​Nic się nie stało, w Smoleńsku nic się nie stało...

Wierzyć raportowi Anodiny, komisji Millera, zespołowi Laska i innym heroldom oficjalnej narracji - to moim zdaniem tak, jak wierzyć w to, że Lech Wałęsa nie był Tajnym Współpracownikiem SB o kryptonimie "Bolek". Że jako prezydent kazał sobie dostarczyć oryginały dokumentów pracy wspomnianego TW, niezbity dowód, że był to zupełnie kto inny, i ten niezbity dowód własnej niewinności zniszczył. Ba, jeszcze kazał smutnym panom wykraść wszystkie inne dokumenty, które jego niewinności dowodziły - archiwa w gminie, akta pracownicze ze stoczni, może nawet archiwum tej sławnej trójmiejskiej kolektury, w której przez tych parę lat, kiedy trwała ożywiona donosicielska działalność "Bolka", wygrywał regularnie drugą pensję...

Można w to wierzyć? Osobiście miałbym się za idiotę. Ale liczni intelektualiści, wysocy urzędnicy państwowi i inni przedstawiciele elity wierzą święcie, a w każdym razie przekonująco udają, że wierzą. Demonstracyjnie wykpiwają tych, którzy ufają ustaleniom historyków i zdrowemu rozsądkowi, odżegnują od czci i wiary, bluzgają i powtarzają chórem, że oczywisty nonsens jest prawdą oczywistą i niepodważalną.

Reklama

Albo powiem inaczej: wierzyć Anodinej, Millerowi i Laskowi to tak, jak wierzyć niejakiemu Grossowi, że w lipcu 1940 roku polskich mieszkańców Jedwabnego ogarnął jakiś amok i sami z siebie, spontanicznie, bez żadnego planu, doświadczenia w tej dziedzinie i zwłaszcza pomocy Niemców (tych było zaledwie kilku i tylko fotografowali) wymordowali praktycznie 100 proc. żydowskiej ludności miasteczka, osiągając wydajność zbrodni niespotykaną w żadnym znanym dziejom pogromie, właściwą jedynie działaniom specjalistycznych niemieckich einsatzgruppen.  I że owi polscy sąsiedzi pozostawili po sobie sterty łusek, które od pierwszych chwil posypały się spod łopat podczas próby ekshumacji masowego grobu (natychmiast przerwanej, zapewne właśnie dlatego).

I znowu - osobiście miałbym się za idiotę, ale ci, którzy, mówiąc Mickiewiczem, "są na narodu wierzchu", tę wyłganą przez jakiegoś żydowskiego ubeka, a rozgłoszoną światu przez Grossa opowieść uważają za kanoniczną i traktują ze straszną agresją każdego, kto zaprzecza.

Nie jest ważne, jaka jest prawda - ważne, żeby dopasować wszystko do oficjalnej narracji III RP. Czy chodzi o Wałęsę, czy o "polski antysemityzm", czy o jakąkolwiek inną sprawę, ci, którzy są na wierzchu, lansują taką "prawdę", jaka służy ich interesom. A interes mają zasadniczo jeden: utrzymać się na wierzchu. Wszelkie siły, które chciałyby zagrozić istniejącej, sztywnej hierarchii, umownie zwane u nas prawicą, zgnoić, obezwładnić, pozbawić szacunku i znaczenia. Wszystkich zaś, którzy elitom służą - wspierać.

Stąd tak hojnie wynagradza się wszelkiego rodzaju zdrajców, którzy szlakiem Niesiołowskiego - ongiś narodowego katolika, Krzywonos - ongiś stronniczki Andrzeja Gwiazdy, czy Kluzicy i Kamińskiego - ongiś szefowej sztabu i propagandysty Kaczyńskich, przechodzą ze stronnictwa wyślizganych do stronnictwa nachapanych i gotowi są elicie służyć do poniżania, opluskwiania i zniesławiania wrogów.

W sprawie tragedii w Smoleńsku narracja służąca rządzącej sitwie jest prosta: nic się nie stało. Znienawidzony Kaczyński niepotrzebnie leciał do Katynia, żeby rozpocząć tam kampanię wyborczą. Zmusił pilotów do lądowania, chociaż rosyjska wieża ostrzegała. Dobrze mu tak. I nie ma o czym więcej mówić.

Ze szczególnym akcentem na "więcej nie mówić". A jeśli już mówić, to dawać upust pogardzie dla "sekty smoleńskiej" i dywagować o rzekomych zaburzeniach psychicznych Macierewicza.

Akurat wszystko można powiedzieć o Macierewiczu, ale nie to, żeby był wariatem. Jest politykiem dość typowym dla formacji wywodzącej się z opozycji antypeerelowskiej, przejawiającym te same cechy, co na przykład Michnik, na czele z pomieszaniem porządku politycznego, walki o władzę, z porządkiem etycznym walki absolutnego dobra z absolutnym złem.

Cała jego działalność polityczna, począwszy od podziemia, podporządkowana była zawsze wzięciu na własność najbardziej radykalnej narracji. Nie podoba mi się jego obecna działalność, uważam, że wyrządza wielkie szkody, ale nie ma w niej nic szalonego - jest realizowanie pewnej politycznej koncepcji.

W normalnym społeczeństwie jego próby udowodnienia, że prezydenta Kaczyńskiego zamordował Putin, nie budziłyby wielkich emocji, jak nie budzą emocji w USA kolejne próby przypisania śmierci Kennedy’ego CIA czy spiskowi wojskowych. Ale w postkolonialnej III RP Macierewicz ze swoim pospolitym ruszeniem antyrządowych naukowców stał się totemem nienawiści.

Nie byłoby jego - znalazłby się inny. Warstwy nachapane nie mogą istnieć bez kogoś, na kim skupiałaby się cementująca je pogarda dla "ludu" oraz strach, aby ów ciemny lud nie okazał się pewnego dnia zdolny wywrócić Okrągły Stół i jego hierarchie. Był takim totemem Wałęsa, był Niesiołowski, był Giertych - bez trudu wyobrażam sobie, że gdyby Macierewicz zechciał się zeszmacić, i on mógłby z dnia na dzień stać się pozytywnym bohaterem mediów.

Wierzyć w oficjalną narrację o Smoleńsku można tylko wtedy, gdy się wyłączy mózg. Rytualne przekrzykiwanie się: "brzoza" - "wybuchy" służy tylko odwróceniu uwagi od faktu, że tragedii nawet nie próbowano uczciwie wyjaśnić. Nie trzeba być "pisowcem", by widzieć, że potraktowano ją mniej poważnie niż kradzież roweru - to widzi nawet Cimoszewicz. By wiedzieć, że w ogóle nie badano miejsca tragedii, jeszcze pół roku później walały się tam szczątki ludzkie i mnóstwo części wraku, i leżą tam do dziś, przemieszane buldożerami, zasypane, zabetonowane, a rupiecie pod wiatą zwane "wrakiem" to nawet nie połowa tupolewa.

To mówi nawet poseł Ruchu Palikota, archeolog Marek Poznański, który w październiku 2010 badał miejsce katastrofy. I to on, nie żaden "pisowiec", mówi o porażających rozmiarach kłamstwa Tuska i jego ludzi, jakie dotarło do niego, gdy zobaczył, co zrobiono z dowodami.

Nie trzeba być "pisowcem", by wiedzieć, że komisja Millera pracowała "na oko", że nic nie rekonstruowała, nie modelowała, tylko przyjęła, że skoro samolot rozbity, a brzoza złamana, to pewnie o nią się rozbił. To zupełnie otwarcie powiedział w "Gazecie Wyborczej" członek tej komisji, profesor Żylicz.

Dziwi was, że ktoś wierzy w zamach? To przecież oczywiste domniemanie, że kto zaciera ślady, kłamie, mataczy, ten ma coś na sumieniu. A że Putin kłamał od pierwszej chwili i niszczył ślady, to oczywiste, podobnie jak to, że sekundował mu w tym Tusk i wszyscy uwieszeni na nim politycy, dysponenci mediów i "autorytety".

Dlaczego? Z tej samej przyczyny, dla której kłamią o "Bolku", o Jedwabnem, o cywilizacyjnym sukcesie i w każdej innej sprawie. Ze strachu, że gdyby Polacy poznali prawdę, to ta prawda zmiotłaby obecną władzę i wszystkich jej przydu... powiedzmy, nieco wyżej - popleczników.

Ten strach postkolonialnej elity III sprawia, że nie ma takiej nieprzyzwoitości, takiej podłości, której nie byłaby ona gotowa popełnić. I nie ma takiego kłamstwa, w które nie byłaby gotowa uwierzyć i je głosić.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje