Nie ma dziwne...

"Ja tu jestem kierownikiem tej szatni! Nie mamy pańskiego płaszcza, i co nam pan zrobi?" - powiada jedna z postaci znakomitego filmu Stanisława Barei. Dokładnie taki sam przekaz zafundował nam na koniec swej prezydentury Aleksander Kwaśniewski. Jestem prezydentem, mogę uwolnić kumpla-aferzystę od kary, więc uwolnię go, i co mi zrobicie?

Prawda jest taka, że nie możemy zrobić panu Kwaśniewskiemu nic. Kadencja się kończy i słupki popularności, o które musiał wcześniej zabiegać, ma już teraz pan prezydent tam, gdzie i nas, wyborców.

Reklama

Wobec tak brutalnego postawienia sprawy, rozmaite medialne autorytety podzieliły się na dwie szkoły. Jedni brną w zaparte wraz z prezydentem. Zaprzeczają w żywe oczy winie Sobotki, mimo skazujących wyroków w dwóch instancjach, albo usiłują ją pomniejszyć, plotą smalone duby, że z tego Sobotki tak prywatnie to fajny człowiek, niektórzy nawet posuwają się do twierdzeń o jego oddaniu dla ojczyzny, co w odniesieniu do karierowicza z aparatu PZPR lat osiemdziesiątych stanowi kpinę już doprawdy wyjątkową. Nie jest takich wielu i głównie wywodzą się oni z tego samego, idącego właśnie w odstawkę, miotu kompartii.

Druga szkoła reprezentowana jest liczniej i można ją streścić słowami: och, kto by podejrzewał! Jestem zdumiony (zdumiona), że on, Kwaśniewski, tak mógł. Że się nagle okazał t a k i. Przez dwie kadencje był dobrym prezydentem, ale teraz popełnia straszny błąd, ach, doprawdy, źle robi, może się jeszcze opamięta... W każdym razie, druga szkoła stara się nam wmówić, że Kwaśniewski pozbawiony elementarnego poczucia przyzwoitości to jakiś Kwaśniewski inny od dotychczasowego.

Z tych dwóch szkół wolę już przedstawicieli pierwszej. Druga nazbyt trąci michnikowszczyzną i obłudą typową dla jego salonu. Tak jakby Kwaśniewski nie był tym właśnie małym krętaczem, który udawał magistra nie mając dyplomu, który zatajał posiadane przez żonę akcje i dawał sobie "w goleń" w sytuacjach najzupełniej do tego niestosownych. Jakby nie był to typowy partyjny aparatczyk zaplątany w niejasne rozdysponowanie przeznaczonych przez ostatni rząd PRL na sport (w czym, nawiasem, robił przed laty wraz z Sobotką - niektórzy dziennikarze spekulują, że może właśnie wiedza Sobotki z tych lat może być powodem, dla którego Kwaśniewski po prostu musi go z pudła wyciągnąć). Nie róbmy sobie kpin, proszę. Dumny niegdyś, a dziś do szpiku zdeprawowany naród, zakochał się w polityku o mentalności drobnego cwaniaczka i stosownych do tego kwalifikacjach moralnych, zobaczył w nim odbicie własnych aspiracji, i dwukrotnie wybrał go swoim prezydentem. To fakt zawstydzający, z którego będziemy się kiedyś musieli gęsto tłumaczyć naszym dzieciom, ale to fakt, historyczny i niezmienny. Trzeba przyznać, że w ciągu swej prezydentury kilka razy zachował się Aleksander Kwaśniewski w sposób przyzwoity i godny - i to właśnie było zaskoczeniem. Ale nie postępowanie w sprawie Sobotki. Tu akurat nasz "prezio" robi dokładnie to, czego się po polityku jego pokroju można i należy spodziewać.

Rafał A. Ziemkiewicz

Dowiedz się więcej na temat: Aleksander Kwaśniewski | Kwaśniewski | Nie

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy