Patos potrząsania portkami

Samobójcza śmierć chorego na depresję Piotra Szczęsnego spiętrzyła w antypisowskich mediach falę patosu. Najgorliwiej pławią się w tym patosie ci, którzy kiedyś najgłośniej oskarżali swoich politycznych przeciwników o "polityczną nekrofilię" i z pogardą mówili o "wyziewach polskiego mesjanizmu". Dzisiaj deklamują słowami romantycznych poetów o ofierze za wolność i o wierności dziedzictwu oraz naśladują znienawidzone rytuały "smoleńskie", znosząc pod warszawski Pałac Kultury znicze i zapowiadając marsze oraz "miesięcznice" ku czci samobójstwa.

Patosem postanowił się wykazać także redaktor Czuchnowski z "Gazety Wyborczej" - tej samej, która przed kilku laty, gdy desperaci płonęli pod kancelarią premiera Tuska, bynajmniej nie przyrównywała ich do Ryszarda Siwca czy Jana Palacha, ale pisała wprost, że taki podpalający się to terrorysta, tylko terrorysta, który agresję kieruje przeciwko samemu sobie; bierze niejako siebie samego za zakładnika i chce na nas coś wymusić. Dzisiaj redaktor Czuchnowski postanowił popisać się znajomością poezji. I wybrał wierszyk Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: "Gdy wieje wiatr historii / ludziom jak pięknym ptakom / rosną skrzydła, natomiast / trzęsą się portki pętakom".

Reklama

Redaktor Czuchnowski sprawia wrażenie ignoranta, więc pewnie nie wie, że ten zjadliwy wierszyk "poeta Konstanty z duszą Ildefonsa", jak delikatnie ujął jego charakter Marian Hemar (a mówiąc mniej delikatnie, facet sprzedajny do imentu, z równą łatwością opiewający przed wojną ONR, jak po niej PPR) napisał był pośród najgłębszej stalinowskiej nocy. Ów wiatr historii, którym się poeta zachwycał i który opiewał, zapędzał miliony "pętaków" do łagrów i więzień, albo użyźniał nimi, z kulą w potylicy, ściółkę leśną i pobocza syberyjskich dróg. Rosły wtedy skrzydła m.in. Bronisławowi Geremkowi, Jackowi Kuroniowi oraz literatom opisanym w świętej księdze michnikowszczyzny "Lawina i kamienie". Natomiast owymi "pętakami", którym się "trzęsły portki", byli w optyce poety Żołnierze Wyklęci, mordowani peeselowcy i różnego rodzaju "byli ludzie", nie potrafiący skrzesać w sobie jego entuzjazmu dla elektryfikacji plus władzy radzieckiej.

Ale, jako się rzekło, trudno kogoś takiego jak Wojciech Czuchnowski podejrzewać o znajomość złowrogiego kontekstu historycznego cytowanych słów. Akurat mu podpasowały, by oskarżyć PiS i wszystkich, których jego gazeta łączy z obecną władzą, że "trzęsą portkami" w związku z samobójstwem Szczęsnego. Bo, podnieca się tą wizją nie tylko sam Czuchnowski, ale całe jego środowisko, ta fala, wzniecona ofiarą "szarego człowieka", doprowadzi do tego, że społeczeństwo się "przebudzi", powstanie przeciwko PiS, wyjdą wreszcie na ulice te obiecywane od dwóch lat "miliony" i sprawią, że znowu będzie jak kiedyś było, wszystkie komisje śledcze zostaną rozwiązane, media państwowe wrócą pod kontrolę salonu i będzie można znowu kupować roszczenia do kamienic po kilkaset złotych a sprzedawać po kilka milionów, kręcić karuzelami VAT i w przerwach przy ośmiorniczkach i winku kpić z zapędzonego na powrót do krucht katolickiego ciemnogrodu.

Jacek Fedorowicz nagrał kiedyś - zanim sam raczył zwariować z nienawiści do Kaczyńskiego - bardzo ciekawą pogadankę o tym, jak język propagandy zdradza kompleksy tego, kto tę propagandę uprawia. W wypadku propagandy michnikowszczyzny widać to bardzo wyraźnie. Nieustannie powtarza się w niej wątek: "boją się nas" i próby szydzenia z jakoby "trzęsących się portek" PiS-u. Skomentowałem niedawno heroizm jakiejś pani bodajże z Cieszyna, która samotnie ustawia się tam na rynku z antyrządowymi plakatami, uwagą, że kiedyś KOD ściągał na swe protesty tysiące osób, potem setki, dziesiątki, a ostatnio w modę wchodzą protesty jednoosobowe. Zgadnijcie, jak brzmiała "obrona" szalonej antypisówki? Oczywiście: "widać, jak Ziemkiewicz się boi!" W propagandzie michnikowszczyzny władza "boi się zniczy", "boi się kwiatów", boi się tarana, jaki chce uczynić michnikowszczyzna ze świeżo zwęglonych zwłok, a dowodem tego strachu - to akurat nie Czuchnowski, ale inny orzeł od Michnika, bodaj w tym samym numerze - jest to, że nawet nie ma odwagi przeciwdziałać spontanicznemu znoszeniu na miejsce śmierci Piotra Szczęsnego kwiatów, zniczy, ulotek i plakatów ani bazgraniu napisów.

Gdyby ktoś próbował te znicze i kwiaty zbierać - nie mówię żeby na nie, z przeproszeniem, szczać, jak "nowoczesna młodzież" robiła z tymi zapalanymi ofiarom tragedii w Smoleńsku, i nie mówię, żeby z taką sprawnością jak straż Hanny Gronkiewicz Waltz "likwidowała zagrożenie pożarowe w ciągu pieszym na Krakowskim Przedmieściu", tak po prostu je zbierać i przywracać porządek w miejscu "spontanicznych zgromadzeń" - jakiż byłby wrzask na cały świat, że reżim, prześladowania, pewnie nie obyłoby się bez debaty w europarlamencie, rezolucji ONZ i kolejnych wezwań niemieckich ministrów do wspierania "polskiego ruchu oporu". Ale jak władza rodzącą się sektę olała, nie pałuje, nawet nie spisuje - też można krzyczeć, że się boi. No, w końcu żeby pracować w "Wyborczej" trzeba mieć jakieś kwalifikacje.

Jeśli ludzie, którzy jeszcze niedawno uważali się za elity, crème de la crème, krzyczą o to, żeby ktoś się ich bał - to trudno nie widzieć, iż właśnie w tym ich problem. Widzą, że nikt ich już nie traktuje poważnie, że stali się pajacami, i ubieranie się w majestat śmierci jest rozpaczliwą próbą przydania sobie powagi. Próbą chyba ostatnią, bo cóż jeszcze może być poważniejszego, niż zadanie sobie śmierci? Nawet zadanie jej teraz komuś innemu, jakiemuś "pisowcowi" - bo, uchowaj Boże, krąg szaleństwa zaciskany jest przez media wysadzonych z siodła elit już tak, że wyhodowanie przez antypis kolejnego Cyby wydaje się zupełnie prawdopodobne - nie będzie miało takiej mocy.

Kiedy się na to patrzy, trudno sobie nie przypomnieć, że słowo "pathetic" po angielsku oznacza - taka pułapka na niedouczonych tłumaczy - coś nieopisanie żałosnego. No, niestety. 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje