle nabijali się na szklany sufit − pięknie-ładnie, ale do riserczu, do archiwum, do drugorzędnych projektów. A nagle pojawiał się jakiś leszczyk prosto ze studiów, nie dość, że zero, wręcz minus, bo i się jąkał, i seplenił, i jakieś tiki nerwowe, no, zupełnie nie na wizję − nie, właśnie on będzie prowadził, właśnie on dostaje to wszystko, czego zdolniejszym odmówiono.

Pojawia się jakaś paniusia, ani ładna, ani inteligentna, ani zdolna, ale nagle wszyscy szefowie pieją zachwyty i dają jej program-samograj, o którym niespokrewnieni nie mieliby co marzyć. I dopiero jak się człowiek dowie, z kim jedno czy drugie było spokrewnione, i  dopiero jak dostrzeże korelację między stopniem spokrewnienia, a stopniem obecnego włazituskizmu i zachwytu nad cywilizacyjnym sukcesem III RP... I żeby to był jeden, dwa, dziesięć przypadków, ale w tym właśnie sedno sprawy, że zjawisko ma charakter masowy. Dopiero jak sobie człowiek uświadomi, że trudno splunąć na salon, żeby nie trafić kogoś z tego rozdania, to nachodzą go tzw. głębsze refleksje.

Gdyby ktoś policzył, że dajmy na to w Chile czy Argentynie 80 proc. pracowników mediów to dzieci generalicji i służb z czasów dyktatury, i wszystkie one zajadle bronią jej reliktów, to sama "Wyborcza" by taką książkę chwaliła pod niebiosa. Ale taka książka, przypuszczam, nie powstanie, bo nawet kraje latynoskie nie są aż tak feudalne, jak III RP. Bo warto dodać, że media czy biznes nie są tu wyjątkiem, że mechanizm działa nawet tam, gdzie nie ma ani śladu polityki.

Ot, patrzy człowiek na sławną aktorkę i nijak nie rozumie tej sławy, bo gra jak drewno, brzydka i nawet wdzięku, jaki czasami brzydkie kobiety mają, za grosz − a rola za rolą, okładka za okładką, sława, sława! A tu po prostu tatuś jest sławnym aktorem, więc córeczka też. Patrzy człowiek i wie doskonale, że jakby tatuś był sławnym adwokatem, to ona by była panią mecenas, jakby tatuś był profesorem ordynatorem, ona sławną specjalistką od tej samej choroby, a jak prezesem górniczo-hutniczym... Bo to właśnie istota III RP.

Mam przyjaciela, którego ojciec był wysokim rangą oficerem "ludowego wojska", przy samym Jaruzelu. Ale on sam nigdy z tego tytułu nie wyciągnął żadnej korzyści, jest uczciwym człowiekiem i antykomunistą, do wszystkiego doszedł sam. Pracuję z ludźmi, którzy z różnych przyczyn należeli, ale nie mieli z tego nic, co najwyżej kłopoty. I zresztą nigdy z tego nie robili tajemnicy. No i co?

Towarzystwo, gdy mu już całkiem się skończą argumenty, zawsze ma w zanadrzu jeden, żelazny: kto kwestionuje mechanizmy awansu i kariery w III RP, ten, ha, ha, jest "sfrustrowany". Ja i tego nie ukrywam - tak, jestem sfrustrowany, bardzo. Ale nie tym, czego się sam w wieku 50 lat dorobiłem, bo tu do narzekania nie widzę powodu.

Jestem bardzo sfrustrowany tym, że mój kraj, o niepodległości którego Tata nawet nie śmiał śnić, jest wciąż typowym krajem neokolonialnym, feudalnym, wysysanym i niszczonym przez nomenklaturowe sitwy. I jedyna pociecha, że jest nas takich sfrustrowanych, wydaje mi się, coraz więcej, i jak się pewnego dnia zbierzemy razem, to niejednego kopniemy w de tak, że się zatrzyma dopiero w tym mieście na wschodzie, gdzie jego towarzysz tatuś kończył przed laty akademię...

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje