Platforma Przerażonych

W rządzie Ewy Kopacz trzy dymisje w ciągu dwóch dni - dobra wiadomość. Zła natomiast - żadna z nich nie jest dymisją samej pani premier.

Korzystam tymi słowami z okazji, by zadać kłam medialnemu stereotypowi, jakobym zawsze w każdej sytuacji atakował bez opamiętania Platformę Obywatelską. Nie można jej przecież życzyć niczego gorszego niż to, by Ewa Kopacz trwała na stanowisku, i by to ona właśnie prowadziła ją, poprzez kolejne nadchodzące kryzysy, do wyborów parlamentarnych. To gwarancja, że Partia w pokrętnej drodze do wyborów będzie nadeptywać nieomylnie na każde ukryte w trawie grabie.

Reklama

Ale tego, czego życzyłbym Platformie, tego nie życzę Polsce. Kolejne pół roku pod rządami "polityczki" tak nierozgarniętej i nieogarniętej to kolejne straty, które odrobić będzie bardzo trudno, albo (jeśli na przykład wyprzeda za bezcen kopalnie, tak jak jej poprzednik stocznie) w ogóle się już odrobić ich nie da.

Jest takie piękne zdanie, użyte w uzasadnieniu wyroku przez sędziego, który orzekł o bezprawności głośnej policyjnej akcji w siedzibie Państwowej Komisji Wyborczej: "procesy intelektualne funkcjonariuszy nie nadążały za rozwojem wypadków". Idealnie pasuje ono do opisu premierostwa doktor Ewy. Tak właśnie, jej procesy intelektualne nie nadążają za rozwojem wypadków.

Najlepszym tego przykładem kolejne reakcje na zbliżające się bankructwo Kompanii Węglowej, przecież bynajmniej nie nagłe czy niezapowiadane - ceny węgla na światowych rynkach zaczęły dołować w połowie ubiegłego roku, a o złej sytuacji spółki, walczącej o zachowanie płynności dosłownie z kwartału na kwartał, alarmowali eksperci jeszcze wcześniej.

W skrócie wyszło tak, że premier ogłosiła górników pasożytami, którzy żerują na społeczeństwie i bezczelnie bronią swych nieuzasadnionych przywilejów, stwierdziła kategorycznie, że zamknięcie czterech kopalni jest absolutnie niezbędną reformą, potem ustąpiła górnikom we wszystkim i ogłosiła to historycznym sukcesem na miarę Sierpnia, a po zaledwie paru dniach okazało się, że nie będzie zawartego porozumienia honorować, bo nie ma na to pieniędzy.

A te porywające wypowiedzi premierki? "W udziale w zwycięskiej walce z nazistami, tych, którzy byli w składzie Armii Czerwonej, tam też byli i Polacy" - wyjaśniła pani premier wczoraj nieporozumienia wokół wypowiedzi swojego ministra spraw zagranicznych, i ja wciąż nie mogę się nacieszyć urodą tego zdania. Ja wiem, że podobnej gramatyki używał Wałęsa, ale jego się jakoś pomimo to rozumiało. A pani Kopacz - nie rozumie się ani trochę. Nie tylko ja mam z tym kłopoty, takie gwiazdy dziennikarstwa, jeśli nie wprost platformerskiego, to w każdym razie antypisowskiego, jak Kamil Durczok czy Monika Olejnik, też nie dały rady.

Nie ma co zwalać winy na rzeczniczkę prasową czy głównego specjalistę od pijaru, że pani premier ma wizerunek osoby, delikatnie mówiąc, niekompetentnej. Po prostu jest to wizerunek odpowiadający prawdzie. Bycie kobietą nie jest wystarczającą kwalifikacją do rządzenia państwem, a bycie kobietą bezgranicznie oddaną Tuskowi i spełniającą każdy jego polityczny kaprys - wystarczającą tylko do funkcji dekoracyjnych lub podrzędnych, ale nie takich, gdzie trzeba analizować skomplikowane sytuacje, wyważać różnorakie zagrożenia i różnorakie straty, i od czasu do czasu podejmować trudne decyzje.  

Komentatorzy prześcigają się w domysłach co do przyczyn wczorajszej wycinki w otoczeniu "premierki". Czy to ona oddaliła od siebie głównego doradcę i wieloletnią szefową gabinetu, czy może współpracownicy z jakiegoś powodu postanowili uciec z dryfującej łajby rządu? Czy zmiany są oznaką chaosu, czy właśnie próbą uporządkowania go? (Cokolwiek na ten temat powiemy, kiedy poznamy następców zdymisjonowanych.)

"Gazeta Polska" twierdzi, powołując się na swoje anonimizowane źródła, że Ewa Kopacz otoczona została "kretami" sięgającego po pełnię władzy Bronisława Komorowskiego - Iwona Sulik za jej podgryzanie miała wedle tych źródeł zostać w przyszłości wynagrodzona prezesurą TVP.

Jakkolwiek spiskowo to brzmi, ale po wycince zabrzmiało prawdopodobniej. Ale może właśnie odwrotnie, może Wujo Bronisław celowym przeciekiem skłócił premier z najwierniejszymi i najbardziej oddanymi jej ludźmi, by właśnie dopiero teraz, w ramach "nowego otwarcia" podesłać na ich miejsce swoich, którzy będą premierkę na każdym kroku kompromitować - co, powiedzmy sobie, nie jest zadaniem trudnym... Nie trzeba śledzić przygód Franka Podleśnego w "House of Cards", by wiedzieć, że dla polityków takie intrygi są chlebem powszednim.

Nie wiem i nie będę gubił się w domniemaniach. Moim zdaniem w PO jest rozległe, ciche stronnictwo przerażonych Ewą Kopacz. Im bliżej jest ktoś "centrali" i im bardziej sytuację III RP w ósmym roku rządów bezideowej sitwy, zwanej urągliwie "obywatelską", zna z realiów, a nie ze zmanipulowanych przekazów TVN-u i "Wyborczej", tym bardziej się boi, że władzę przyjdzie kiedyś oddać. A wtedy przyjdzie straszny Kaczor i powsadza ich wszystkich do pierdla - bo, umówmy się, jest za co.

"Premierka" nie jest opcją na te czasy strachu. Owszem, kiedy płynął do Polski strumień kasy z Unii i z łatwych do wzięcia kredytów, kiedy w cztery lata dostawała władza do rozdzielenia piąty roczny PKB, co cierpliwość i tolerancję społeczeństwa czyniło omalże niewyczerpanymi - opowiadanie "wie pan, ja jestem kobietą" i pic na "troskliwą lekarkę" by wystarczyły. Ale teraz szuka PO jakiegoś "silnego człowieka", który ją po ucieczce "ukochanego, oby żył wiecznie" don Donalda uratuje.

Z oczywistych przyczyn kieruje swój wzrok ku "dużemu Pałacowi", a stamtąd jasno płynie wskazanie, że namiestnikiem tegoż pałacu w Partii jest Grzegorz Schetyna. Siła tej frakcji rośnie z każdym strajkiem i protestem, a skupienie wszystkich jej sił na wysłaniu "premierki" na zasłużony odpoczynek jest w tej sytuacji oczywiste.

Ewa Kopacz będzie więc musiała odejść śladem swojej rzeczniczki, szefowej gabinetu i szefa doradców. I to, jak sądzę, szybko - wyborcy mają pamięć złotej rybki, ale jednak lepiej, by operację zmiany przywódcy dzieliło od wyborów jak najwięcej miesięcy. Ze względu na zły stan zdrowia albo w formie awansu na wyższe stanowisko, jakim formalnie jest marszałek Sejmu (idealna byłaby oczywiście jakaś misja w Europie, ale wątpliwe, by pani kanclerz miała czas i chęć jeszcze raz to Platformie załatwiać).

Moim skromnym nie ma już problemu "czy", jest tylko problem, jak to zrobić z najmniejszymi stratami wizerunkowymi i z zachowaniem pozorów pełnej zgody, i własnej decyzji samej dymisjonowanej.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje