Odsunąć PiS od władzy? Ależ to proste

Nie jest prawdą, że bez Lecha Wałęsy nie upadłby komunizm, jak głosi propaganda "opozycji totalnej" - ale nie ulega wątpliwości, że bez Lecha Wałęsy trudniej byłoby o temat na felieton. Były prezydent jest po prostu kopalnią różnych śmiesznych głupstw, wystarczy tylko zajrzeć co i raz na jego konta w mediach społecznościowych, albo przebiec wzrokiem cytaty z mądrości, którymi sypie na spotkaniach z kodowskim ludem (podobno zresztą, zgodnie z nową świecką tradycją tej organizacji, spotykając się z nim nie za darmo).

Wałęsa wie wszystko i chętnie się tą wiedzą dzieli. Wie, że w przyszłości rządzić będą komputery, ale ponieważ komputery się mylą, będzie musiał nad nimi zawsze być "ktoś taki jak Wałęsa", kto w razie czego ich błąd naprawi. O tym, że i przeszłość zna lepiej niż zawodowi historycy, aż szkoda wspominać. Wie, co powinni zrobić Chińczycy, i co powinni zrobić ci, którzy się czują przez Chińczyków zagrożeni, wie, jak ocalić klimat, jak powstrzymać migrantów - aż nie sposób rozumem objąć, ile zyskałby świat, gdyby rządzące nim potęgi zechciały pytać byłego elektryka z W-4 o radę!

Reklama

A tu nagle okazało się, że jednej rzeczy Wałęsa nie wie.

Nie wie mianowicie, jak odsunąć PiS od władzy. Właśnie dał na swoim fejsbukowym profilu ogłoszenie następującej treści: "Poszukuje pomysłu jak Pokojowo, Demokratycznie jak najszybciej odsunąć PIS od władzy. L. Walesa" (pisownia, oczywiście, jak w oryginale). Jestem doprawdy wzruszony, że Lech Wałęsa, bodaj po raz pierwszy w życiu, oczekuje czyjejś porady. Tak bardzo wzruszony, że choć Lecha Wałęsę uważam za zupełnie amoralnego cwaniaka, hipokrytę, megalomana i pazernego oszusta, który myśląc wyłącznie o swoim wyniesieniu wykołował miliony Polaków i wyprowadził je w pole, to jednak na jego apel odpowiem i oczekiwanej rady mu udzielę. I to publicznie, aby zaś przypadkiem nie skasowała jej, jak to wobec treści "prawicowych" ma we zwyczaju, fejsbukowa administracja.

Tym bardziej, że jeszcze dosłownie w przeddzień zamieszczenia powyższego ogłoszenia Wałęsa ogłosił - oczywiście na zebraniu KOD-u - bardzo konkretny plan polityczny. Najpierw trzeba przeciwko PiS zebrać dziesięć milionów podpisów. Potem dwa miliony przyjadą do Warszawy i "pomogą im się katapultować", cokolwiek by to oznaczało. I wszystko to, jak zaznaczył, "pokojowo i demokratycznie".

Coś musiało się stać, co nagle uświadomiło Wałęsie, że choćby włączył się osobiście (czego na razie nie czyni, bo stale ma ważne i intratne zajęcia, a to w Katarze, a to na Florydzie, a to znowu w Peru) to dziesięciu milionów podpisów nie uzbiera, ani dwóch milionów do Warszawy nie sprowadzi. Ani miliona. Ani nawet stu tysięcy. Bo największa antypisowska demonstracja, jaką udało się dotąd zorganizować, z wydaniem przez PO kupy pieniędzy na autokary, bilbordy i mejling, wabiącymi uczestników atrakcjami "europejskiego święta" przygotowanymi przez warszawski ratusz i maksymalną mobilizacją, ściągnęła, wedle obliczenia samej "Gazety Wyborczej" (życzliwej przecież jak nikt) poniżej 60 tysięcy. A było to w czasach, kiedy urok KOD nie uległ jeszcze takiemu uwiądowi, jak dziś.

Chwała Wałęsie przynajmniej za to, że powtarza, iż trzeba "pokojowo" i "demokratycznie" - tu jest mądrzejszy niż redaktor Lis czy Zbigniew "Klapton" Hołdys i inni, niedwuznacznie sugerujący, że "pokojowych działań PiS się nie przestraszy" i trzeba "dymić". Najwyraźniej zdaje sobie sprawę, że sięganie po przemoc mogłoby się skończyć jak protesty rumuńskiej opozycji na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy to do Bukaresztu wezwał Ijon Iliescu życzliwych rządowi górników.

Co zatem robić?

Ależ to proste. Wygrać wybory. Innej drogi, żeby było pokojowo i demokratycznie, nie ma. Nie liczyć, jak to od roku roi sobie "opozycja totalna", że Polacy dla przywrócenia do władzy Ewy Kopacz i Bronisława Komorowskiego "wymówią posłuszeństwo tej władzy" i grupa zawodowa po grupie zawodowej ogłoszą stan wyjątkowy i strajk generalny. Nie udało się to nawet w mocno platformerskich elitach prawniczych, tym bardziej nie pójdą na pajacowanie "normalsi".

Dlaczego? I to jest proste. Ludzie chcą zmiany wtedy, kiedy widzą, że może być lepiej. Nie wystarczy straszyć, że PiS zrobi coś strasznego. To już w kampaniach wyborczych 2015 nic nie dało, a przecież wtedy straszenie zmianą miało więcej sensu. Problemem "opozycji totalnej" jest to, że umie tylko ubliżać Kaczyńskiemu i jego ludziom, a nie ma żadnej oferty, co ona by zrobiła, gdyby naród władzę odebrał obecnej ekipie i dał któremuś ze żrących się między sobą liderów. To znaczy, ma ofertę taką, "że znowu będzie jak było". Gdyby Polacy chcieli, żeby tak było, to nadal rządziliby Komorowski i Kopacz, jak w sondażu IBRIS.

Dopóki ludzie nie widzą lepszej alternatywy, dopóty zmiany u władzy nie poprą. Owszem, mogą w sondażach dawać rządzącym żółtą kartkę, ale gdyby nawet Wałęsa zebrał te swoje wymarzone 10 milionów podpisów i Sejm zgodziłby się pod tym naciskiem rozpisać nowe wybory, to w tych wyborach PO i Nowoczesna znowu dostałyby łomot, a SLD z PSL nie przeczołgałyby się przez próg wyborczy.

Aby pokazać się jako lepsza alternatywa, trzeba zamiast drzeć mordę o "Polexicie", średniowieczu, aborcji na żądanie, wycinaniu drzew etc., usiąść i pomyśleć, dlaczego się przegrało. Tylko z tego myślenia można wyciągnąć wniosek, co trzeba naprawić, aby sympatię wyborców odzyskać. I zamiast na siłę wpychać im te same zgrane gęby i głupacko protestować przeciwko wszystkiemu, co robi PiS, nawet gdy robi to samo, co obiecywała i nigdy nie dała PO (metropolię warszawską, dajmy na to - pozdrowienia dla spotu wyborczego pana posła Grabca), zamiast ośmieszać się byciem jednocześnie za i przeciw, jak z "rozdawnictwem" 500+, trzeba znaleźć nowych, wiarygodnych i poważnych liderów, którzy dotrą do ludzi z przekonującą wizją rządów lepszych niż te obecne, rozliczyć się z nieudolności i nadużyć swojej władzy, pozbyć się osobników "umoczonych" i kompromitujących, odmłodzić nieco sforę partyjnych celebrytanów. Nic szczególnego, w normalnych państwach po każdych wyborach przegrana partia tak właśnie się zachowuje, dlatego nikt tam nie roi o tym, że będzie rządził wiecznie, a przeciwnicy "wymrą jak dinozaury", względnie się ich "dorżnie".

Nieszczęsny człowieku, powie ktoś - po co udzielasz pomagdalenkowej sitwie tych rad? A co będzie z Polską, jeśli cię posłuchają i naprawdę wygrają wybory?

Spoko, odpowiem. Gdyby ta zgraja do szpiku zużytych partyjnych wycirusów i skompromitowanych "ałtorytetów" była zdolna zrobić to, o czym tu piszę, nie przegrałaby podwójnie wyborów w 2015. Zresztą, gdyby była do tego zdolna, nie byłoby przeciwwskazań jej powrotu do władzy. Ale kto miałby zreformować taką na przykład PO? Mogliby to przecież zrobić tylko ci, których usunięcie jest pierwszym i podstawowym warunkiem reformy.

Tak naprawdę wiem przecież, że Wałęsa ani na moje rady spojrzy - zresztą pewnie na żadne, nawet jeśli w chwili słabości sam o nie prosił. A tym bardziej nie przejmie się nimi "totalna opozycja". Tak naprawdę nie kieruję ich do nich. Kieruje je gdzieś tam na prawo od PiS, gdzie widzę potencjał do stworzenia siły, która będzie w stanie, jeśli zajdzie taka potrzeba, zastąpić PiS u władzy i rządzić od niego mądrzej, ale w interesie Polski, a nie współczesnych mocarstw kolonialnych, nie dopuszczając do recydywy "kartoflanej republiki" Tuska.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje