Nasz "parszywieńki" przyjaciel Trump

Ukazała się książka kuriozalna, choć w swej kuriozalności typowa - nie podam tu jej tytułu ani nazwiska autora, zaraz zrozumiecie Państwo dlaczego. Książka tytułem, a nawet kolorystyką i układem okładki (co ociera się o wydawnicze piractwo) nawiązuje do głośnej przed kilku laty pracy Piotra Zychowicza "Pakt Ribbentrop - Beck". Nie przypadkiem, jest bowiem w całości atakiem na nią i na samego Zychowicza. Ale nazwisko "Zychowicz" w niej ani razu nie pada! Nazwisko "Ziemkiewicz" też zresztą nie - choć nie brak rozmaitych aluzji, że i mnie ma owa praca pognębić. Nie pojawiają się też nazwiska, dajmy na to Sławomira Cenckiewicza czy Grzegorza Górskiego, by wśród historyków kwestionujących głoszoną w owej książce "prawdę jedyną" ograniczyć się tylko do profesorów.

Zamiast z konkretnymi tezami - książka polemizuje z bliżej nieokreślonymi "rewizjonistami". Autor sypie faktami, fakcikami i cytatami, niczym Świadek Jehowy cytatami z Pisma, czyni to z zapałem i namiętnością godną posłanki Scheuring-Wielgus, i, trzeba przyznać, obalanie "tez rewizjonistów" idzie mu znakomicie, ale przecież nie może to dziwić, skoro sam je najpierw właśnie pod kątem łatwego obalenia formułuje. 

Reklama

Ciekawe, czy autor, którego nazwiska za karę też nie wymienię, wie, jakich ma antenatów. W sławnej kawiarni artystycznej "Pod Picadorem", z której wyrosła najbardziej znana grupa poetycka międzywojnia, stałym elementem programu były polemiki z niejakim profesorem Kuśmidrowiczem. Kuśmidrowiczowi (czasem zwanym też mecenasem) przypisywali pikadorczycy wszelkie irytujące ich "filisterskie" zabobony i co wieczór, przy wielkim aplauzie młodopoetyckiej publiczności, robili sobie z niego jaja, bez większego trudu, skoro była to postać fikcyjna, a przypisane mu poglądy stanowiły luźny zlepek stereotypów o tępym "filistrze" i "kołtunie". No, tylko że pikadorczycy działali na pograniczu kabaretowego żartu i nie puszyli się na każdym kroku swoim wykształceniem i warsztatem. 

Kuriozalne, ale typowe: jeśli się zastanowić, to przecież cała nasza debata publiczna toczy się coraz bardziej metodą polemik z Kuśmidrowiczem. W jednej telewizji "debatują" dyskutanci doskonale się ze sobą każdym punkcie zgadzający, i w drugiej też, tylko oczywiście jedni i drudzy zgadzają się co do czegoś wręcz przeciwnego. I jedni, i drudzy mają swoich oddanych kibiców, i do nich to monologują, ku ich uciesze, wyszydzając i roznosząc w puch wyobrażenia o "tamtych". A owi kibice, utwierdzeni w wierze w swą jedyną słuszność, reagują na to aplauzem. 

Wspomniana książka też oczywiście spotkała się z aplauzem, a jakże, już czytam o "znakomicie udokumentowanym" dziele rozbijającym jakoby w pył teorie do których nijak się nie odnosi, o jakiejś udanej "korridzie z rewizjonistami" etc. To nie dziwi, bo rzecz zaspokaja istotną psychiczną potrzebę - utwierdzenie piewców romantycznej wizji Polski, w przybliżeniu można użyć określenia, "pisowskiego hard-koru", w wierze, że nasza heroiczna historia, acz tragiczna, była pasmem wyborów głęboko trafnych i nic w niej nie wolno kwestionować. 

A że pamflet ów napisano "na Kuśmidrowicza"? Cóż, nie da się takiej "polemiki" napisać inaczej, niż jako wygłaszany gdzieś obok niewygodnych pytań monolog do tych, którzy z góry przekonani są, że przecież nie można było zawrzeć porozumienia z Hitlerem. 

Powtórzę: rzecz nie w tym, że Polska nie zawarła w 1939 roku porozumienia z Hitlerem, tylko z tym, że je zerwała w najbardziej dla siebie niekorzystnym momencie. Jeśli się chciało powiedzieć Hitlerowi "nie", trzeba było zrobić to wcześniej. A jeśli się nie zrobiło, i już wlazło z nim do Czechosłowacji, to nie wolno było właśnie wtedy, w imię iluzorycznego sojuszu z Anglią, zawracać skierowanej na Zachód agresji Niemiec ku Polsce. Niechby Hitler lazł, jak zamierzał, na Francję - a my, za cenę utraty Gdańska, którego i tak nie mieliśmy - zyskalibyśmy czas na przygotowanie się do wojny. 

Zwracam uwagę, że jesienią 1939, kiedy to Hitler zamierzał ruszyć na Paryż, Niemcy nie wpadli jeszcze na pomysł uderzenia przez Ardeny, które w 1940 Francuzów przeraziło aż tak bardzo, że po półtora miesiąca poddali się i odwróciwszy sojusze przeszli do obozu Hitlera (bo hołubiony przez naszą historiografię mit, jakoby "najsilniejsza ówczesna armia lądowa" została przez te sześć tygodni "blitzu" rozgromiona, kojący polski ból po pogromie Września, jest fałszem - Francja nie została pokonana, tylko haniebnie stchórzyła, w chwili kapitulacji miała wciąż więcej wojska, czołgów i samolotów niż Niemcy, a ci ostatni gonili resztką zapasów). W 1939 Niemcy zapewne ugrzęźliby na linii Maginota i w Belgii, czyli tam, gdzie ich alianci oczekiwali - a ponieważ do wojny innej niż "błyskawiczna" byli kompletnie nieprzygotowani (w kampanii polskiej zapas bomb lotniczych i amunicji wyczerpali praktycznie w dwa tygodnie, a paliw w trzy) zapewne niemieccy generałowie odsunęliby führera od władzy, jak szykowali się to zrobić już rok wcześniej, gdyby był rozpoczął wojnę o Czechosłowację - to znaczy, gdyby stawiła mu ona bodaj symboliczny opór. 

Oczywiście, "co by było gdyby" nie jest żadnym argumentem - choć to tego właśnie argumentu najchętniej używają pogromcy "rewizjonizmu". Chcę po prostu uświadomić, że historia była bardziej skomplikowana, niż każą nam wierzyć brązownicy do dziś legitymizujący graniczącą ze zbrodnią głupotę Becka i Rydza. I tak naprawdę wciąż niewiele o tej historii wiemy. Została przykryta tak grubo kłamliwymi samousprawiedliwieniami, krzepiącymi serca bajkami i mitami, że zagłębianie się w nią oznacza mozolne odskrobywanie warstw fałszu, jednej wyłażącej spod po drugiej. 

Ale powoli się to udaje. W cztery lata po napisaniu swojej książki o samobójstwie sanacyjnej Polski wiem o nim i rozumiem o wiele więcej - i nie ja jeden. To właśnie wprawia brązowników w furię i każe im tym usilniej warczeć na "rewizjonistów". 

Rzecz w tym, że ta historia jest żywa. Dlatego właśnie o Becku i Rydzu pisuję czasem Państwu tutaj, a nie w jakimś wyspecjalizowanym portalu historycznym. Fałszywa historia jest matką fałszywej polityki. Upieranie się, że "nie było innego wyjścia" przed tamtą wojną, uczy polityki polegającej na bezmyślnym pchaniu głowy w pętlę, bo "nie ma innego wyjścia", także dziś. 

W narracji "brązowników" działanie międzywojennej Polski przedstawiane jest jako beznadziejne próby opóźnienia zagłady, nieuchronnej wobec rosnącej potęgi dwóch agresywnych sąsiadów - próba "siedzenia na dwóch stołkach". Współczesny Zachód widział to inaczej - "Polska postanowiła być szakalem przy niemieckim lwie", pisał wówczas amerykański tygodnik. W istocie zaś było jeszcze inaczej. Rydz Śmigły i Beck (Mościckiego, nadającego się tylko do funkcji  reprezentacyjnych, można pominąć) prowadzili politykę nie tylko bez świadomości narastającego zagrożenia - ale wręcz w przekonaniu, że to my, Polacy, rozdajemy karty, jako szóste mocarstwo na świecie (szóste na razie, ale budowanie "polskiej mocarstwowości" dopiero się zaczęło). 

Nic dziwnego, że Zachód widział w Becku sprzymierzeńca nazistów - jego rzeczywiste motywacje nie mieściły się w tamtejszych głowach. W zestawieniu z rzeczywistym potencjałem II RP mocarstwowe uroszczenia były to tak absurdalne, że dzisiaj jest łatwo wierzyć w bajki, które wyprodukowane zostały już po wrześniowej katastrofie, przez jednych dla samousprawiedliwienia, przez innych dla ratowania dobrego imienia Polski i dobrego samopoczucia Polaków, zmiażdżonych przez zbrodnicze totalitaryzmy i zdradzonych przez sojuszników. Ale do momentu katastrofy nie tylko Rydz i Beck, także liderzy opozycji (ci może nawet bardziej jeszcze) uważali, że ZSSR chyli się do nieuchronnego upadku i niebawem ruszymy na wschód, by zagospodarować tam rozległe, spustoszone tereny - a Niemcy są słabi, mają czołgi z tektury i zbyt się boją wojny, by się nimi przejmować. Kolejne rewindykacje Hitlera nie przeszkadzały nam i nie były powodem, by przyjmować oferowane przez Zachód antyniemieckie porozumienia, bo póki co przydawały się do umacniania naszej mocarstwowości. A gdyby nam miały zagrozić - to, uważaliśmy, łatwo sobie przecież z niemiaszkami poradzimy. Na tego śmiesznego kaprala wystarczy tupnąć - a gdyby nie wystarczyło, to nasze wojska spuszczą mu manto, jak bolszewikom w 1920. Jeśli "parszywieńki zachód" (jak to nazwał Piłsudski) będzie chciał nam w tym pomóc, to dobrze, jeśli nie - jeszcze lepiej, cała chwała będzie dla nas. 

Cała niewymieniona tu z tytułu książka, sądząc po pobieżnym przejrzeniu, opiera się na dowodzeniu, że Hitler był wariatem, więc żadne układy z nim sensu nie miały. Gdyby nie był wariatem, wywodzi autor, toby się przestraszył wojny na dwa fronty, no, nie przestraszył się, ale powinien, więc polityka Becka była racjonalna - tylko Hitler nie był. Jedno ta teoria pomija: to, że Hitler nie przestraszył się naszego sojuszu z Wielką Brytanią wyszło mu na dobre, bo przecież tę wojnę na dwa fronty wygrał. 

Kto był wtedy wariatem? Ten, kto obiecywał sojusz bez możliwości wywiązania się ze zobowiązań, ten, który blef podjął i owym bezwartościowym sojuszem chciał rozpędzonego Hitlera nastraszyć - czy sam Hitler, który przejrzał rzeczywistą wartość zachodnich "gwarancji" i z najgorszym dla nas skutkiem powiedział "sprawdzam"? W istocie, Hitler popełnił w 1939 roku błąd, który doprowadził do jego zguby, ale nie dotyczył on oceny polskich sił ani gotowości Anglii i Francji do wejścia w wojnę. Wariat Hitler uwierzył w racjonalność Stalina, wierząc, że zadowoli się on zaproponowanym mu na trupie Polski podziałem świata, w którym Niemcy podbiją dekadenckie mocarstwa zachodnie, a Sowieci wezmą sobie ich kolonie. Ale Stalin nie chciał Indii ani Bliskiego Wschodu, chciał Europy - gdyby było inaczej, sojusz nazistów z komunistami rządziłby światem kto wie, czy nie do dziś. 

Izraelski premier, który w ostatnich miesiącach cynicznie i brutalnie rozjechał Polskę, wykorzystując naszą własną głupotę okazaną ustawą o IPN, prze do rozpętania na Bliskim Wschodzie wojny. Wydaje się przy tym kierować podobną logiką, co niemieccy sztabowcy w 1914: Iran szybko się rozwija, lepiej zacząć teraz, bo z każdym rokiem będzie trudniej. Wydaje się, że i Putin, i Trump, każdy na swój sposób i z odmiennych powodów, sprzyjają jego planom. A co na to my? Pójdziemy na tę wojnę za przewodem przyjaciół, tak jak do Iraku? 

Od dwóch lat w kuluarowych rozmowach z pisowcami usłyszeć można było tylko jedno: mamy sojusz z USA, to najważniejsze. Niemcy? Niech się wypchają, mamy sojusz z USA. Bruksela - patrz wyżej. Czy politycy PiS nie pojmują, że w polityce postawienie tylko na jednego partnera oznacza oddanie mu się na dobre i na złe, całkowite poddanie? Że zachowujemy się wobec USA jak idiotka, która mówi partnerowi: bez ciebie zginę, bez ciebie nie umiem żyć, nie poradzę sobie w żaden sposób, więc mnie nie zdradź. Tym, którzy nie mają stosownego doświadczenia życiowego powiem: mężczyźni to dranie i nie wolno im tak mówić. Zwłaszcza prezydentom. 

Wczoraj nasz wielki - bo jedyny, obok Wiktora Orbana - przyjaciel podpisał ustawę znaną jako "JUST447". Ustawę wymierzoną przeciwko Polsce, bardzo dla nas niebezpieczną. Jakie są polskie reakcje? Wyparcie, wyciszanie sprawy w mediach, wmawianie sobie i wszystkim, że ta ustawa nie ma znaczenia (to po cholerę by ją przyjmowano?), że nas nie dotyczy, że w ogóle, Trump, nasz przyjaciel, nawet jeśli to podpisał, to na pewno podpisanej przez siebie ustawy przeciwko nam, przyjaciołom, nie wykorzysta. No, może. Ale za dwa lata Trumpa może zastąpić jakaś poprawiona wersja Hillary Clinton - i co wtedy? Wtedy powiemy, że "parszywieńki Zachód" znowu nas haniebnie zdradził i oszukał. 

Kompletny brak realizmu, chciejstwo, brak jakiegokolwiek "planu B", miotanie się między kompleksem niższości a kompleksem wyższości... Państwo nie widzą w tym skutków wychowania na fałszywej wizji historii? Bo ja tak.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje