Odliczanie Wyborcze Ziemkiewicza: Game Over

Gdzieś już to pisałem lub mówiłem, przepraszam, ale w ostatnich godzinach przed ciszą wyborczą nie mogę się od tej myśli opędzić, więc powtórzę. Prezydent Komorowski sam chyba nie wiedział, jak bardzo trafia w sedno sprawy, zwołując z myślą o wyborach parlamentarnych "pospolite ruszenie w obronie wolności". To znaczy, trafił w sedno nie z tą wolnością, bo wszystkie rywalizujące partie mogą się słusznie nazwać jej obrońcami, tylko po prostu każda inaczej ją rozumie i gdzie indziej widzi jej gwarancje - ale z tym pospolitym ruszeniem.

Nie trzeba być takim maniakiem historii wojen, a szczególnie wojskowości polskiej, jak ja, by wiedzieć, że "pospolite ruszenie" jest w naszych dziejach archetypicznym symbolem bezhołowia i pierdołowatości. To właśnie opieranie się na pospolitym ruszeniu, zamiast na armii zawodowej, było przyczyną wielkich klęsk dawnej Rzeczypospolitej - od Chojnic, poprzez Piławce i Ujście, aż po militarne kompromitacje Konfederacji Barskiej - i, ostatecznie, jej upadku.

Reklama

Problem z pospolitym ruszeniem był taki, że nawet gdy stanowiło ono tylko dodatek do wojsk zawodowych, albo z nadmiaru entuzjazmu niekarnie rzucało się na wroga w złym momencie, albo dla odmiany wpadało w panikę, łamiąc szyki i powodując przegraną w bitwie.

Platforma nie mogła w tych wyborach narzekać na brak wpływowych stronników, którzy bardzo chcieli jej pomóc. Niektórzy naprawdę bardzo się starali. Niestety, chęć przysłużenia się władzy za wszelką cenę odebrała im rozum, może zresztą nie było wiele do odbierania - w każdym razie bardzo chcąc pomóc, bardzo zaszkodzili. W kampanii prezydenckiej niewątpliwie na honorowe odznaki PiS zasłużyli Adam Michnik za "nie oddamy Polski gówniarzom" i Tomasz Lis za uderzenie w córkę Andrzeja Dudy twittami z fałszywego konta. Co zabawne, obu panów nic te przygody nie nauczyły, i obaj podobnie zasłużyli się także w wyborach parlamentarnych.

Jeśli bowiem "straszenie PiS-em", które było podstawą strategii wyborczej PO, przestało działać - a że przestało nie ma już chyba wątpliwości - to w znacznym stopniu za sprawą medialnych "autorytetów", które gorliwie, chcąc podtrzymać władzę, przekroczyły w tym straszeniu granice śmieszności. Stary skecz "Kabaretu Moralnego Niepokoju" "Jak PiS dojdzie do władzy, to...!" był niczym w porównaniu z bredniami o faszyzmie, zmienianiu nazw miast i państwie wyznaniowym, recytowanym przez histeryków pokroju Tomasza Wołka, Waldemara Kuczyńskiego czy Ireneusza Krzemińskiego.

Pewnie będę do tematu wracał, bo Bóg jeden raczy wiedzieć, co tego rodzaju wariaci zaczną wyprawiać od poniedziałku. Z jednej strony, oczywiście, każda władza może tylko marzyć, aby wizerunek opozycji tworzyły kompletne oszołomy, ośmieszające antyrządowy dyskurs - w tym sensie salony michnikowszczyzny nadal będą dla PiS pożyteczne. Z drugiej, jakaś grupa ludzi, drobny ułamek elektoratu, ale w liczbach bezwzględnych sporo, temu wariactwu ulega. Naprawdę wierzy, że po 25 października nie będzie można w Polsce głośno rozmawiać, naprawdę gotowa zamykać się w piwnicach i umrzeć ze strachu, jeśli nie daj Boże ktoś rano zapuka im do drzwi. Jest kwestią statystyki, czy znajdzie się w nich kolejny Ryszard Cyba, który naładowany tą potworną nienawiścią i histerią targnie się na czyjeś życie, w przekonaniu, że broni w tej sposób "wolności".

Dzisiejsza w założeniu antypisowska, a w istocie antydemokratyczna proklamacja "Gazety Wyborczej" (no tak - jeśli złem jest to, że większość może przegłosować "oświecone elity", to ostatnie hasło, do jakiego te "elity" mają prawo, to demokracja) pokazuje, że wielu szacownym idiotom naprawdę przydałby się zimny prysznic. Takowy się niewątpliwie szykuje już w niedzielny wieczór, ale pewnie będzie go jeszcze za mało. Mam nadzieję, że wystarczy "chłosta śmiechu" i spadki nakładu samoośmieszających się gazet. Jeśli i to nie, doprawdy, czeka nas ze strony salonów czas żenady. 

Na pociechę mogę powiedzieć tylko jedno: znajomy korespondent z Izraela opowiadał kiedyś, że i tam, w państwie zamieszkałym przez naród, dla którego shoah jest szczególną świętością, nie ma w Knesecie sporu, choćby najbardziej duperelnego, żeby zaraz jakiś idiota nie wyskoczył z porównaniem tego, co mówią i proponują oponenci, do holocaustu. Widać Wołek, Kuczyński i Krzemiński to zjawisko powszechne.

Niejako w kontrze do pompatycznych bredni "Gazety Wyborczej" warto dziś przeczytać wywiad Jarosława Kaczyńskiego dla "Polski The Times". Oczywiście, może ktoś powiedzieć, że po tym, jak zdezawuował Kaczyński swoją własną kampanię z roku 2010, nie można mu wierzyć, że może udaje - niech każdy to ocenia sam. Moim zdaniem ten wywiad jest ewenementem w całej jego dotychczasowej działalności. Pierwszy raz, mam wrażenie, czytam słowa Jarosława Kaczyńskiego, z których wynika, że ma on świadomość popełnionych błędów oraz zmarnowanych okazji, i bez względu na to, czy się za nie czuje winny, czy nie - wie, że naprawić ich się już nie da. Nie można wejść ponownie do tej samej rzeki i powtórzyć od początku tego, co się nie udało w roku 2005, bo wszystko się zmieniło i po tych zmianach nie ma już miejsca na Kaczyńskiego - premiera, choć jest jeszcze na Kaczyńskiego - patrona.

Wracając do PO; informacja, że po wyborach na miejsce Ewy Kopacz przymierzana jest w roli "tymczasowego przewodniczącego" Hanna Gronkiewicz-Waltz, kolejne salwy w wewnątrzpartyjnej walce o zmarginalizowanie Schetyny, a zwłaszcza niemal demonstracyjne zdystansowanie się od histerycznej propagandy Donalda Tuska, który nie tylko przyznał, że rozumie "zmęczenie" Polaków Platformą i chęć zmiany, ale też stwierdził, że zmiana partii rządzącej to w demokracji rzecz normalna, nic się od tego nie zawali, nie ma żadnego powodu, by odmawiać wyborcom prawa do decyzji i wariować - wszystko to wskazuje, że partia jeszcze pół roku temu tak butna porzuciła już wszelką nadzieję i teraz zaprząta ją jedno: jak przetrwać. Z jednej strony, kusi ją powtórzenie strategii opozycji z lat poprzednich - ogłosić, że panuje faszyzm, odmówić jakiejkolwiek współpracy, robić wrzask o wszystko, wzywać w sukurs światowe media i salony, rwać szaty i organizować obywatelskie nieposłuszeństwo, czekając, aż pod ciężarem zostawionych przez PO długów gospodarka się zawali i fala niezadowolenia po raz kolejny obróci polityczną karuzelę.

Z drugiej - świat się zmienił, wiatry wieją dziś w inna stronę w całej Europie i przyjęcie takiej nieprzejednanej postawy może się skończyć rychłym "dorżnięciem watahy", tylko nie, jak planowano, tej narodowo-katolickiej, ale tej "europejskiej". A nawet jeśli nie będzie aż tak źle, nie jest wcale powiedziane, że PO w opozycji zdoła się wykreować na realną alternatywę wobec PiS. A może za kilka lat stworzą taką alternatywę bardziej od PiS antyunijni i antyimigranccy narodowcy i wolnościowcy, jeśli wejdą do Sejmu w większej liczbie z list Kukiza i Korwina? A może lepszą PO od skompromitowanej PO okaże się dla byłych "lemingów" partia Petru? A może dobije się społecznego uznania lewica, wykorzystując fakt, że młode pokolenie nic już nie wie o realnym socjalizmie, kartkach, kolejkach, sklepach "komercyjnych" i całym tym peerelowskim syfie, który dla mojego pokolenia był tak oczywisty, że fatalnie zaniedbało ono zaszczepienia przeciwko socjalizmowi swych dzieci ("podłość zawsze wjeżdża do historii na młodych plecach", napisał kiedyś Maciej Parowski)?

Komentatorzy żyją pytaniem - PiS będzie miał większość bezwzględną, czy nie, świadomi, że w gruncie rzeczy zależeć to może od przypadku, od ułamka procenta głosów, które sprawią, że ktoś wejdzie do Sejmu albo nie. A ja w tych ostatnich godzinach przed zapadnięciem ciszy wyborczej namawiam, by się zastanowić nad innym pytaniem: czy i tym razem wygra totalniacka mentalność "oświeconych elit", nie przyjmujących do wiadomości, że może rządzić ktokolwiek inny niż one, czy wariatów z kierownictwa "Gazety Wyborczej" uda się zmarginalizować i Polska zacznie się wreszcie zbliżać do demokratycznej normalności. Pytanie na miarę przyszłości.

Kończę te przedwyborcze refleksje, nie czekając na ostatnie wystąpienia liderów, na orędzie prezydenta, konwencję PO (jeszcze jeden genialny pomysł - robić konwencję tuż przed zapadnięciem ciszy wyborczej!) i przemówienie pani premier. I tak wiemy wszyscy, co usłyszymy, a bardziej jeszcze - o czym nie usłyszymy, póki ostatecznie nie zapadną wieka urn wyborczych i nie wyklaruje się nowa sytuacja. Na razie można powiedzieć jedno: nie wiadomo, co się zacznie, ale wiadomo, że coś się skończyło. Polityka polska po tych wyborach będzie już zupełnie inną grą, niż dotąd, i Polska jako taka będzie już inna.

Od Redakcji: Rafał Ziemkiewicz, Robert Walenciak i Konrad Piasecki dzielili się codziennie na łamach Interii pisanymi na gorąco komentarzami dotyczącymi wyborów parlamentarnych w Polsce.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje