Po czemu ten rowerek?

Kiedy płk. Mirosław Hermaszewski poleciał na orbitę okołoziemską, miałem 14 lat, pochłaniałem pasjami książki science fiction i skrycie marzyłem, że zostanę astronautą. Jak się łatwo domyślić, na wieść o Polaku w kosmosie zareagowałem więc żywiołowym entuzjazmem, nie zastanawiając się nad szczegółami.

Przypomniało mi się niedawno, jak ten entuzjazm zgasił, łagodnie i z uśmiechem, mój śp. Tato. Opowiedział mi historyjkę, nie wiem, na ile prawdziwą, o tym, jak bardzo w dzieciństwie miał ochotę pojeździć na rowerze. Na który to rower, oczywiście, nie było naszej rodziny stać. Ale był w szkole taki jeden bogacz, który prawdziwy rower miał, i w końcu go pożyczył. Jaka to była radość, synu, tak sobie pojeździć... Ale wiesz, potem za to musiałem przez cały miesiąc nosić mu do szkoły i ze szkoły teczkę.

Reklama

Radość z powodu mianowania Donalda Tuska "prezydentem" Europy była, jak sądzę, nie mniejsza niż radość wiejskiego chłopaka z możliwości pojeżdżenia sobie na prawdziwym rowerze, nie wspominając o radości zgnębionego peerelowską szarością miłośnika fantastyki z wysłania w kosmos Polaka. Ale radość mija, a obowiązek noszenia za możnymi tego świata teczki zostaje.

I to jest właśnie coś, o co powinny się polskie media najusilniej dopytywać, a czegoś się nie dopytują. Nam wystarcza przekonanie, że w osobie Donalda Tuska Europa uhonorowała nasze zasługi, wyraziła wdzięczność, doceniła tempo i zakres reform, wykazała otwarcie na wrażliwość nowych państw członkowskich... To nie Tusk prosił Europę, to on jej zrobił, mówiąc Sikorskim, łaskę, rezygnując z pozostawania u władzy w Polsce przez co najmniej kilka następnych lat, co najsolenniej obiecywał i na czym mu niezwykle zależało. Sugestie, że polski premier o to stanowisko zabiegał, że się targował, że dla jego zdobycia szedł na jakieś koncesje, przez komentatorów tzw. głównego nurtu polskich mediów traktowane są jako całkowicie nieuprawnione.

Co oczywiście jest najlepszym dowodem, że tak właśnie było. I dla wszystkich, poza naszym rządowym agit-propem, jest to oczywiste.

Zaraz po ogłoszeniu nominacji Tuska prasa brytyjska, powołując się na swoje źródła, poinformowała, że ceną poparcia dla Tuska ze strony Brytyjczyków (pierwotnie mocno tę kandydaturę kontestujących) było obiecanie przez kandydata poparcia dla antyimigranckich inicjatyw Camerona. To mnie akurat najmniej zmartwiło - kompromitowało co prawda hipokryzję i cynizm Tuska, który w kraju zaprzysięgał się, że do żadnego upośledzenia Polaków na europejskich rynkach pracy nie dopuści, ale co tam, takiego kompromitowania Tusk już od dawna nie potrzebuje.

Co do meritum natomiast, to powiedzmy sobie szczerze, że polskie interesy są jak najbardziej z antyimigrancką krzątaniną Brytyjczyków zgodne, ukrócenie socjalnego dumpingu uprawianego przez Zachód, by młodzi Polacy pracowali dla Polski, a nie dla obcych, a młode Polski rodziły małych Polaków, a nie Brytyjczyków czy Skandynawów, powinno leżeć nam na sercu.

Nie mam oczywiście wątpliwości, że jeśli Tusk naprawdę złożył Cameronowi taką obietnicę, to nie z podanego wyżej powodu. Bo z kolei media francuskie poinformowały, iż ze strony ich kraju poparcie dla kandydatury Tuska kupione zostało za obietnicę, że jako przewodniczący Rady Europejskiej nie będzie blokował francuskiego projektu wyodrębnienia wewnątrz tejże rady ekskluzywnego klubu państw posługujących się wspólną walutą. To pomysł rodzący bardzo daleko idące konsekwencje, de facto oznaczający polityczne "rozpięcie" Unii Europejskiej na europejską metropolię i kraje zależne. Pomysł dla Polski bardzo zły.

Skazani jesteśmy na domysły. Czy odebranie Elżbiecie Bieńkowskiej nadzoru nad europejskim przemysłem farmaceutycznym - co postulowała eurofrakcja, do której należy PO, i jej europosłowie także za tym głosowali - było jakoś ujęte w targach o ten niezwykle medialny sukces, jaki stanowiło wywalczenie dla Polski jednocześnie przewodniczącego RE i komisarza ds. rynku wewnętrznego?

Czy, jak wczoraj w jednej z gazet mówił doktor Piotr Wawrzyk z europeistyki Uniwersytetu Warszawskiego, jednym z warunków wywyższenia Tuska w Europie było wyrzeczenie się przez Polskę wpływu na politykę w sprawie Ukrainy? Abdykacja Polski w tej sprawie jest oczywista i widoczna gołym opkiem, argumenty naukowca brzmią przekonująco, jak na razie nikt z nimi nie polemizował. Warto pamiętać o sprawie i za jakiś czas sprawdzić, czy aby stwierdzenie doktora Wawrzyka się nie potwierdzi.

Ale to wszystko drobiazgi. Prawdziwym testem dla pozycji Polski w Europie będzie zbliżający się wielkimi krokami szczyt "klimatyczny". Szczyt, na którym bogate państwa forsują morderczy dla polskiej gospodarki plan "redukcji emisji" dwutlenku węgla. W praktyce oznaczający co najmniej dwukrotny wzrost ceny energii w Polsce, konieczność zamknięcia naszych kopalń i większości elektrowni, i całkowite, kolonialne uzależnienie od energii europejskich hegemonów, głównie oczywiście Niemiec.

Aż nie mam sił powtarzać po raz kolejny argumentów, dobrze znanych i uparcie nie przyjmowanych do wiadomości, że "polityka klimatyczna" to humbug, szwindel stulecia i megaprzekręt, w którym o lepsze idą ideologiczna hucpa, cynizm wielkich korporacji i neoimperializm zachodnich rządów.

Dwutlenek węgla odpowiada tylko za 3 proc. całego efektu cieplarnianego w skali globu. Cała sztuczna jego produkcja przez człowiek to zaledwie jeden procent naturalnej - wytwarza ten gaz głównie przyroda; jeden wybuch wulkanu wyrzuca go do atmosfery tyle, ile ludzka gospodarka przez kilka lat, a rocznie wybuchów wulkanów mamy około czterdziestu. Wreszcie, jeśli nawet przyjąć, że redukowanie emisji CO 2 ma jakikolwiek sens, to co zredukuje u siebie Europa, to z nawiązką wypuszczą w atmosferę Ameryka, Chiny i rozwijające się kraje Azji i  Ameryki Południowej, które brednie o "polityce klimatycznej" mają głęboko gdzieś.

Krótko i po wojskowemu: ten szwindel (jak i w ogóle "ekologia" na modę Unii Europejskiej) służyć ma temu, żeby bogate państwa Europy utrzymały dominację nad biednymi, i żeby te biedne zdane były na łaskę metropolii, nie mając najmniejszej możliwości ich w rozwoju cywilizacyjnym dogonić.

Samo odejście Tuska, do ostatniej chwili trzymane wszak w tajemnicy, postawiło Ewę Kopacz na przegranej pozycji, bo - widać to już było - zespół zajmujący się tymi sprawami w KPRM się rozpadł i w tym krytycznym momencie zwyczajnie nie ma ona kim robić. Nie widać żadnej pracy nad stworzeniem koalicji blokującej niemiecko-francuski imperializm i wszystko idzie ku temu, że na nadchodzącym szczycie pani premier będzie miała do wyboru dwa wyjścia, oba złe. Albo - ku cichej radości Czech, Rumunii i innych nowych członków, którzy też mają do stracenia, ale nie tyle, co my - zawetuje, co zawsze wiąże się z politycznymi szkodami dla wetującego. Albo, nie daj Boże, zgodzi się na jakiś głośno otrąbiany "kompromis", rzekomo "szanujący" nasze interesy, który będzie podobnym picem, jak "mechanizm z Joaniny" na który cwaniacy z Paryża i Berlina nabrali swego czasu śp. Lecha Kaczyńskiego.

Czy wspomniani cwaniacy myśleli o tym oferując Tuskowi, by sobie pojeździł parę lat na europejskim rowerku? Jak ich znam, to tak. Problem w tym, że mój Tato, decydując się nosić cudzą teczkę, wiedział, na jaki układ idzie i co w zamian. A my? Czy się tego kiedykolwiek dowiemy?

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje